-Matko, Scarlett...- jęknęłam, gdy kolejny raz pociągnęła mnie za włosy.- Jak tak dalej pójdzie, to będę musiała załatwić sobie perukę!
-Siedź cicho, prawie skończyłam...- mruknęła pod nosem odkładając lokówkę na bok.- Jeszcze tylko wsuwki... I tu podepniemy...- robiła to już tysięczny raz. "Jedna fryzura za bardzo wydłuża twarz, druga nie pasuje, trzecia kompletne dno, czwarta przypomina irokeza, a do tego kostiumu to raczej nie... Masakra, umieram, ratunku!!!" Nawet nie pokazała mi w całości, za co mam być przebrana, tylko wyciągnęła z torby sukienkę. "To niespodzianka!" przedrzeźniałam ją w duchu.- Iiii.... Gotowe!- wykrzyknęła i odwróciła fotel w stronę lustra. Zerknęłam w nie niechętnie, ale to, co zobaczyłam... "Wow... Po prostu... WOW!" Brązowe włosy były upięte w górze niewidocznymi wsuwkami w starym, oldschool'owym stylu, z tyłu spływały na ramiona i plecy tworząc piękną falę francuskich loków.
-No... powiem ci, że jeszcze nigdy tak nie wyglądałam.- wykrztusiłam patrząc na swoje odbicie. Scarlett klasnęła w ręce i porwała z szafki lakier do włosów.
-Trzeba to utrwalić.- stwierdziła i psiknęła na moje włosy kilka razy. Zaraz zaczęłam kasłać.
-Rany, ale siekiera.- "Nienawidzę lakierów do włosów, nienawidzę." Jedyny plus, że moje nieposłuszne kosmyki choć raz będą się trzymać jak należy.
-Okej, to teraz ja zrobię sobie fryzurę tak na szybko, a ty zakładaj sukienkę. Tylko błagam, nie popsuj makijażu ani włosów!- Scarlett stanęła przed lustrem i zaczęła upinać swoją blond fryzurę tak, żeby nic nie wysuwało się spod maski Kobiety Kota. Wzięłam rozłożoną na łóżku sukienkę i poszłam do łazienki. Szybko wsunęłam ją na siebie i pogładziłam biały lśniący materiał. Góra na cienkich krzyżujących się na plecach ramiączkach, dół rozszerzany, kończący się kilka centymetrów nad kolanami. W talii pasek z kokardą z przodu. "Olśniewająca... Nigdy jeszcze nie miałam na sobie tak pięknej sukienki." Przyjrzałam się uważnie, czy wszystko było w porządku. Nic nie odstawało, żaden włos się nie wysunął ze spinek, tusz do rzęs, cienie do powiek w odcieniach od granatu do srebra nie były rozmazane. Scarlett przytargała do mnie cały swój kosmetyczny arsenał i na nic się zdały moje protesty. Usta pociągnęła mi perłowym błyszczykiem i lekko pokryła różem policzki. Trzeba przyznać, że znała się na rzeczy. "W sumie... chyba zaczynam się cieszyć na ten bal." uśmiechnęłam się do swojego odbicia w lustrze.
-Jesteś gotowa?!- wrzasnęła Scarlett przez zamknięte drzwi.
-Idę!- odkrzyknęłam. Rzuciłam jeszcze jedno spojrzenie lustrzanej Jenny i wróciłam do pokoju. Na środku z ręką opartą na biodrze stała moja przyjaciółka w swoim zabójczym czarnym kostiumie. Na głowie maska z uszami jak u Hale Berry, gorset na szerokich ramiączkach, obcisłe skórzane spodnie, skórzane rękawiczki bez palców i zabójcze szpilki. "I znowu... WOW..."
-I jak?- zapytała uśmiechając się tajemniczo.
-Noo... Brak mi słów.- przyznałam.- Jak nie znajdziesz dziś żadnego faceta, to chyba tylko dlatego, że każdy jest ślepy.
-Dobra, dobra!- przerwała mi.- Ja jestem gotowa, ale trzeba jeszcze wykończyć ciebie.
-Wykończyć?- uniosłam brwi. "Co znowu?!"
-Oj, nie dosłownie...- mruknęła grzebiąc w torbie.- Mam!- wrzasnęła wyciągając białe sandały na obcasie. "Ona na serio chce mnie zabić. Przecież to ma z dwanaście centymetrów!"
-Chyba żartujesz.- popatrzyłam wymownie na buty.- Połamię w tym nogi.
-Nie marudź, tylko zakładaj.- zakomenderowała. Westchnęłam ciężko i zrzuciłam kapcie. Szybko zapięłam sandały i niepewnie zrobiłam kilka kroków. "Czuję się jak jakaś wieża..."- Wyglądasz zajebiście.- oznajmiła zadowolona Scarlett.- Jeszcze tylko dwie rzeczy...- podała mi maskę. Nałożyłam ją ostrożnie, a dziewczyna przymocowała cienką białą gumeczkę z tyłu do włosów maleńkimi wsuwkami.- A teraz stój prosto i się nie ruszaj. Ostatni element twojego przebrania.
Zrobiłam, co mi kazała. Scarlett zaczęła manipulować przy ramiączkach mojej sukienki. Poczułam niewielki ciężar na plecach, ale nie mogłam się odwrócić, żeby zobaczyć, jak to wygląda. Miałam pewne podejrzenia, co mam na sobie. Wreszcie Scarlett popchnęła mnie lekko w stronę lustra.
-Witam w świecie ludzi, Aniele.- szepnęła. Oszołomiona stałam i gapiłam się na swoje odbicie. Maska pokryta szorstkim białym materiałem i małymi kryształkami podkreślała umalowane oczy. Podobnie wykonane były średniej wielkości skrzydła. Odwróciłam się tyłem i wykręcając szyję oceniłam, czy skrzydełka nie odpadną. Biały drut był mocno wpięty w sukienkę i wyglądał raczej stabilnie. Stanęłam z powrotem przodem do lustra. Nie wierzyłam, że to ja. Po prostu nie poznawałam siebie. Uśmiechnęłam się do Scarlett.
-Skąd wiedziałaś, że to przebranie będzie idealne?
-Wystarczyło pomyśleć, jak masz na drugie imię, Angel.- odwzajemniła uśmiech.- A teraz zwijamy się, bo impreza zacznie się za dwadzieścia minut! Na szczęście masz blisko.
Zeszłyśmy ostrożnie po schodach. Scarlett ubierała się w swoją kurtkę, a ja zajrzałam jeszcze do gabinetu mojego brata.
-Jim?- podniósł wzrok znad jakiejś grubej książki i aż otworzył usta, gdy mnie zobaczył.- Podoba ci się?- okręciłam się wokół własnej osi prezentując strój w całości. Pokręcił głową z niedowierzaniem podchodząc bliżej.
-Jenny, wyglądasz wspaniale.- położył mi ręce na ramionach. Zaśmiał się cicho.- No, takie przebranie najlepiej dla ciebie pasuje.- przytulił mnie lekko.- Baw się dobrze.
-Jen?- w drzwiach stanęła Scarlett.- Musimy już iść.- Jim uniósł brwi widząc kostium dziewczyny pod rozpiętą kurtką.
-Nie za zimno ci będzie w tym wdzianku?- zakpił zakładając ręce na piersi. Scarlett prychnęła pod nosem.
-Wie ksiądz, ja jeszcze nie zamierzam iść do zakonu, więc się dziś zabawię.- odparowała ciągnąc mnie za rękę.- Na razie, niech się ksiądz trzyma.- pożegnała się pomagając mi założyć płaszcz. Z trudem powstrzymywałam śmiech, podobnie jak Jim.
-Cześć, braciszku.- wyszłyśmy z domu i ruszyłyśmy szybko chodnikiem w stronę szkoły. O dziwo, wcale nie było mi niewygodnie w tych butach. W ogóle nie czułam wysokości.
Do szkoły dotarłyśmy w dziesięć minut. Zostawiłyśmy kurtki w szafkach i skierowałyśmy się do sali gimnastycznej. Stanęłyśmy w progu oceniając wystrój. Jakieś ciemne draperie na ścianach, masa napełnionych helem błyszczących srebrnych, czarnych i złotych balonów pod sufitem, zwisające serpentyny, neonowe światła przesuwające się po tańczących... Oraz oczywiście dziesiątki lampionów z dyń, jakieś bezlistne drzewa pod ścianami. W końcu to przecież Halloween. "W sumie jest tak, jak na tych wszystkich filmach, gdzie odbywa się szkolny bal." pomyślałam idąc za Scarlett w stronę stołów.
-Hej, Danielle!- moja przyjaciółka zatrzymała się przy naszej znajomej. Tak jak zapowiadała, przebrała się za Pocahontas. Wyprostowała włosy, maskę miała namalowaną czerwoną farbą wprost na twarzy, beżowa sukienka z frędzlami była idealnie dopasowana do ciała.
-Scarlett, cześć!- przytuliła ją na powitanie.- Nie mów, że nie udało ci się przyciągnąć Jen!
-Dla Kobiety Kota nie ma rzeczy niemożliwych.- uśmiechnęła się zwycięsko i odsunęła się, by zaprezentować mnie Danielle.
-O my God... Jennifer, to ty?- Dan uśmiechnęła się lustrując mnie wzrokiem.- Wyglądasz genialnie!
-Dzisiaj nie Jennifer, a Angel.- mrugnęłam do niej. Zaczęła mi się udzielać atmosfera imprezy. W przebraniu czułam się pewna siebie, jak nigdy wcześniej. Nie, żebym była jakaś strasznie nieśmiała, po prostu... Strój Anioła dodawał mi skrzydeł. Dosłownie i w przenośni.
-Dan, skarbie, przyniosłem ci poncz, jak prosiłaś...- do naszej grupki dołączył Batman. "Pewnie Liam."- A kogo my tu mamy...- uśmiechnął się pod nosem.- Kobieta Kot, czyli chyba Scarlett.- dziewczyna skinęła kocią głową.- A Anioł to zapewne... Jen?!- wytrzeszczył oczy.
-Nie rozumiem, dlaczego wszyscy się tak dziwią.- wzruszyłam ramionami.
-Po prostu nikt się nie spodziewał się, że jednak przyjdziesz.- powiedziała El, która dosłownie przed sekundą do nas dołączyła.
-O przepraszam!- oburzył się Louis, który przyszedł razem ze swoją dziewczyną.- Ja wiedziałem, że nie opuści takiej imprezy. Sex, drugs and rock'n'roll!- wrzasnął na cały głos. Wybuchnęliśmy śmiechem. Lou miał włosy zaczesane w charakterystyczny dla Elvisa "kaczy kuper", miał na sobie skórzaną kurtkę z błyszczącym napisem "Presley" z tyłu i nisko spuszczone jeansy. "Przynajmniej dzięki kurtce, każdy będzie wiedział, za kogo się przebrał." pomyślałam. Dla lepszego efektu wyciągnął grzebień i przeczesał włosy jak John Travolta w "Grease". "Tak, nie ma wątpliwości. W razie co, ktoś go weźmie za Danny'ego Zuko". Eleanor miała na sobie krótką czarną asymetryczną sukienkę przypominającą Lady Gagę, włosy ułożone w jakby chmurę wokół głowy, czarne rękawiczki i czarne buty na wysokim obcasie. Razem z Lou tworzyli parę... wielopokoleniową? Istnieje takie określenie? Jeśli tak, to znakomicie do nich pasuje. Lata 50. plus XXI wiek. Ekstra połączenie.
-To co? Atakujemy parkiet!- krzyknęła Dan-Pocahontas i pociągnęła za sobą Liama, a raczej Batmana. Za nimi podążyli Lady Gaga i Elvis. Razem ze Scarlett obserwowałyśmy jak tańczą, ale zaraz moja przyjaciółka została porwana przez przystojnego blondwłosego wampira z twarzą zasłoniętą maską. "Czyli zostałam sama..." Stałam jeszcze przez chwilę przy stole patrząc na szalejące na środku pary. Księżniczka i raper, kolejna Lady Gaga, tym razem z wilkołakiem, dalej jakiś kwiatek z... kiblem?! "To trzeba mieć wyobraźnię, żeby się tak ubrać..." Przez parkiet przemknął jeszcze renifer, rycerz, baletnica, hipiska, wampirzyca, Napoleon Bonaparte, wiedźma, zając z wilkiem do kompletu, jak w tej rosyjskiej bajce, gdzieś pomykał czerwony kapturek, Superman, król, który zgubił królową, duch, szkielet, niedźwiedź... Nie widziałam więcej aniołów, więc uznałam to za plus. Może nie podbiję dziś parkietu, ale przynajmniej mam niepowtarzalny strój.
Znudzona samotnym staniem przy stole wyjęłam z małej lodówki puszkę Pepsi i skierowałam się w stronę oszklonego przejścia na boisko. Wszyscy siedzieli na sali, a jeśli ktoś miał ochotę zapalić lub w spokoju się napić czegoś mocniejszego, to korzystał z głównego wyjścia. Było mniej strzeżone przez nauczycieli. Otworzyłam drzwi. Było zimno, ale stwierdziłam, że wytrzymam bez kurtki. Usiadłam na barierce schodów prowadzących na boisko i pociągnęłam łyk Pepsi. "Z jednej strony fajnie, że tu przyszłam. Ale z drugiej... co, do cholery, mam robić, skoro nie powinnam tańczyć? Mam sterczeć tam przy stole z przyklejonym uśmiechem? Juz chyba wolę się upić... colą." pomyślałam i wzięłam kolejny łyk z puszki. Podniosłam głowę i spojrzałam w górę. Nie było wcale chmur, na niebie widać było dokładnie pojedyncze gwiazdy. Westchnęłam cicho i napiłam się jeszcze.
-Witaj, Aniele.
-To był idiotyczny pomysł, żebym tu przychodził.- warknąłem pod nosem w stronę swoich kumpli.
-Oj, daj spokój. Zabawisz się, znajdziesz sobie pannę na jedną noc...- Harry zarzucił rękę na moje ramię.- Patrz, Horan już wyhacza w tłumie laski dla nas.- wskazał na Nialla, który od dłuższej chwili gapił się stale w jedno miejsce. Podążyłem za jego wzrokiem i zobaczyłem dość... ciekawą grupkę. Lady Gaga, chyba Elvis Presley sądząc po napisie na bluzie, Batman, Kobieta Kot, chyba Indianka i Anioł. "Pewnie przyjaciele." pomyślałem zerkając ponownie na Niallera, który pożerał wzrokiem Anielicę. Lub Kobietę Kota. Nie wiem, jego spojrzenie lądowało gdzieś pośrodku.
-Wiesz, że taki nie jestem.- zrzuciłem z siebie rękę Hazzy.- To twoja działka, Zorro.- Styles ubrany na czarno, w pelerynie, masce i kapeluszu, z włosami zaczesanymi do tyłu, wyglądał jak Antonio Banderas z filmu "Legenda Zorro". Ale zachowywał się zupełnie inaczej. Natomiast Niall postawił na oklepany pomysł. Postawił włosy na żel, założył czerwone soczewki, mocno przypudrował twarz i wcisnął kły do paszczęki. Miał normalne ciuchy i chyba czuł się tu najswobodniej ze wszystkich. Ja natomiast... Cóż. Czułem się beznadziejnie. "Masakrycznie... piekielnie źle, to by chyba bardziej pasowało." Otóż moi wspaniali, zajebiści, powaleni koledzy postanowili wybrać mi przebranie i siłą zaciągnąć na imprezę. Już miałem dać im przywalić po zaprezentowaniu mi setnego kostiumu, gdy jeden strój przyciągnął moją uwagę. Mroczne ciuchy, czarna maska i rogi. Diabeł. Idealne dla mnie. I w sumie też powinienem czuć się spoko, bo jeansy, buty za kostkę, podkoszulek i czarna koszula na wierzch to ciuchy, które mógłbym założyć nawet na co dzień, ale jednak coś mi nie pasowało. Cała ta maskarada była do bani. Jeden z bardziej nie trafionych pomysłów dyrektorka. Po ostatnim balu naprawdę bym się nie obraził, gdyby przestali to organizować. Po cholerę imprezy, na których mamy się przebierać jak przedszkolaki i jeszcze nie dać się rozpoznać?! Na nieszczęście, nikt nie podzielał mojego zdania. Harry był zachwycony, że może poderwać jakieś nieznajome dziewczyny, które znacznie lepiej wyglądają w obcisłych kostiumach niż normalnych szkolnych ciuchach, a Niall... Nialler po prostu był pozytywną do porzygu osobą, której pasowało praktycznie wszystko.
-Jezu, jesteś takim ponurakiem, że aż szkoda gadać.- jęknął Styles.- Co nie, Horan?- trącił go łokciem, ale chłopak nie zareagował.- Niall. Nialler!- walnął go tak mocno, że nasz wampirek się zwinął.
-Co, kurde?- pomasował obolały bok i z powrotem patrzył w stronę tamtej grupki. Choć to chyba za dużo powiedziane... Przy stole stał tylko Anioł i Kobieta Kot.- Życzcie mi szczęścia, ta kotka musi być moja.- nie patrząc na nas przepchnął się przez tłum i za chwilę tańczył z seksowną dziewczyną. Aniołek został sam i przyglądał się swojej koleżance.
-Weź przykład z wampira, Szatanie!- Harry poklepał mnie po plecach i podążył wzrokiem za ubraną w kusą sukienkę piratką. "Czy to będzie jego panna na jedną noc? Znając życie, to tak."- Zorro zaraz uruchomi swojego Tornado. Trzymaj kciuki i nie stój jak ostatnia ciota pod tą ścianą, tylko się zabaw!- zniknął w tłumie szukając dziewczyny-pirata, która w chwili obecnej zaprzątała mu myśli. "Czyli zostałem sam..." rozejrzałem się ponuro po sali. Nie miałem ochoty tańczyć, wolałem w ciszy i spokoju się upić i tak zakończyć tę beznadziejną imprezę.
Ruszyłem w stronę szklanych drzwi prowadzących na boisko. Postanowiłem przesiedzieć bal w samotności w moim kąciku za wierzbami pod murem, a nie patrzeć jak inni się świetnie bawią beze mnie. Wyszedłem z budynku i nagle stanąłem gwałtownie wpatrując się przed siebie. Coś siedziało na poręczy. "Chyba raczej ktoś!" poprawiłem się w myślach. Zmrużyłem oczy wpatrując się w białą postać. "To anioł. TEN Anioł..." Od razu poznałem dziewczynę, która wcześniej stała przy stole z przekąskami. Czyżby nikt jej nie zaprosił do tańca? A może też nie miała ochoty na zabawę, tak jak ja? "Jest piękna... Bardzo piękna..." pomyślałem robiąc cichy krok w jej stronę. Długie ciemne loki spływały po jej plecach, tworząc czarny wzór na białych skrzydłach. Krótka sukienka pokazywała zabójcze nogi. W ręce trzymała puszkę Pepsi i gdyby nie to, już bym pomyślał, że jest prawdziwym aniołem, który dziwnym sposobem dostał się tu z nieba. "Zagadaj do niej! Ale już!!!" popędzałem w duchu sam siebie. W sumie, co mi szkodzi... Mam maskę, nie będzie wiedziała, że ja to ja i może choć raz jakaś laska nie będzie chciała dobrać się mi do spodni. "Choć raz? A Jennifer? Przecież ona raczej nie chc..." Miałem ochotę uderzyć sam siebie. "Zamknij się, Malik!" Podszedłem bliżej.
-Witaj, Aniele.- powiedziałem cicho. Dziewczyna odwróciła się w moją stronę. Na twarzy miała białą maskę, która delikatnie migotała w świetle dochodzącym tu z sali. No tak. "Gdy siedziała bokiem, wydawała mi się piękna. Teraz, gdy jest odwrócona przodem do mnie, mogę powiedzieć, że nigdy nie widziałem takiej dziewczyny... A jak to serio jest prawdziwy anioł?!" pomyślałem i zaraz miałem ochotę walnąć głową o drzewo ze swojej głupoty.
-No, jasne. Diabeł. A już myślałam, że podejdzie do mnie kolejny wampir lub wilkołak. Albo, co gorsza, sedes.- uśmiechnęła się ironicznie. "Hmmm... A gdyby tak zabawić się, skoro już mam na sobie to przebranie? Bądź prawdziwym diabłem, Zayn."
-Wiesz, wysłałem wszystkich do roboty.- stanąłem na wprost niej.- Sam wolałem się zająć aniołkiem, który przypadkiem zabłąkał się na mój teren.
-Ach tak.- pokiwała głową wyraźnie rozbawiona. Odstawiła puszkę na barierkę obok siebie.- A skąd myśl, że się zagubiłam? Może przyszłam tu celowo?
-Na ziemię pod władzą Szatana? Nie sądzę.- uśmiechnąłem się lekko pod nosem.
-Zawsze mogę spróbować nawrócić jakieś grzeszne dusze.- odwzajemniła uśmiech.
-Nie uda ci się to.- pokręciłem głową. Serio, bawiłem się coraz lepiej.
-Oj, nie bądź taki pewny siebie.- zaśmiała się. "Cudownie się śmieje..."- Uważaj, bo ciebie też zmienię...
-No, to ci się na pewno nie uda.- usiadłem na barierce po przeciwnej stronie schodów.- Nie masz jakiegoś chłopaka-anioła, żeby z tobą zatańczył?- pytanie było pozornie niewinne. Tak naprawdę chciałem sprawdzić, czy nie mam zagrożenia w postaci jej faceta. "Na wszelki wypadek, nie chcę dostać w gębę za siedzenie z jego aniołkiem." tłumaczyłem się sam przed sobą.
-Niestety nie.- wzruszyła ramionami.- Żaden anioł ani tym bardziej archanioł nie chciał ze mną przyjść. A tak poważnie, to przyciągnęła mnie tu przyjaciółka.
-No proszę. Może stoimy po przeciwnych stronach, ale jednak coś nas łączy. Mnie też przyprowadzili tu kumple.
-Czyżbyś nie miał seksownej diablicy, która pomagałaby ci w wodzeniu ludzi na pokuszenie?- odbiła piłeczkę.
-Powiedzmy, że doskonale radzę sobie sam.- odpędziłem myśli o Caitlyn, która namolnie się do mnie przystawiała. Wczoraj powiedziałem jej, że ma sobie natychmiast dać spokój, bo nigdy przenigdy nie będziemy razem. Wkurwiła się na maksa, zwyzywała mnie i chciała spoliczkować, ale w porę się uchyliłem. Nie mam zamiaru się wiązać, a jeśli już, to na pewno nie z nią. "Caitlyn jest jak cholerny rzep, jak jakaś pijawka... Prędzej z tym Aniołem coś by wyszło..."- Jak masz na imię?- wypaliłem wcześniej, zanim pomyślałem. Popatrzyła na mnie zdziwiona.
-Obawiam się, że nie mogę ci powiedzieć.- puściła do mnie oczko.- Przebranie do czegoś zobowiązuje. Ty zresztą też byś mi pewnie nie zdradził, jak się nazywasz.- miała rację. Przypomniała mi się Jen, która uparcie starała się poznać moje imię. "W końcu się dowiedziała... Od Horana."
-I tu mnie masz.- przygryzłem wargę.- Nie powiedziałbym ci.
-No widzisz.- spojrzała triumfalnie.- Jednak do czegoś się przydaje to czytanie w myślach, którego mnie ostatnio uczyli w szkole dla aniołów- popatrzyliśmy na siebie i jednocześnie parsknęliśmy śmiechem. "Ja pierdolę... Kiedy ja się ostatnio śmiałem?"
-Dziwne, że ci się to udało. Zwykle nie udostępniam moich myśli innym. A zwłaszcza aniołom.
-Widocznie jestem silniejsza od ciebie.
-Oj, nie byłbym tego taki pewien.- pokręciłem głową cały czas się jej przyglądając.- Masz śliczny uśmiech.- powiedziałem i aż się przestraszyłem tych słów. Była zaskoczona, ale po chwili odzyskała równowagę.
-Czyżbyś próbował mnie uwieść? Ostrzegam, że ci się to nie uda.
-To Diabeł nie może już powiedzieć komplementu Aniołowi?- odpowiedziałem pytaniem obracając wszystko w żart.
-Wiesz, w pewnych kręgach piekielnych chyba uznaliby to za zdradę.- przyjęła moją taktykę i za chwilę znów się uśmiechała. "Kurwa, Malik, robisz się jak baba! Żeby rozczulać się nad czyimś uśmiechem? Ogarnij się, człowieku!!!"
-Nie zrobią tego, jeśli się nie wygadasz. Chyba Aniołowi nie wypada kablować.- wyszczerzyłem się zwycięsko. Przez chwilę siedziała cicho z otwartymi ustami, aż w końcu wybuchnęła śmiechem.
-No i zabrakło mi riposty! Masz na mnie zdecydowanie zły wpływ.
-Ha! Czyli jednak Anioł nie umie się przeciwstawić urokowi takiego Diabła jak ja!- puściłem jej oczko.
-No tak. Pycha, jeden z grzechów głównych. Znak rozpoznawczy wysłańców z piekieł.- stwierdziła odgarniając kosmyk włosów za ucho. "Sam wolałbym to zrobić... Co się ze mną dzieje, do diabła?!" Przez chwilę siedzieliśmy w milczeniu. Muzyka dobiegająca z sali ucichła, DJ włączył wolną melodię. Spojrzałem na Anioła. Dziewczyna siedziała wpatrzona w ziemię, jakby nad czymś intensywnie myślała.
Podobał mi się. Ogromnie. Czarne ubrania pasowały do jego ciemnych włosów i oczu, maska dodawała tajemniczości, a lekki zarost sprawiał, że wydawał się zabójczo przystojny. "Oczywiście bez przebrania mógłby być zupełnie nijaki." dodałam w myślach. Dziwnym trafem jego głos kogoś mi przypominał, ale nie miałam pojęcia, kogo. "Pewnie przypadkowo spotkanego na korytarzu ucznia... Nie myśl o tym!" Ale się złożyło. Żeby na imprezie spotkał się Anioł i Diabeł. "Zbieg okoliczności czy przeznaczenie?" Ciekawe, czy jego strój odzwierciedla charakter. Już po kilku minutach rozmowy z Szatanem zauważyłam, że jest inteligentny i ma poczucie humoru. Przynajmniej mogłam z nim pogadać i nie nudziłam się tak bardzo... Muzyka na sali zmieniła się na wolną, pewnie specjalnie dla zakochanych. "Chciałabym... żeby ktoś zatańczył ze mną do takiej piosenki. Ale nie przez grzeczność. Ktoś we mnie naprawdę zakochany." pomyślałam obserwując światła odbijające się na moich sandałach. Tylko że na tej imprezie to raczej niemożliwe. Mam żałobę, nie powinnam tańczyć. "Śmiechu warta ta twoja żałoba, skoro nosisz kolorowe ciuchy i łazisz na bale." zaśmiało się coś w mojej głowie. I mimo że powinnam się wkurzyć na siebie za takie myśli... to jednak było w tym chyba trochę racji.
Tak intensywnie się nad tym zastanawiałam, że nie zauważyłam, jak Diabeł zmienił miejsce i stanął tuż nade mną.
-Aniele...- powiedział cicho. Podniosłam głowę i napotkałam hipnotyzujące spojrzenie. "Ognisty, szatański wzrok..." Aż wstrzymałam oddech, kiedy wręcz palił mnie swoimi ciemnymi oczami.- Miałabyś ochotę zatańczyć?
-Nie...- jego spojrzenie automatycznie się zmieniło. Posmutniał czy się zdenerwował?- Przepraszam, ale nie tańczę.
-Mogę chociaż wiedzieć, czemu?- patrzył z powagą zaciskając ręce na końcach rozpiętej koszuli.
-Mam żałobę.- wyznałam cicho.- Nie powinnam tańczyć.
-Nie powinnaś też tu przychodzić w takim razie.- stwierdził obojętnie.
-Mówiłam, przyjaciółka mnie tu zaciągnęła.- powtórzyłam nie spuszczając go z oczu. Uniósł głowę w górę, popatrzył w niebo i... roześmiał się? "Powinien śmiać się częściej..." Sama nie wiem, czemu, ale pomyślałam w tym momencie o Zaynie. Chciałabym usłyszeć jego śmiech, zobaczyć, jak się uśmiecha...
-W takim razie, mój drogi Aniele...- powiedział Diabeł kpiąco.- Skoro to przyjaciółka cię zaciągnęła, to jest jej grzech, nie twój i nie musisz się martwić o swoje nieskalane sumienie. A teraz ja zaprowadzę cię do tańca i zmuszę, żebyś ze mną zatańczyła. I to będzie mój grzech, nie twój, więc dalej twoja duszyczka będzie należała do nieba, a moje i tak wyświechtane i brudne konto zostanie jeszcze bardziej utaplane w błocie. Pasuje?- wyciągnął do mnie rękę.
Patrzyłam mu prosto w oczy nie mogąc się zdecydować. "Pokrętna psychologia, nie ma co..." Przygryzłam wargę i spuściłam głowę. Czekał dalej na moją odpowiedź. "Cierpliwość chyba nie jest cechą piekielną... Zaraz się wkurzy." A co mi tam! Zatańczę z nim! Jedna piosenka, chyba nic się nie stanie. Zresztą... Nie umiałabym mu odmówić. Zeskoczyłam z barierki i wygładziłam sukienkę.
-Chodźmy.- uśmiechnęłam się do niego, a on to odwzajemnił. Wziął mnie za rękę. Jego dłoń była ciepła i budząca zaufanie. "Zaufać Szatanowi... Trochę ryzykowne." Dotyk jego skóry wywołał we mnie dziwny dreszcz. "Ogarnij się, Jen..." Weszliśmy na salę. Większość uczniów była już podchmielona, a nauczyciele chyba udawali, że nic nie widzą. Diabeł pociągnął mnie na środek parkietu, czym wzbudziliśmy sensację wśród tańczących.
Z głośników popłynęła piosenka Eda Sheerana. Szatan wziął moje ręce i położył sobie na ramionach, a sam objął mnie w talii. Zaczęliśmy tańczyć, wolno poruszając się w rytm muzyki. "Wyobrażałaś sobie coś takiego? Na bank nie!" Chłopak bardzo dobrze tańczył. Chwycił mnie za rękę i delikatnie obrócił. Dół sukienki zawirował, skrzydła zafalowały. Znowu znalazłam się w jego ramionach, tylko że teraz obejmował mnie trochę mocniej. "I zupełnie mi to nie przeszkadzało." Ludzie wokół nas przestali zwracać uwagę na to, co robiliśmy. Oparłam ostrożnie głowę na jego ramieniu i zaciągnęłam się wspaniałym zapachem jego perfum. Przymknęłam oczy. "Cudowna chwila, oby się nie kończyła..." Piosenka zmieniła się na kolejną wolną. Poczułam, jak Diabeł delikatnie, jedną ręką, podnosi moją głowę. Spojrzałam mu prosto w oczy. Nagle zatrzymał się i obiema rękami sięgnął do mojej maski. "O nie, nie. Nie zdejmiesz mi maski, chcę pozostać tajemnicza do końca." Delikatnie, ale stanowczo zatrzymałam jego dłonie swoimi. Patrzyliśmy sobie prosto w oczy i nagle on zaczął się pochylać w moją stronę. "Czerwony alarm! Czerwony alarm!" krzyczał głosik w mojej głowie, ale nie zwróciłam na niego uwagi.
Pocałował mnie. Jego ciepłe usta dotknęły moich, zadrżałam mimowolnie i odwzajemniłam pocałunek. Delikatnie przesunął językiem po mojej dolnej wardze, na co automatycznie rozchyliłam usta i pozwoliłam mu na więcej. Chciałam tego. Nigdy wcześniej się nie całowałam. Uważałam, że ten pierwszy pocałunek powinien być naprawdę wyjątkowy. "I taki jest!" Nagle dotarło do mnie, że przecież w ogóle nie znam tego gościa. Nie wiem, kim jest, nie wiem, czy kogoś ma i czy go właśnie w tej chwili nie zdradza. "Ty idiotko!" jęknęłam w duchu i odsunęłam od siebie chłopaka. Oderwaliśmy się od siebie ciężko oddychając.
-Ja... Ja muszę iść.- powiedziałam i szybko wtopiłam się w tłum zostawiając oszołomionego Diabła samego. "To chyba ty jesteś Diablicą, a przynajmniej w tej chwili!" szepnęła niezawodna w takich chwilach podświadomość. Poczułam, że mam ochotę się rozpłakać.
-Stary, to co?- podszedłem do kumpla stojącego jak kołek na środku sali.- Zaczynamy według planu?- zapytałem, ale on w ogóle nie reagował.- Zayn? Stary, ocknij się!- walnąłem go tak mocno jak na początku imprezy Nialla. Malik jęknął, gdy mój łokieć wbił się w jego brzuch. Spojrzał na mnie nieprzytomnie.
-Co się stało?- zapytał zduszonym głosem.
-Chyba ja się powinienem o to zapytać.- prychnąłem.- Stoisz jak słup soli na środku sali już od dłuższego czasu. Pomyślałbym, że zobaczyłeś nagle ducha albo super laska ci zwiała, ale...- Zayn nagle zbladł. Wyglądał, jakby na serio spostrzegł jakąś zjawę.- Stary, wszystko gra?
-Tak.- odpowiedział ostro. "Wow, spokojnie..."- Wszystko jest okej, idź po sprzęt.
-Jasne... To rozumiem.- zawahałem się chwilę, ale mrożące krew w żyłach spojrzenie Malika ekspresowo skierowało mnie do drzwi. Zgarnąłem jeszcze po drodze Horana, który obściskiwał się pod ścianą ze swoją kocicą. Próbował protestować, ale nie dałem mu nic powiedzieć. Przy drzwiach odwróciłem się jeszcze, żeby zobaczyć, czy z Zaynem na pewno w porządku. Trafiłem na moment, kiedy z całej siły ciskał swoją maskę na podłogę i zabijał ją płonącym spojrzeniem. "Wcielony diabeł... Lepszego przebrania nie mógł sobie wybrać."
-Nialler, leć do samochodu i przynoś, co trzeba. Ja ogarnę teren, żeby nikt nam nie przeszkodził.- wampir skinął głową i zniknął za zakrętem.
Stanąłem pod ścianą. Nikt nie przechodził korytarzem, wszyscy bawili się w najlepsze na sali. Nagle usłyszałem stukanie obcasów. "Laska na trzeciej." Od strony sali nadchodził Anioł. Ten sam, którego widzieliśmy wcześniej z kociakiem Nialla. Dziewczyna była nawet ładna, figurę miała niezłą, a te skrzydełka tylko dodawały jej uroku.
-Czyżbyś zabłądziła w drodze do nieba?- zapytałem, gdy mijała mnie patrząc pod nogi. Podniosła głowę i spojrzała na mnie dziwnie.- Mam ci pokazać, jak tam trafić?- poruszyłem brwiami zadając to dwuznaczne pytanie. Może i nie miałem czasu, ale chętnie bym sprawdził możliwości tego Aniołka. Moja piratka okazała się być dziewczyną Horana, Jessicą. Niestety, spostrzegliśmy to dopiero po fakcie, gdy wychodziliśmy z łazienki na drugim piętrze, ale weźmy pod uwagę, że w tym samym czasie nasz wampirek szalał z seksowną Kobietą Kot. "Oboje się zdradzili, czyli jest jeden do jednego. I nie ma w tym żadnej mojej winy."
-Bądź tak miły i zostaw mnie w spokoju.- odpowiedziała cicho. Przysunąłem się do niej. Zadrżała, gdy jedną ręką odsunąłem jej włosy z czoła.
-Daj mi dobry powód, żebym cię zostawił, kochanie.- szepnąłem jej do ucha. Zebrała się w sobie i z całej siły mnie odepchnęła.
-Spadaj szukać swojej Eleny, Zorro.- warknęła i zbierała się do odejścia, gdy zatrzymałem ją pytaniem:
-A ty może poszukasz swojego diabełka, co?- ona chyba miała coś na sumieniu. Inaczej nie zareagowałby tak gwałtownie. Stanęła jak wryta, spojrzała na mnie przerażona i nagle rzuciła się pędem na piętro w stronę szafek. Zmarszczyłem brwi i podążyłem za nią. Stanąłem w połowie schodów i zacząłem nasłuchiwać.
-Jen!- krzyknął ktoś, a ja zatrzymałem się raptownie. "Jen? Jen jak... Jennifer? TA Jennifer?" Przeskoczyłem cicho dwa stopnie i schyliłem się, żeby nie było mnie dobrze widać. Spojrzałem tuż nad podłogą i skupiłem wzrok na postaciach stojących bardzo blisko mojej szafki.
-Cześć.- odpowiedział Anioł. "Czyli to jest Jenny! Ta Jenny, którą od pierwszego września mam ochotę przelecieć! Znów mi się wymknęła..." Wyjęła z szafki płaszcz. Jej koleżanka zdjęła dziewczynie skrzydła i maskę. "Tak, to na pewno ona."
-Jak się bawiłaś?- zapytała Kobieta Kot. "O proszę, znalazłem też dziewczynę Horana." zaśmiałem się w duchu.
-Fajnie.- odparła krótko Jen otulając szyję szalikiem. "Ciekawe, jak tą szyję się całuje..." rozmarzyłem się i mało brakowało, a uleciałyby mi kolejne słowa z ich jakże interesującej rozmowy.
-... przystojny jak cholera, a jak całuje! Normalnie bym na niego nie poleciała, ale teraz... Zastanawiam się tylko, kto to może być, szkoda by było wypuścić takie ciacho z rąk. A ty? Z kim siedziałaś? Bo chyba nie byłaś cały czas sama...
-Z diabłem.- mruknęła Jen. "Chyba właśnie zamieniłem się w słup soli." Żałowałem, że nie mam takiego guzika "replay", żeby jeszcze raz odsłuchać, co powiedziała. "Z diabłem... Z diabłem... To mogła być przenośnia albo... Cholera, Malik sprzątnął mi laskę sprzed nosa!"
-Ciekawe przebranie.- skomentowała kocica.- Nie wiesz, kto to?
-Nie.- to jeszcze jest nadzieja.
-I co? Zaszło coś?- dopytywała się zaciekawiona kotka. Dobrze, że to robiła, bo inaczej sam bym zaczął wrzeszczeć, żeby powiedziała coś więcej.
-Całowaliśmy się...- "Że co, kurwa?!!!" Zacisnąłem pięści z wściekłości, miałem wielką ochotę coś rozwalić. Przygryzłem wargę aż do krwi, bo poczułem jej metaliczny smak na końcu języka. Podekscytowany pisk kocicy wcale nie poprawił mi humoru, wręcz przeciwnie. "Malik nie ma do niej żadnych praw! Cały czas chodzi na nią obrażony, jakim cudem ją pocałował?!"
-CO?! Czemu nie mówisz od razu?! Chodź, idziemy do łazienki, bo muszę zdjąć tę maskę i zrobić siku, ale nie wymigasz się od raportu!- odeszły stukając obcasami w przeciwnym kierunku. Nie było sensu tu sterczeć. Zbiegłem po schodach głośno tupiąc. Byłem wkurwiony jak nigdy. Walnąłem z całej siły pięścią w ścianę i aż zawyłem z bólu. "Cholera jasna!!!"
-Hazz? Co ty, kurwa, wyprawiasz?- Niall postawił pudło na podłodze i założył ręce na piersi.- Stało się coś?
-NIC!!!- ryknąłem na cały głos.- Nic.- dodałem już normalnie.- Idziemy. Musimy ulepszyć tę imprezę.
Horan skinął głową i podniósł z powrotem pudełko. Ruszyłem za nim do sali rozcierając bolącą rękę. Musiałem się teraz z całej siły powstrzymać, żeby nie rzucić się z pięściami na Zayna. "Muszę coś wymyślić... Jeśli całowała się z nim, to nie uda mi się jej łatwo zdobyć. A skoro tak będzie, to nie pozwolę, by ją miał ktoś inny. A już na pewno nie Zayn Malik!"
__________________________________________________
I mamy następny rozdział :) tak wyobrażaliście sobie imprezę? ^^
Dla zainteresowanych: właśnie dodałam też 55 rozdział na "Everything's..." :P nieźle, dwa rozdziały w jeden dzień xD
Kolejny w następną niedzielę :D
Dziękuję za komentarze, obserwacje, zapraszam na Twittera i Aska =) i na dzisiaj to tyle, niestety nie mam czasu, żeby więcej napisać :*
Buziaki <3
Roxanne xD
niedziela, 7 września 2014
niedziela, 31 sierpnia 2014
CHAPTER 7: Now all my friends say it's not really worth it...
-Przepraszam! Przepraszam.- natychmiast podniosłam się na nogi miażdżąc przy okazji brzuch leżącego na ziemi Zayna. "Czemu musiałam wpaść akurat na niego?"
-Chryste, Jennifer, nie umiesz chodzić jak człowiek?!- podniósł się i zaczął otrzepywać bluzę.
-Powiedziałam, że przepraszam.- założyłam ręce na piersi i spuściłam głowę.
-Super, to na bank pomoże zgniecionej wątrobie.- prychnął wbijając ręce do kieszeni. "Jezu, czemu się rzucasz? Przeprosiłam przecież! Nic więcej raczej nie zrobię."
-Wiesz co? Z tobą chyba nie da się normalnie porozmawiać.- podniosłam głowę patrząc mu wyzywająco w oczy.
-Brawo! Nareszcie załapałaś!- zaczął teatralnie klaskać w ręce. Wywróciłam oczami i wróciłam na swoją ławkę. Otworzyłam książkę tam, gdzie skończyłam, ale nawet ujmująca osobowość pana Rochestera nie mogła mnie zmusić, żebym się skupiła. Cały czas uciekałam wzrokiem w kierunku tego wkurzającego mnie chłopaka. Zayn zapalił papierosa i obojętnie patrzył się na Macy i towarzyszącą jej dziewczynkę. Powędrowałam za jego wzrokiem i dopiero teraz dostrzegłam uderzające podobieństwo. "To musi być jego siostra!"
Macy i siostra Malika bawiły się właśnie przy drabinkach. Wspinały się na samą górę i zeskakiwały z wysokich szczebli. Za każdym razem, gdy właziły wyżej, serce podchodziło mi do gardła w obawie, że Macy coś się stanie, a to ja jestem za nią odpowiedzialna. Zerknęłam niespokojnie na zegarek, ale miałyśmy do wyznaczonej nam godziny policyjnej jeszcze masę czasu. Nagle poczułam, że ktoś mnie obserwuje. Podniosłam wzrok i napotkałam brązowe spojrzenie Zayna. Nawet się nie speszył tym, że go przyłapałam na obserwowaniu mnie. Mierzyliśmy się wzrokiem i żadne nie chciało odpuścić. "Istna walka z czlowiekiem-zagadką..." Zmarszczyłam brwi i już miałam coś powiedzieć, gdy rozległ się krzyk Macy. "Wykrakałam..." Zerwałam się z miejsca i podbiegłam do płaczącej dziewczynki.
-Macy, co się stało, skarbie?- Macy chlipiąc wskazała na lewą nogę. Spodnie były lekko zakrwawione. Ostrożnie podwinęłam nogawkę i zobaczyłam sporą rozszarpaną ranę.- Musimy jechać do szpitala, żeby ci to zszyli.
-Ale Macy nic nie będzie?- zapytała niespokojnie siostra Zayna, która cały czas przy nas stała. Nawet nie zauważyłam jej obecności.
-Nie, na pewno wszystko będzie dobrze.- powiedziałam, żeby nie siać paniki. Tak naprawdę, to cały czas modliłam się, żeby nie wdało się jakieś zakażenie.- Musimy tylko zamówić taksówkę, żeby nas zawiozła na izbę przyjęć.- sięgałam już do kieszeni po telefon, gdy dziewczynka mi przerwała.
-Zayn może nas zawieźć. Zayn! Proooszę...- zrobiła do brata słodkie oczka.
-Safaa, nie kombinuj.- odpowiedział ostro.
-Przydałoby się zrobić opatrunek uciskowy. Ma ktoś z was jakąś chustkę albo szalik?- rozejrzałam się. Pan Malik westchnął, ale po chwili wręczył nam czarną bandanę.- Dzięki, potem ci oddam.- zawiązałam chustkę powyżej rozcięcia, wzięłam swoją torbę i pomogłam Macy wstać. Dziewczynka ciągle płakała, ale jakoś udało jej się ostrożnie stanąć.
-Zaaaayn... Proszę cię, pomóżmy im!- Safaa szarpała brata za rękaw bluzy.
-Safaa, one sobie na pewno poradzą...
-Zayn!- tupnęła nogą.- Bo powiem mamie!- zrobiła proszącą minkę. Chłopak westchnął ciężko i z wielką łaską odwrócił się w naszą stronę.
-Zaczekajcie tu, pójdę po samochód.- przeszedł przez furtkę i zniknął za zakrętem uliczki.
-Widzicie?- jego siostrzyczka puściła do nas oczko.- Zawsze się uda go uprosić.- usiadłyśmy na ławce, żeby Macy nie musiała nadwyrężać nogi.- Bardzo cię boli?- zapytała z troską mojej małej przyjaciółki. Macy pokręciła przecząco głową i wytarła mokre policzki. "Chyba chciała udawać bohaterkę przed starszą koleżanką." pomyślałam przysłuchując się Safie opowiadającej o swoich przygodach w szpitalu. Złamana noga, wybity nadgarstek... Za każdym razem przekonywała Macy, że to, co jej się stało, to naprawdę nic.
Przed furtką placu zabaw zaparkował czarny samochód i zatrąbił kilka razy. Pomogłam Macy wsiąść na tył, zaraz obok niej ulokowała się Safaa. "Czyli zostało mi siedzenie na przodzie obok pana Malika..." westchnęłam i usiadłam na fotelu pasażera. Zayn nic nie mówiąc ruszył przed siebie. Jechał szybko, na granicy przepisów. Miałam ochotę mu coś na ten temat powiedzieć, ale mimo wszystko nam pomagał... Chyba mogłam parę spraw przemilczeć, żeby nie wywoływać kłótni. Poza tym miałam coś innego na głowie. "Co powie Rebeka? Obiecałam się opiekować Macy!" panikowałam w duchu i nawet nie zauważyłam, kiedy samochód zatrzymał się przed szpitalem.
-Jesteśmy.- mruknął Zayn.
-Zayn, chodź!- Safaa już wysiadła z auta.- Nie będziemy siedzieć w samochodzie, a trzeba będzie je odwieźć!
-Safaa...
-No chodź!!!- siostrunia wyciągnęła go za rękę z samochodu. Mimowolnie uśmiechałam się widząc, że ta mała dziewczynka potrafi zrobić ze swoim starszym bratem dosłownie wszystko, a on nie umie jej niczego odmówić.
-Jeśli nie chcesz, to nie musisz nam pomagać. Jakoś się dostaniemy do domu...- nie zdążyłam dokończyć, bo mi przerwał.
-Jen, idź już i nie gadaj tyle.- i niespodziewanie wziął Macy na ręce i zaniósł ją w kierunku wejścia. Wmurowało mnie na sekundę, ale zaraz podreptałam pospiesznie za nimi. Za chwilę siedzieliśmy na izbie przyjęć, do której zostaliśmy skierowani przez śliniącą się na widok pana Malika recepcjonistkę. "O rany... Kolejna ustrzelona przez Amora..." Z gabinetu wyszedł starszy lekarz.
-Witam, co my tu mamy?- uśmiechnął się szeroko na nasz widok.- Coś się stało państwa córeczce?- zakrztusiłam się powietrzem. "Naszej córeczce?! Aż tak staro wyglądamy?! To jest... Co ja gadam... W sensie mojej i Zayna? W sensie że my... Że jak para?!!!"
-Emmm, to nie nasza córka... To moja... siostra!- wypaliłam.
-Aaa... To przepraszam. Tak po prostu to wyglądało...- plątał się w wyjaśnieniach.- Nieważne. Co się stało?
-Macy skaleczyła się w nogę.- lekarz klęknął przy dziewczynce siedzącej na kolanach Zayna i ostrożnie dotknął rany. Macy syknęła, w jej oczach znowu pojawiły się łzy.
-Dobrze, kochanie. Zaraz zrobimy opatrunek, rana nie jest głęboka, tylko strasznie wygląda, ale jakiś szew się przyda... Niech pan ją wniesie do gabinetu. Macy, wytrzymasz bez swojej siostry?- dziewczynka niepewnie kiwnęła głową. Malik zaniósł Macy i zaraz wrócił na korytarz. Nie wiedziałam, czy coś do niego zagadać po tym, co wymyślił ten lekarz. Szczerze, to średnio wyobrażam sobie siebie i Zayna jako parę. To raczej niemożliwe. "W życiu nic nie jest niemożliwe..." przypomniałam sobie słowa mojego taty.
-Macy to twoja siostra?- Safaa usiadła koło mnie na krześle z szerokim uśmiechem. "Ciekawe, czy z uśmiechu też jest podobna do Zayna? Ciężko stwierdzić, przecież on się nie uśmiecha."
-Nie, tak tylko powiedziałam. To bardziej moja przyjaciółka.- wyjaśniłam nie zagłębiając się w szczegóły. Malik odchylił głowę do tyłu i przymknął oczy. "No tak, to bardzo męczące przebywać w moim towarzystwie..."
-Często przychodzicie na plac zabaw? Bo mnie Zayn często tam zabiera. Nie mogę chodzić sama, bo mama mówi, że jestem jeszcze za mała, a trzeba przechodzić przez ulicę, ale jak tylko poproszę Zayna, to ze mną idzie. Jest najlepszym bratem na świecie.- wtuliła się w ramię swojego brata.
-Nie podlizuj się, Safaa.- mruknął nie otwierając oczu.
-Nie podlizuję się! To szczera prawda!- oburzyła się dziewczynka.- Przecież chodzisz ze mną na plac zabaw i do wesołego miasteczka i do sklepu z zabawkami i na lody i...
-Czyli po prostu wszędzie cię zabiera.- uśmiechnęłam się.- Mój starszy brat też taki był.- Zayn otworzył jedno oko i łypnął na mnie.
-To teraz nie jest?- zapytała Safaa.
-Wiesz, chyba jestem już za duża na to, żeby zabierał mnie na plac zabaw czy do wesołego miasteczka. Nie ma za dużo czasu, musi pracować.
-A gdzie pracuje?
-W kościele. Jest księdzem. Taki jakby pastor.- wytłumaczyłam jej.- I do tego prowadzi jeszcze szkółkę bokserską i zapaśniczą dla dzieci. Chłopaki często przychodzą, żeby zagrać z nim w kosza albo w nogę u nas na podwórku.
-Macie kosza? Mogę kiedyś do was przyjść?- zaczęła prosić panna Malik.
-Jeśli rodzice ci pozwolą, to pewnie, że tak.
-Poproszę Zayna, to mnie przyprowadzi!- "Taaa, jasne. Już to widzę." Nie zdążyłam odpowiedzieć, bo z gabinetu wyszedł lekarz i za nim wykuśtykała Macy.
-Dostałam naklejki! Jestem dzielnym pacjentem!- pokazała kilka kolorowych naklejek.
-Tak, to była naprawdę dzielna pacjentka. Założyłem cztery szwy. Opatrunek trzeba będzie rano zmienić, ale nic nie powinno się dziać. W razie problemów proszę się zgłosić.
-Dobrze, dziękuję bardzo, panie doktorze.- wzięłam Macy za rękę i powoli wyszliśmy ze szpitala.
-To teraz do twojego domu?- spytał Zayn. Pokręciłam głową zapinając pas. Podałam chłopakowi adres. Spojrzał na mnie dziwnie, ale włączył silnik i ruszył w danym kierunku.
-Safaa, zostawię cię w domu, bo muszę potem załatwić pewną sprawę, okej?- dziewczynka pokiwała głową nie przerywając rozmowy, jaką prowadziła z Macy. Malik zjechał na podjazd jakiegoś ładnego domu i kazał siostrze wysiąść.
-To ja cię kiedyś odwiedzę, dobrze?- wsadziła jeszcze głowę przez moje okno. Uśmiechnęłam się do niej.
-Jasne, już nie mogę się doczekać.
-Jasne, już się nie mogę doczekać.- moja siostra wreszcie uczyniła nam ten zaszczyt i się ulotniła. Wkurzało mnie jej zachowanie, ale mimo wszystko nie potrafiłem jej się przeciwstawić. Można chyba powiedzieć, że była dla mnie najważniejsza na całym świecie... Ale za to Jennifer mnie na serio zirytowała. Znaczy, to trochę przez Safę, ale żeby od razu zapraszać ją do siebie? Zaraz będę musiał tam poleźć, bo przy małej nie znam słowa "nie" i będę musiał znosić obecność Jen. "Serio to aż tak ci będzie przeszkadzało? Nie wydaje mi się..."
-Zayn, przegapiłeś zjazd.- Jen trąciła mnie lekko w ramię. Cholera, zamyśliłem się. "I do tego jeszcze myślałem o niej..." Szlag by trafił tego doktorka. Ja i ona? "Że niby razem? Że jako para? Dobry dowcip." Zachował się, jakby każde dziecko, które siedzi komuś na kolanach to od razu jego dziecko... czy jakoś tak. "Totalny kretyn." skręciłem pod podany adres. Czyli jednak miałem rację... "To dom dziecka..."
-Macy, chodź. Dzięki za podwózkę, Zayn. Nie musiałeś.- zwróciła się w moją stronę Jenny.
-Mogę cię odwieźć do domu i tak mam po drodze.- wymamrotałem pod nosem. Jen spojrzała na mnie zaskoczona, ale za chwilę się delikatnie uśmiechnęła. "Taa, pewnie teraz myśli, że udało jej się mnie nawrócić. Ma śliczny uśmiech... Zamknij się, Zayn, albo będziesz musiał samemu sobie przywalić!" Wysiadła z samochodu i razem z dziewczynką weszła do budynku. Po jakichś dziesięciu minutach przeklinania samego siebie za zaoferowanie jej podwózki otworzyły się drzwi i wyszła przez nie Jennifer z jakąś kobietą. "Pewnie opiekunka..." Przez chwilę rozmawiały i w końcu dziewczyna ruszyła w stronę mojego auta. Wsiadła bez słowa i zapięła pas. Ruszyłem ostro zawracając.
-Nie musiałeś na mnie czekać.- powiedziała nie patrząc na mnie. Wzruszyłem ramionami.
-Mam po drodze. To żadna przysługa. Nie licz na coś więcej.
-Taaa... Ty się nigdy nie zmienisz, co?- zerknęła na mnie.- Ale nie łudź się, Zayn. Widać gołym okiem, że coś jest z tobą nie tak.- zacisnąłem mocno szczękę. "Ale nie łudź się, Jennifer. Nic ci nie powiem. Nie wtrącaj nosa w nie swoje sprawy."
-Gówno cię to obchodzi. Nie mam ochoty słuchać, co sobie myślisz. Już ci kiedyś, kurwa, mówiłem, żebyś się nie wtrącała!- warknąłem. Jen sapnęła pod nosem.
-Skoro tak, to się zatrzymaj.
-Co?
-Nie będę jechała z tobą samochodem. Super, dzięki, że nam pomogłeś, a właściwie, że pomogłeś Macy, ale chyba już ci się wyczerpała dawka dobroci na dziś, prawda? Więc się zatrzymaj.- odpięła pas. Zjechałem na pobocze.
-A proszę bardzo!- Jen wysiadła i ruszyła energicznym krokiem przed siebie. "Co za dziewczyna! Boże, czemu ona wiecznie musi mnie irytować?!" Ruszyłem przed siebie z piskiem opon mijając maszerującą dziewczynę i skręciłem mocno w lewo cudem unikając zderzenia z ciężarówką. Przez chwilę jechałem leśną drogą, aż wreszcie zatrzymałem się przed starymi magazynami, w których spotykaliśmy się całą grupą.
-Zayn! Co tak długo, stary?- Hazz wyszedł przed magazyn, żeby otworzyć mi bramę. Wjechałem samochodem do garażu na swoje zwykłe miejsce.
-Coś mnie zatrzymało.- odpowiedziałem wymijająco. Taa, na pewno powiem, że bawiłem się w pomagiera kościelnego.
-Dobra, nieważne.- Niall nie dał Harry'emu zadać kolejnego pytania. "I bardzo dobrze!" Horan wyciągnął na stół spore płaskie pudełko i otworzył je. Na stół wysypało się kilka torebek wypełnionych tym świństwem, za które ludzie dają kupę kasy i czasem życie. "Żałosne, żeby cały los powierzać kupce proszku... Żałosne, ale opłacalne. Dla nas."
Żaden z nas nie ćpał. Tylko Niall miał kiedyś epizod z ecstasy i heroiną, ale udało mu się z tego wykaraskać. Teraz chodzi przeszczęśliwy, że się wyleczył i próbuje zarazić tym szczęściem wszystkich wokół. "Dobry żart, Horan. Wyleczyłeś się, a zamiast tego odpalasz działki innym. Dojrzałe, nie powiem..." Kłopot w tym, że wszyscy trzej byliśmy w to wplątani i nie dało się z interesu wyjść. Niall zalegał z długami za dragi i zostało mu jeszcze do odpracowania około jednej czwartej forsy. Harry chciał zacząć zarabiać i podpisał umowę z Gregory'm, naszym szefem, na trzy lata. Czyli zostało mu jeszcze jakieś półtora roku. Styles był jednak tak zmanierowany, że podobało mu się to, co robił. I wreszcie ja... Ja przyczepiłem się do Harry'ego jako tzw. "wolny strzelec", to znaczy pomagałem mu w sprzedaży, bez zysków. Gdy wpadłem w tarapaty pod koniec czerwca, poleciałem do Gregory'ego po pomoc. I teraz musiałem to odpracować. "Chore... Ale konieczne."
-Dobra, chłopaki.- zatarł ręce Hazz.- Rozdzielamy to i lecimy do klubu. Dzisiaj "Salsa". Klienci czekają na towar.
-Jen, nareszcie jesteś!- gdy tylko przekroczyłam próg sali od fizyki, dopadła mnie Scarlett.- Czekałam na ciebie.
-Stało się coś?- poprawiłam na ramieniu torbę. Od pamiętnej podwózki do domu minął tydzień z hakiem. Rebeka nie była bardzo zła, bo akurat na moje szczęście mieli awarię prądu. Dzwoniłam do niej wczoraj i mówiła, że rana Macy się zagoiła i wszystko jest już w porządku. Natomiast Zayn znowu mnie ignorował, a mnie to coraz bardziej drażniło. "Czyżby ci się spodobał?" Nie! Wcale nie. Może... Nie wiem! "Wiem, że... nic, kurde, nie wiem." Na dodatek oblałam klasówkę z fizyki i gość musiał mnie zatrzymać po lekcji, żeby pogadać o błędach, które zrobiłam. No, ale co ja zrobię, nic mi z tej fizy nie wchodzi do głowy.
-No, stało! Mam całkowicie sprawną nogę.- i żeby to udowodnić, Scarlett zaczęła skakać na jednej nodze.- A już się bałam, że do balu nie da rady. Będę mogła włożyć moje cudowne szpilki!- pisnęła i pociągnęła mnie za rękę w stronę kafeterii.
Od tygodnia cała szkoła żyła balem. Planowano przebrania, szukano idealnych butów, masek, chłopaki załatwiali alkohol, którym mogliby doprawić poncz, dekorowano salę gimnastyczną, przez co wszystkie w-fy odbywały się na siłowni. Całe szczęście, że po tym całym balu nareszcie zaczną się treningi kosza. "Już się nie mogę doczekać..."
-Louis, hej! A co ty taki zmarnowany?- zagadnęłam chłopaka siadając przy stoliku i odpakowując kanapkę, którą wzięłam z bufetu. Lou siedział z wzrokiem wbitym w stół. Podniósł na nas nieprzytomny wzrok.
-Nie zaliczę semestru z histy.- powiedział ponuro i walnął kilka razy głową o blat.- Kurwa, dlaczego te cholerne daty nie chcą mi wejść do tego głupiego łba?!
-Ej, Tomlinson, bez nerwów.- Scarlett podwinęła nogę pod tyłek i upiła łyk wody.- Ja zawalę prawdopodobnie polski i tylko siedzące tu dziewczę może mnie ocalić.- posłała mi znaczące spojrzenie. "Że niby ja?"
-Scarlett, skarbie, może gdybyś uważała na lekcji zamiast spać, to złapałabyś choć jedną dobrą ocenę za pracę na lekcji.- zasugerowałam. Dziewczyna wzruszyła ramionami.- A ty, Louis, nie dramatyzuj. Do końca semestru jeszcze dwa miesiące. Dasz radę, a jakby co, to my ci pomożemy.- poklepałam chłopaka po ramieniu.- Tak nawiasem, znacie kogoś, kto umie fizykę i matmę? Chemii jakoś się wyuczę, gegra też nie jest tragedią, ale te wszystkie cyferki tak mi się plączą, że znowu miałam piękne, duże "F" na klasówce.- popatrzyli na siebie i pokręcili głowami.
-Może Liam... Ale on leci na trójach, tak jak ja. Poza tym, dzisiaj go nie ma, więc się nie spytasz.- odparł Louis. Westchnęłam.
-Pięknie. Czyli muszę szukać dalej. Na serio nie znacie jakiegoś geniusza matematycznego?- zapytałam głośno. Przy sąsiednim stoliku Zayn chyba zwrócił uwagę na moje słowa, bo uważnie zlustrował mnie wzrokiem. Zaraz jednak powrócił do rozmowy z towarzyszącą mu dziewczyną. "Tak, wiem, nie radzę sobie ze ścisłymi. To też ci we mnie przeszkadza?" Wywróciłam z irytacją oczami i ugryzłam kęs kanapki.
-Siema, ludzie!- do stolika podeszły Danielle i Eleanor.- Już pojutrze impreza! Cieszycie się?
-No jasne!- Scarlett zaraz dołączyła do rozmowy o kieckach, kombinezonach, maskach itp. itd. Nawet tego nie słuchałam. Otworzyłam książkę i próbowałam skupić się na historii nieszczęsnego Tristana i Izoldy. Profesor Hollins zadał nam to na dzisiaj. Znając życie, zorganizuje pracę w grupach i pan Malik znów nie będzie współpracował. "Cała robota na mnie..."
-Ej, Jen! Zawiesiłaś się? Jak cię zresetować?- zachichotała Dan.
-Mówiłyście coś?- ocknęłam się.
-W co się ubierzesz na bal?- i znów te kłopotliwe pytania.
-Nie idę na bal.- wytrzeszczyli oczy. Nawet Louis, który do tej pory pochłaniał jakąś książkę przygodową trzymając na kolanach Els.
-Że niby co?!- krzyknęli jednocześnie, a niemal wszyscy na stołówce spojrzeli na nasz stolik. Zwłaszcza zainteresowani byli nasi "koledzy" przy sąsiednim stole. Połykający się nawzajem Niall i ruda, przyssana do Zayna brunetka i Harry piszący do kogoś smsa.
-Noo, tak. Nie idę. Nie mam ochoty, a poza tym nie mam z kim.- na szczęście ludzie na sali wrócili do swoich zajęć.
-Ale nie musisz mieć partnera! Tutaj ludzie przychodzą bez par, żeby znaleźć kogoś do tańca na sali. Oto chodzi z tymi przebraniami!- przekonywała mnie El.- I nie musisz mieć nie wiadomo jakiego przebrania. O, te laski...- wskazała na wiadomy stolik.-... znając życie, ubiorą się zdzirowato, czyli tak jak zwykle. Będą pewnie króliczkami Playboya, jak co roku.- zakrztusiłam się kanapką.
-Sorry, jeśli wszyscy będą tak ubrani, to na serio tu nie pasuję.
-Ale daj spokój.- prychnęła Scarlett.- Ja w tamtym roku byłam panterą.
obcisła kiecka, ogon, wąsy na twarzy i już.
-Ja się przebrałam za cygankę.- zaśmiała się Danielle.- W tym roku będę Pocahontas albo Beyonce.
-Ej, ja chciałam Pocahontas!- El żartobliwie pacnęła Dani po głowie.- Nie, żartuję. W zeszłym roku przebrałam się za motyla, bo znalazłam ekstra bluzkę z rozszerzanymi lejącymi się rękawami. A teraz będę Lady Gagą. Mam już jeden z tych jej odjechanych kostiumów. To znaczy nie oryginał, tylko podobny, ale wiecie.
-Nom. Ja zamierzam być jednym z aniołków Charliego. Mam zarąbisty kombinezon. Do tego moje kochane czarne szpilki i będę najseksowniejszą laską na imprezie.- dodała Scarlett.
-Nie mów, Lou, że ty też się przebrałeś za zwierzę, księżniczkę albo superbohatera.- położyłam bokiem głowę na otwartej książce i popatrzyłam na chłopaka. Uśmiechnął się do mnie szeroko.
-Nie martw się. W zeszłym roku byłem chory i nie poszedłem na bal. Ale w tym roku zrobię furorę jako król rock'n'rolla!- wyszczerzył się. "O rany..."
-Będziesz Presleyem?
-Aha. Ściągam od Liama, on ostatnio robił za Lennona. Ale w tym roku stwierdził, że będzie Batmanem albo zrobi się na kogoś w stylu "Men In Black".- klasa sama w sobie. Super. Ja nie idę.
-Bawcie się dobrze.- zamknęłam książkę i wsadziłam ją do torby.
-Jen, ty musisz iść! To epickie wydarzenie!- Dan zerwała się z krzesła, gdy chciałam odejść od stolika.- Nie musisz mieć zarąbistego przebrania, wybierz coś, co cię charakteryzuje. Chodzi o świetną zabawę!
-Ludzie... Nie pójdę. Mam żałobę.- wyjaśniłam.
-Wcale tego nie widać.- zauważył Lou. Spojrzałam na siebie. "Czarna koszulka, koralowa kurtka i brązowe spodnie... No, może faktycznie tego nie widać..."
-Powiedzmy, że nie obchodzę tego przez ciuchy. Idę, zaraz mam angielski. Z Hollinsem.- zaznaczyłam i zaraz dodałam w myślach: "I z cholernym panem Malikiem."
Szłam energicznie chodnikiem. "Jeśli się nie mylę, to dom Jen będzie koło kościoła... Jest!" Szybko skręciłam do poszukiwanego miejsca. Musiałam pogadać z bratem Jen. Niech on ją zmusi do pójścia na imprezę. Przecież nie ma bata, żeby to opuściła. Ja nie mam faceta i idę, niech nie stosuje wymówki z brakiem towarzystwa. Wczoraj Jen nie chciała w ogóle o tym gadać, a dziś jest już sobota, czytaj impreza. Może i dziewiąta rano to wcześnie, ale trzeba się przyszykować. Dlatego taszczyłam ze sobą swój kostium oraz przebranie dla Jenny. "I wcisnę ją w to, choćby z użyciem siły!"
Zadzwoniłam do drzwi. Za chwilę usłyszałam czyjeś kroki i drzwi się otworzyły.
-Czeeeeść... Jest... może Jen?- "Ja pierdolę, ja pierdolę, ja pierdolę... Jakie CIACHO!!!" nie mogłam zebrać myśli na widok hiperprzystojnego kolesia w jeansach i dziwnej koszuli, który otworzył mi drzwi.
-Jasne, wejdź. Jen!- krzyknął głośno i wpuścił mnie do środka.
-Co jest, Jim?- "Czyli to jej brat?! Ksiądz?! Dlaczego on musi być taki przystoooojnyyyy???" Doskonale wiedziałam, kim jest brat Jennifer. Że też on musiał być księdzem z celibatem, zamiast jakimś architektem, sportowcem, barmanem czy innym kimś, ale cywilem?!!!
-Koleżanka do ciebie!- i zwrócił się do mnie.- Idź może na górę. Pierwsze drzwi po prawej. Ten leniwiec zczłapie na dół za całe wieki.- i już odchodził do jakiegoś pomieszczenia.
-Zaczekaj! Znaczy... Mógłby pan... znaczy ksiądz... znaczy...
-Po prostu Jim, okej?- uśmiechnął się pod nosem.
-Okeeej... Chodzi o to... Czy ty masz coś przeciwko, żeby Jen poszła na szkolny bal dzisiaj?- zrobił zdziwioną minę.
-To dziś jest jakiś bal?
-Taa, Jen nie chce iść, ale to absolutnie super impreza... i pilnowana przez nauczycieli... i Jen powinna pójść, bo wszyscy idą.
-Spoko, może iść. Maksymalnie o wpół do pierwszej powrót. Jasne?
-Tylko...- "Cholera, czemu nie mogę zebrać myśli?!"- Ona... mówiła, że ma żałobę...
-Aaa, o to chodzi.- podrapał się po głowie.
-Scarlett!- Jen zbiegła po schodach ubrana jeszcze w piżamę.- Co tu robisz?- uniosłam w górę wypchane torby.
-Idziemy na bal.- uśmiechnęłam się szeroko. Jen westchnęła głośno i oparła się o poręcz schodów.
-Mówiłam przecież...
-Twój brat się zgadza.- popatrzyła na niego z niedowierzaniem.
-Ale Jim... Rodzice...
-Rodzice nie chcieliby, żebyś siedziała w domu jak ostatnia sierota.- powiedział stanowczo.- Poza tym, w ramach żałoby możesz nie tańczyć i oczywiście nie pijesz alkoholu. Wracasz max o wpół do pierwszej. Zasady jasne?- skinęła głową.- To lećcie się szykować.- pocałował ją w czoło.- Baw się dobrze, siostra.- i zniknął za drzwiami.
-Chodź na górę.- mruknęła. Za chwilę znalazłyśmy się w jej pokoju.
-Dlaczego nie mówiłaś, że twój brat jest taki seksowny?!- wyszeptałam głośno, żeby przypadkiem nas nie usłyszał.
-Jim?- parsknęła śmiechem.- Wiesz, że nie zauważyłam? Poza tym, Scarlett...- popatrzyła na mnie znacząco.- On jest jakby zajęty.
-No wieeem.- jęknęłam rzucając się na łóżko.- Ale spokojnie, przeboleję to. Wyrwę jakiegoś kolesia na balu.
-Właśnie, a propos' balu...- zaczęła, ale ja zerwałam się zaraz z łóżka.
-Nie masz wymówki! Brat ci pozwolił!
-Właśnie, że mam. Brak kostiumu.- uśmiechnęła się triumfująco i założył ręce na piersi. Uniosłam brwi i podeszłam do rzuconych beztrosko toreb.
-Nie byłabym tego taka pewna...- i wyciągnęłam z torby sukienkę. "Scarlett, jesteś geniuszem!" pomyślałam patrząc na oniemiałą z zachwytu Jen.
__________________________________________
Zgodnie z obietnicą niedzielny rozdział :)
Kolejny prawdopodobnie w następną niedzielę, a na "Everything's..." we wtorek lub środę :P
Niestety, nie mam czasu, żeby napisać coś więcej, więc tylko: dziękuję za komentarze i obserwowanie, zapraszam na kolejny! :*
Do napisania <3
Roxanne xD
-Chryste, Jennifer, nie umiesz chodzić jak człowiek?!- podniósł się i zaczął otrzepywać bluzę.
-Powiedziałam, że przepraszam.- założyłam ręce na piersi i spuściłam głowę.
-Super, to na bank pomoże zgniecionej wątrobie.- prychnął wbijając ręce do kieszeni. "Jezu, czemu się rzucasz? Przeprosiłam przecież! Nic więcej raczej nie zrobię."
-Wiesz co? Z tobą chyba nie da się normalnie porozmawiać.- podniosłam głowę patrząc mu wyzywająco w oczy.
-Brawo! Nareszcie załapałaś!- zaczął teatralnie klaskać w ręce. Wywróciłam oczami i wróciłam na swoją ławkę. Otworzyłam książkę tam, gdzie skończyłam, ale nawet ujmująca osobowość pana Rochestera nie mogła mnie zmusić, żebym się skupiła. Cały czas uciekałam wzrokiem w kierunku tego wkurzającego mnie chłopaka. Zayn zapalił papierosa i obojętnie patrzył się na Macy i towarzyszącą jej dziewczynkę. Powędrowałam za jego wzrokiem i dopiero teraz dostrzegłam uderzające podobieństwo. "To musi być jego siostra!"
Macy i siostra Malika bawiły się właśnie przy drabinkach. Wspinały się na samą górę i zeskakiwały z wysokich szczebli. Za każdym razem, gdy właziły wyżej, serce podchodziło mi do gardła w obawie, że Macy coś się stanie, a to ja jestem za nią odpowiedzialna. Zerknęłam niespokojnie na zegarek, ale miałyśmy do wyznaczonej nam godziny policyjnej jeszcze masę czasu. Nagle poczułam, że ktoś mnie obserwuje. Podniosłam wzrok i napotkałam brązowe spojrzenie Zayna. Nawet się nie speszył tym, że go przyłapałam na obserwowaniu mnie. Mierzyliśmy się wzrokiem i żadne nie chciało odpuścić. "Istna walka z czlowiekiem-zagadką..." Zmarszczyłam brwi i już miałam coś powiedzieć, gdy rozległ się krzyk Macy. "Wykrakałam..." Zerwałam się z miejsca i podbiegłam do płaczącej dziewczynki.
-Macy, co się stało, skarbie?- Macy chlipiąc wskazała na lewą nogę. Spodnie były lekko zakrwawione. Ostrożnie podwinęłam nogawkę i zobaczyłam sporą rozszarpaną ranę.- Musimy jechać do szpitala, żeby ci to zszyli.
-Ale Macy nic nie będzie?- zapytała niespokojnie siostra Zayna, która cały czas przy nas stała. Nawet nie zauważyłam jej obecności.
-Nie, na pewno wszystko będzie dobrze.- powiedziałam, żeby nie siać paniki. Tak naprawdę, to cały czas modliłam się, żeby nie wdało się jakieś zakażenie.- Musimy tylko zamówić taksówkę, żeby nas zawiozła na izbę przyjęć.- sięgałam już do kieszeni po telefon, gdy dziewczynka mi przerwała.
-Zayn może nas zawieźć. Zayn! Proooszę...- zrobiła do brata słodkie oczka.
-Safaa, nie kombinuj.- odpowiedział ostro.
-Przydałoby się zrobić opatrunek uciskowy. Ma ktoś z was jakąś chustkę albo szalik?- rozejrzałam się. Pan Malik westchnął, ale po chwili wręczył nam czarną bandanę.- Dzięki, potem ci oddam.- zawiązałam chustkę powyżej rozcięcia, wzięłam swoją torbę i pomogłam Macy wstać. Dziewczynka ciągle płakała, ale jakoś udało jej się ostrożnie stanąć.
-Zaaaayn... Proszę cię, pomóżmy im!- Safaa szarpała brata za rękaw bluzy.
-Safaa, one sobie na pewno poradzą...
-Zayn!- tupnęła nogą.- Bo powiem mamie!- zrobiła proszącą minkę. Chłopak westchnął ciężko i z wielką łaską odwrócił się w naszą stronę.
-Zaczekajcie tu, pójdę po samochód.- przeszedł przez furtkę i zniknął za zakrętem uliczki.
-Widzicie?- jego siostrzyczka puściła do nas oczko.- Zawsze się uda go uprosić.- usiadłyśmy na ławce, żeby Macy nie musiała nadwyrężać nogi.- Bardzo cię boli?- zapytała z troską mojej małej przyjaciółki. Macy pokręciła przecząco głową i wytarła mokre policzki. "Chyba chciała udawać bohaterkę przed starszą koleżanką." pomyślałam przysłuchując się Safie opowiadającej o swoich przygodach w szpitalu. Złamana noga, wybity nadgarstek... Za każdym razem przekonywała Macy, że to, co jej się stało, to naprawdę nic.
Przed furtką placu zabaw zaparkował czarny samochód i zatrąbił kilka razy. Pomogłam Macy wsiąść na tył, zaraz obok niej ulokowała się Safaa. "Czyli zostało mi siedzenie na przodzie obok pana Malika..." westchnęłam i usiadłam na fotelu pasażera. Zayn nic nie mówiąc ruszył przed siebie. Jechał szybko, na granicy przepisów. Miałam ochotę mu coś na ten temat powiedzieć, ale mimo wszystko nam pomagał... Chyba mogłam parę spraw przemilczeć, żeby nie wywoływać kłótni. Poza tym miałam coś innego na głowie. "Co powie Rebeka? Obiecałam się opiekować Macy!" panikowałam w duchu i nawet nie zauważyłam, kiedy samochód zatrzymał się przed szpitalem.
-Jesteśmy.- mruknął Zayn.
-Zayn, chodź!- Safaa już wysiadła z auta.- Nie będziemy siedzieć w samochodzie, a trzeba będzie je odwieźć!
-Safaa...
-No chodź!!!- siostrunia wyciągnęła go za rękę z samochodu. Mimowolnie uśmiechałam się widząc, że ta mała dziewczynka potrafi zrobić ze swoim starszym bratem dosłownie wszystko, a on nie umie jej niczego odmówić.
-Jeśli nie chcesz, to nie musisz nam pomagać. Jakoś się dostaniemy do domu...- nie zdążyłam dokończyć, bo mi przerwał.
-Jen, idź już i nie gadaj tyle.- i niespodziewanie wziął Macy na ręce i zaniósł ją w kierunku wejścia. Wmurowało mnie na sekundę, ale zaraz podreptałam pospiesznie za nimi. Za chwilę siedzieliśmy na izbie przyjęć, do której zostaliśmy skierowani przez śliniącą się na widok pana Malika recepcjonistkę. "O rany... Kolejna ustrzelona przez Amora..." Z gabinetu wyszedł starszy lekarz.
-Witam, co my tu mamy?- uśmiechnął się szeroko na nasz widok.- Coś się stało państwa córeczce?- zakrztusiłam się powietrzem. "Naszej córeczce?! Aż tak staro wyglądamy?! To jest... Co ja gadam... W sensie mojej i Zayna? W sensie że my... Że jak para?!!!"
-Emmm, to nie nasza córka... To moja... siostra!- wypaliłam.
-Aaa... To przepraszam. Tak po prostu to wyglądało...- plątał się w wyjaśnieniach.- Nieważne. Co się stało?
-Macy skaleczyła się w nogę.- lekarz klęknął przy dziewczynce siedzącej na kolanach Zayna i ostrożnie dotknął rany. Macy syknęła, w jej oczach znowu pojawiły się łzy.
-Dobrze, kochanie. Zaraz zrobimy opatrunek, rana nie jest głęboka, tylko strasznie wygląda, ale jakiś szew się przyda... Niech pan ją wniesie do gabinetu. Macy, wytrzymasz bez swojej siostry?- dziewczynka niepewnie kiwnęła głową. Malik zaniósł Macy i zaraz wrócił na korytarz. Nie wiedziałam, czy coś do niego zagadać po tym, co wymyślił ten lekarz. Szczerze, to średnio wyobrażam sobie siebie i Zayna jako parę. To raczej niemożliwe. "W życiu nic nie jest niemożliwe..." przypomniałam sobie słowa mojego taty.
-Macy to twoja siostra?- Safaa usiadła koło mnie na krześle z szerokim uśmiechem. "Ciekawe, czy z uśmiechu też jest podobna do Zayna? Ciężko stwierdzić, przecież on się nie uśmiecha."
-Nie, tak tylko powiedziałam. To bardziej moja przyjaciółka.- wyjaśniłam nie zagłębiając się w szczegóły. Malik odchylił głowę do tyłu i przymknął oczy. "No tak, to bardzo męczące przebywać w moim towarzystwie..."
-Często przychodzicie na plac zabaw? Bo mnie Zayn często tam zabiera. Nie mogę chodzić sama, bo mama mówi, że jestem jeszcze za mała, a trzeba przechodzić przez ulicę, ale jak tylko poproszę Zayna, to ze mną idzie. Jest najlepszym bratem na świecie.- wtuliła się w ramię swojego brata.
-Nie podlizuj się, Safaa.- mruknął nie otwierając oczu.
-Nie podlizuję się! To szczera prawda!- oburzyła się dziewczynka.- Przecież chodzisz ze mną na plac zabaw i do wesołego miasteczka i do sklepu z zabawkami i na lody i...
-Czyli po prostu wszędzie cię zabiera.- uśmiechnęłam się.- Mój starszy brat też taki był.- Zayn otworzył jedno oko i łypnął na mnie.
-To teraz nie jest?- zapytała Safaa.
-Wiesz, chyba jestem już za duża na to, żeby zabierał mnie na plac zabaw czy do wesołego miasteczka. Nie ma za dużo czasu, musi pracować.
-A gdzie pracuje?
-W kościele. Jest księdzem. Taki jakby pastor.- wytłumaczyłam jej.- I do tego prowadzi jeszcze szkółkę bokserską i zapaśniczą dla dzieci. Chłopaki często przychodzą, żeby zagrać z nim w kosza albo w nogę u nas na podwórku.
-Macie kosza? Mogę kiedyś do was przyjść?- zaczęła prosić panna Malik.
-Jeśli rodzice ci pozwolą, to pewnie, że tak.
-Poproszę Zayna, to mnie przyprowadzi!- "Taaa, jasne. Już to widzę." Nie zdążyłam odpowiedzieć, bo z gabinetu wyszedł lekarz i za nim wykuśtykała Macy.
-Dostałam naklejki! Jestem dzielnym pacjentem!- pokazała kilka kolorowych naklejek.
-Tak, to była naprawdę dzielna pacjentka. Założyłem cztery szwy. Opatrunek trzeba będzie rano zmienić, ale nic nie powinno się dziać. W razie problemów proszę się zgłosić.
-Dobrze, dziękuję bardzo, panie doktorze.- wzięłam Macy za rękę i powoli wyszliśmy ze szpitala.
-To teraz do twojego domu?- spytał Zayn. Pokręciłam głową zapinając pas. Podałam chłopakowi adres. Spojrzał na mnie dziwnie, ale włączył silnik i ruszył w danym kierunku.
-Safaa, zostawię cię w domu, bo muszę potem załatwić pewną sprawę, okej?- dziewczynka pokiwała głową nie przerywając rozmowy, jaką prowadziła z Macy. Malik zjechał na podjazd jakiegoś ładnego domu i kazał siostrze wysiąść.
-To ja cię kiedyś odwiedzę, dobrze?- wsadziła jeszcze głowę przez moje okno. Uśmiechnęłam się do niej.
-Jasne, już nie mogę się doczekać.
-Jasne, już się nie mogę doczekać.- moja siostra wreszcie uczyniła nam ten zaszczyt i się ulotniła. Wkurzało mnie jej zachowanie, ale mimo wszystko nie potrafiłem jej się przeciwstawić. Można chyba powiedzieć, że była dla mnie najważniejsza na całym świecie... Ale za to Jennifer mnie na serio zirytowała. Znaczy, to trochę przez Safę, ale żeby od razu zapraszać ją do siebie? Zaraz będę musiał tam poleźć, bo przy małej nie znam słowa "nie" i będę musiał znosić obecność Jen. "Serio to aż tak ci będzie przeszkadzało? Nie wydaje mi się..."
-Zayn, przegapiłeś zjazd.- Jen trąciła mnie lekko w ramię. Cholera, zamyśliłem się. "I do tego jeszcze myślałem o niej..." Szlag by trafił tego doktorka. Ja i ona? "Że niby razem? Że jako para? Dobry dowcip." Zachował się, jakby każde dziecko, które siedzi komuś na kolanach to od razu jego dziecko... czy jakoś tak. "Totalny kretyn." skręciłem pod podany adres. Czyli jednak miałem rację... "To dom dziecka..."
-Macy, chodź. Dzięki za podwózkę, Zayn. Nie musiałeś.- zwróciła się w moją stronę Jenny.
-Mogę cię odwieźć do domu i tak mam po drodze.- wymamrotałem pod nosem. Jen spojrzała na mnie zaskoczona, ale za chwilę się delikatnie uśmiechnęła. "Taa, pewnie teraz myśli, że udało jej się mnie nawrócić. Ma śliczny uśmiech... Zamknij się, Zayn, albo będziesz musiał samemu sobie przywalić!" Wysiadła z samochodu i razem z dziewczynką weszła do budynku. Po jakichś dziesięciu minutach przeklinania samego siebie za zaoferowanie jej podwózki otworzyły się drzwi i wyszła przez nie Jennifer z jakąś kobietą. "Pewnie opiekunka..." Przez chwilę rozmawiały i w końcu dziewczyna ruszyła w stronę mojego auta. Wsiadła bez słowa i zapięła pas. Ruszyłem ostro zawracając.
-Nie musiałeś na mnie czekać.- powiedziała nie patrząc na mnie. Wzruszyłem ramionami.
-Mam po drodze. To żadna przysługa. Nie licz na coś więcej.
-Taaa... Ty się nigdy nie zmienisz, co?- zerknęła na mnie.- Ale nie łudź się, Zayn. Widać gołym okiem, że coś jest z tobą nie tak.- zacisnąłem mocno szczękę. "Ale nie łudź się, Jennifer. Nic ci nie powiem. Nie wtrącaj nosa w nie swoje sprawy."
-Gówno cię to obchodzi. Nie mam ochoty słuchać, co sobie myślisz. Już ci kiedyś, kurwa, mówiłem, żebyś się nie wtrącała!- warknąłem. Jen sapnęła pod nosem.
-Skoro tak, to się zatrzymaj.
-Co?
-Nie będę jechała z tobą samochodem. Super, dzięki, że nam pomogłeś, a właściwie, że pomogłeś Macy, ale chyba już ci się wyczerpała dawka dobroci na dziś, prawda? Więc się zatrzymaj.- odpięła pas. Zjechałem na pobocze.
-A proszę bardzo!- Jen wysiadła i ruszyła energicznym krokiem przed siebie. "Co za dziewczyna! Boże, czemu ona wiecznie musi mnie irytować?!" Ruszyłem przed siebie z piskiem opon mijając maszerującą dziewczynę i skręciłem mocno w lewo cudem unikając zderzenia z ciężarówką. Przez chwilę jechałem leśną drogą, aż wreszcie zatrzymałem się przed starymi magazynami, w których spotykaliśmy się całą grupą.
-Zayn! Co tak długo, stary?- Hazz wyszedł przed magazyn, żeby otworzyć mi bramę. Wjechałem samochodem do garażu na swoje zwykłe miejsce.
-Coś mnie zatrzymało.- odpowiedziałem wymijająco. Taa, na pewno powiem, że bawiłem się w pomagiera kościelnego.
-Dobra, nieważne.- Niall nie dał Harry'emu zadać kolejnego pytania. "I bardzo dobrze!" Horan wyciągnął na stół spore płaskie pudełko i otworzył je. Na stół wysypało się kilka torebek wypełnionych tym świństwem, za które ludzie dają kupę kasy i czasem życie. "Żałosne, żeby cały los powierzać kupce proszku... Żałosne, ale opłacalne. Dla nas."
Żaden z nas nie ćpał. Tylko Niall miał kiedyś epizod z ecstasy i heroiną, ale udało mu się z tego wykaraskać. Teraz chodzi przeszczęśliwy, że się wyleczył i próbuje zarazić tym szczęściem wszystkich wokół. "Dobry żart, Horan. Wyleczyłeś się, a zamiast tego odpalasz działki innym. Dojrzałe, nie powiem..." Kłopot w tym, że wszyscy trzej byliśmy w to wplątani i nie dało się z interesu wyjść. Niall zalegał z długami za dragi i zostało mu jeszcze do odpracowania około jednej czwartej forsy. Harry chciał zacząć zarabiać i podpisał umowę z Gregory'm, naszym szefem, na trzy lata. Czyli zostało mu jeszcze jakieś półtora roku. Styles był jednak tak zmanierowany, że podobało mu się to, co robił. I wreszcie ja... Ja przyczepiłem się do Harry'ego jako tzw. "wolny strzelec", to znaczy pomagałem mu w sprzedaży, bez zysków. Gdy wpadłem w tarapaty pod koniec czerwca, poleciałem do Gregory'ego po pomoc. I teraz musiałem to odpracować. "Chore... Ale konieczne."
-Dobra, chłopaki.- zatarł ręce Hazz.- Rozdzielamy to i lecimy do klubu. Dzisiaj "Salsa". Klienci czekają na towar.
-Jen, nareszcie jesteś!- gdy tylko przekroczyłam próg sali od fizyki, dopadła mnie Scarlett.- Czekałam na ciebie.
-Stało się coś?- poprawiłam na ramieniu torbę. Od pamiętnej podwózki do domu minął tydzień z hakiem. Rebeka nie była bardzo zła, bo akurat na moje szczęście mieli awarię prądu. Dzwoniłam do niej wczoraj i mówiła, że rana Macy się zagoiła i wszystko jest już w porządku. Natomiast Zayn znowu mnie ignorował, a mnie to coraz bardziej drażniło. "Czyżby ci się spodobał?" Nie! Wcale nie. Może... Nie wiem! "Wiem, że... nic, kurde, nie wiem." Na dodatek oblałam klasówkę z fizyki i gość musiał mnie zatrzymać po lekcji, żeby pogadać o błędach, które zrobiłam. No, ale co ja zrobię, nic mi z tej fizy nie wchodzi do głowy.
-No, stało! Mam całkowicie sprawną nogę.- i żeby to udowodnić, Scarlett zaczęła skakać na jednej nodze.- A już się bałam, że do balu nie da rady. Będę mogła włożyć moje cudowne szpilki!- pisnęła i pociągnęła mnie za rękę w stronę kafeterii.
Od tygodnia cała szkoła żyła balem. Planowano przebrania, szukano idealnych butów, masek, chłopaki załatwiali alkohol, którym mogliby doprawić poncz, dekorowano salę gimnastyczną, przez co wszystkie w-fy odbywały się na siłowni. Całe szczęście, że po tym całym balu nareszcie zaczną się treningi kosza. "Już się nie mogę doczekać..."
-Louis, hej! A co ty taki zmarnowany?- zagadnęłam chłopaka siadając przy stoliku i odpakowując kanapkę, którą wzięłam z bufetu. Lou siedział z wzrokiem wbitym w stół. Podniósł na nas nieprzytomny wzrok.
-Nie zaliczę semestru z histy.- powiedział ponuro i walnął kilka razy głową o blat.- Kurwa, dlaczego te cholerne daty nie chcą mi wejść do tego głupiego łba?!
-Ej, Tomlinson, bez nerwów.- Scarlett podwinęła nogę pod tyłek i upiła łyk wody.- Ja zawalę prawdopodobnie polski i tylko siedzące tu dziewczę może mnie ocalić.- posłała mi znaczące spojrzenie. "Że niby ja?"
-Scarlett, skarbie, może gdybyś uważała na lekcji zamiast spać, to złapałabyś choć jedną dobrą ocenę za pracę na lekcji.- zasugerowałam. Dziewczyna wzruszyła ramionami.- A ty, Louis, nie dramatyzuj. Do końca semestru jeszcze dwa miesiące. Dasz radę, a jakby co, to my ci pomożemy.- poklepałam chłopaka po ramieniu.- Tak nawiasem, znacie kogoś, kto umie fizykę i matmę? Chemii jakoś się wyuczę, gegra też nie jest tragedią, ale te wszystkie cyferki tak mi się plączą, że znowu miałam piękne, duże "F" na klasówce.- popatrzyli na siebie i pokręcili głowami.
-Może Liam... Ale on leci na trójach, tak jak ja. Poza tym, dzisiaj go nie ma, więc się nie spytasz.- odparł Louis. Westchnęłam.
-Pięknie. Czyli muszę szukać dalej. Na serio nie znacie jakiegoś geniusza matematycznego?- zapytałam głośno. Przy sąsiednim stoliku Zayn chyba zwrócił uwagę na moje słowa, bo uważnie zlustrował mnie wzrokiem. Zaraz jednak powrócił do rozmowy z towarzyszącą mu dziewczyną. "Tak, wiem, nie radzę sobie ze ścisłymi. To też ci we mnie przeszkadza?" Wywróciłam z irytacją oczami i ugryzłam kęs kanapki.
-Siema, ludzie!- do stolika podeszły Danielle i Eleanor.- Już pojutrze impreza! Cieszycie się?
-No jasne!- Scarlett zaraz dołączyła do rozmowy o kieckach, kombinezonach, maskach itp. itd. Nawet tego nie słuchałam. Otworzyłam książkę i próbowałam skupić się na historii nieszczęsnego Tristana i Izoldy. Profesor Hollins zadał nam to na dzisiaj. Znając życie, zorganizuje pracę w grupach i pan Malik znów nie będzie współpracował. "Cała robota na mnie..."
-Ej, Jen! Zawiesiłaś się? Jak cię zresetować?- zachichotała Dan.
-Mówiłyście coś?- ocknęłam się.
-W co się ubierzesz na bal?- i znów te kłopotliwe pytania.
-Nie idę na bal.- wytrzeszczyli oczy. Nawet Louis, który do tej pory pochłaniał jakąś książkę przygodową trzymając na kolanach Els.
-Że niby co?!- krzyknęli jednocześnie, a niemal wszyscy na stołówce spojrzeli na nasz stolik. Zwłaszcza zainteresowani byli nasi "koledzy" przy sąsiednim stole. Połykający się nawzajem Niall i ruda, przyssana do Zayna brunetka i Harry piszący do kogoś smsa.
-Noo, tak. Nie idę. Nie mam ochoty, a poza tym nie mam z kim.- na szczęście ludzie na sali wrócili do swoich zajęć.
-Ale nie musisz mieć partnera! Tutaj ludzie przychodzą bez par, żeby znaleźć kogoś do tańca na sali. Oto chodzi z tymi przebraniami!- przekonywała mnie El.- I nie musisz mieć nie wiadomo jakiego przebrania. O, te laski...- wskazała na wiadomy stolik.-... znając życie, ubiorą się zdzirowato, czyli tak jak zwykle. Będą pewnie króliczkami Playboya, jak co roku.- zakrztusiłam się kanapką.
-Sorry, jeśli wszyscy będą tak ubrani, to na serio tu nie pasuję.
-Ale daj spokój.- prychnęła Scarlett.- Ja w tamtym roku byłam panterą.
obcisła kiecka, ogon, wąsy na twarzy i już.
-Ja się przebrałam za cygankę.- zaśmiała się Danielle.- W tym roku będę Pocahontas albo Beyonce.
-Ej, ja chciałam Pocahontas!- El żartobliwie pacnęła Dani po głowie.- Nie, żartuję. W zeszłym roku przebrałam się za motyla, bo znalazłam ekstra bluzkę z rozszerzanymi lejącymi się rękawami. A teraz będę Lady Gagą. Mam już jeden z tych jej odjechanych kostiumów. To znaczy nie oryginał, tylko podobny, ale wiecie.
-Nom. Ja zamierzam być jednym z aniołków Charliego. Mam zarąbisty kombinezon. Do tego moje kochane czarne szpilki i będę najseksowniejszą laską na imprezie.- dodała Scarlett.
-Nie mów, Lou, że ty też się przebrałeś za zwierzę, księżniczkę albo superbohatera.- położyłam bokiem głowę na otwartej książce i popatrzyłam na chłopaka. Uśmiechnął się do mnie szeroko.
-Nie martw się. W zeszłym roku byłem chory i nie poszedłem na bal. Ale w tym roku zrobię furorę jako król rock'n'rolla!- wyszczerzył się. "O rany..."
-Będziesz Presleyem?
-Aha. Ściągam od Liama, on ostatnio robił za Lennona. Ale w tym roku stwierdził, że będzie Batmanem albo zrobi się na kogoś w stylu "Men In Black".- klasa sama w sobie. Super. Ja nie idę.
-Bawcie się dobrze.- zamknęłam książkę i wsadziłam ją do torby.
-Jen, ty musisz iść! To epickie wydarzenie!- Dan zerwała się z krzesła, gdy chciałam odejść od stolika.- Nie musisz mieć zarąbistego przebrania, wybierz coś, co cię charakteryzuje. Chodzi o świetną zabawę!
-Ludzie... Nie pójdę. Mam żałobę.- wyjaśniłam.
-Wcale tego nie widać.- zauważył Lou. Spojrzałam na siebie. "Czarna koszulka, koralowa kurtka i brązowe spodnie... No, może faktycznie tego nie widać..."
-Powiedzmy, że nie obchodzę tego przez ciuchy. Idę, zaraz mam angielski. Z Hollinsem.- zaznaczyłam i zaraz dodałam w myślach: "I z cholernym panem Malikiem."
Szłam energicznie chodnikiem. "Jeśli się nie mylę, to dom Jen będzie koło kościoła... Jest!" Szybko skręciłam do poszukiwanego miejsca. Musiałam pogadać z bratem Jen. Niech on ją zmusi do pójścia na imprezę. Przecież nie ma bata, żeby to opuściła. Ja nie mam faceta i idę, niech nie stosuje wymówki z brakiem towarzystwa. Wczoraj Jen nie chciała w ogóle o tym gadać, a dziś jest już sobota, czytaj impreza. Może i dziewiąta rano to wcześnie, ale trzeba się przyszykować. Dlatego taszczyłam ze sobą swój kostium oraz przebranie dla Jenny. "I wcisnę ją w to, choćby z użyciem siły!"
Zadzwoniłam do drzwi. Za chwilę usłyszałam czyjeś kroki i drzwi się otworzyły.
-Czeeeeść... Jest... może Jen?- "Ja pierdolę, ja pierdolę, ja pierdolę... Jakie CIACHO!!!" nie mogłam zebrać myśli na widok hiperprzystojnego kolesia w jeansach i dziwnej koszuli, który otworzył mi drzwi.
-Jasne, wejdź. Jen!- krzyknął głośno i wpuścił mnie do środka.
-Co jest, Jim?- "Czyli to jej brat?! Ksiądz?! Dlaczego on musi być taki przystoooojnyyyy???" Doskonale wiedziałam, kim jest brat Jennifer. Że też on musiał być księdzem z celibatem, zamiast jakimś architektem, sportowcem, barmanem czy innym kimś, ale cywilem?!!!
-Koleżanka do ciebie!- i zwrócił się do mnie.- Idź może na górę. Pierwsze drzwi po prawej. Ten leniwiec zczłapie na dół za całe wieki.- i już odchodził do jakiegoś pomieszczenia.
-Zaczekaj! Znaczy... Mógłby pan... znaczy ksiądz... znaczy...
-Po prostu Jim, okej?- uśmiechnął się pod nosem.
-Okeeej... Chodzi o to... Czy ty masz coś przeciwko, żeby Jen poszła na szkolny bal dzisiaj?- zrobił zdziwioną minę.
-To dziś jest jakiś bal?
-Taa, Jen nie chce iść, ale to absolutnie super impreza... i pilnowana przez nauczycieli... i Jen powinna pójść, bo wszyscy idą.
-Spoko, może iść. Maksymalnie o wpół do pierwszej powrót. Jasne?
-Tylko...- "Cholera, czemu nie mogę zebrać myśli?!"- Ona... mówiła, że ma żałobę...
-Aaa, o to chodzi.- podrapał się po głowie.
-Scarlett!- Jen zbiegła po schodach ubrana jeszcze w piżamę.- Co tu robisz?- uniosłam w górę wypchane torby.
-Idziemy na bal.- uśmiechnęłam się szeroko. Jen westchnęła głośno i oparła się o poręcz schodów.
-Mówiłam przecież...
-Twój brat się zgadza.- popatrzyła na niego z niedowierzaniem.
-Ale Jim... Rodzice...
-Rodzice nie chcieliby, żebyś siedziała w domu jak ostatnia sierota.- powiedział stanowczo.- Poza tym, w ramach żałoby możesz nie tańczyć i oczywiście nie pijesz alkoholu. Wracasz max o wpół do pierwszej. Zasady jasne?- skinęła głową.- To lećcie się szykować.- pocałował ją w czoło.- Baw się dobrze, siostra.- i zniknął za drzwiami.
-Chodź na górę.- mruknęła. Za chwilę znalazłyśmy się w jej pokoju.
-Dlaczego nie mówiłaś, że twój brat jest taki seksowny?!- wyszeptałam głośno, żeby przypadkiem nas nie usłyszał.
-Jim?- parsknęła śmiechem.- Wiesz, że nie zauważyłam? Poza tym, Scarlett...- popatrzyła na mnie znacząco.- On jest jakby zajęty.
-No wieeem.- jęknęłam rzucając się na łóżko.- Ale spokojnie, przeboleję to. Wyrwę jakiegoś kolesia na balu.
-Właśnie, a propos' balu...- zaczęła, ale ja zerwałam się zaraz z łóżka.
-Nie masz wymówki! Brat ci pozwolił!
-Właśnie, że mam. Brak kostiumu.- uśmiechnęła się triumfująco i założył ręce na piersi. Uniosłam brwi i podeszłam do rzuconych beztrosko toreb.
-Nie byłabym tego taka pewna...- i wyciągnęłam z torby sukienkę. "Scarlett, jesteś geniuszem!" pomyślałam patrząc na oniemiałą z zachwytu Jen.
__________________________________________
Zgodnie z obietnicą niedzielny rozdział :)
Kolejny prawdopodobnie w następną niedzielę, a na "Everything's..." we wtorek lub środę :P
Niestety, nie mam czasu, żeby napisać coś więcej, więc tylko: dziękuję za komentarze i obserwowanie, zapraszam na kolejny! :*
Do napisania <3
Roxanne xD
środa, 27 sierpnia 2014
Nowy szablonik :)
Zakochałam się w tym szablonie na zabój *o*
Dziękuję bardzo Daisy Angel za wykonanie go, linka do jej strony z szablonami i jej bloga znajdziecie po prawej stronie klikając button "SZABLON ^.^". Serdecznie polecam, to drugi szablon, jaki dla mnie wykonała i jestem pod wrażeniem :*
A jak wam się podoba? ;)
Roxanne xD
niedziela, 24 sierpnia 2014
CHAPTER 6: I've tried to ask myself, should I see someone else...
-Dobra, łamagi, nie mamy czasu, żeby ćwiczyć każdego z osobna!- wrzasnęła trenerka po pierwszej, morderczej godzinie w-fu. Oparłam ręce na kolanach, nieludzko zmęczona po wykonaniu piętnastu okrążeń sali, dwudziestu dwutaktów i około czterystu ćwiczeń z podawaniem piłki kolejnym zawodnikom. Na ławce siedziała Scarlett i klęła na każdą źle poprowadzoną akcję. "Przeżywa jak mrówka okres." pomyślałam ciężko sapiąc. Nie miałam siły nawet, żeby się uśmiechnąć. "I o to chodziło. Chciałaś odreagować, racja?" Racja, racja.
-Niektórzy z was są do niczego, a za chwilę zaczyna się sezon i musimy wybrać zawodników do drużyn. Brakuje nam kilku rezerwowych u chłopaków i dwie zawodniczki plus rezerwowe u dziewczyn. Podzielę was na drużyny, gramy pełną godzinę!- dmuchnęła w gwizdek i ustawiliśmy się na linii.
Pięknie. Trafiłam do drużyny z Zaynem. Bosko. Jak poda do mnie piłkę, to będzie cud. "Na podwórku ci ją odrzucił, pamiętasz?" Jasne, tylko nie mam pewności, że to był on. Ustawiliśmy się na boisku i na kolejny gwizdek nauczycielki zaczęliśmy grę. Jakiś chłopak podał do mnie piłkę i zaczęłam kozłować biegnąc sprintem wzdłuż linii boiska. Odgrodziłam się ręką od blokującego mnie Nialla i podałam dołem do wysokiej brunetki. Spróbowała rzucić do kosza, ale piłka odbiła się od obręczy i wpadła w ręce jakiejś blondynki z przeciwnej drużyny. Kurdee.
Jakieś pół godziny i około dziesięciu punktów później byłam znów zlana potem, ale zadowolona, bo trafiłam dwa razy do kosza dając naszej drużynie dwupunktową przewagę. Zayn omijał mnie szerokim łukiem i wolał, żeby piłka wpadła w ręce przeciwnika niż żebym ja wrzuciła ją do kosza. "Chore. Po prostu chore. Co mu aż tak we mnie nie pasuje?!" wkurzałam się, gdy piłka znowu trafiła do Harry'ego. Zablokowałam go, ale to nie pomogło. Jego drużyna zdobyła kolejne punkty. Jedyne co uzyskałam, to pełen zadowolenia uśmiech na jego twarzy, gdy przypadkowo otarłam się o jego ramię. Cholera.
-Ruszajcie się, jesteście jak jakieś pieprzone ślimaki!- wrzasnęła trenerka. "Ale siekiera. Już ją lubię za taki wycisk." Piłka wypadła poza boisko, Zayn miał wyrzucić ją z autu.
-Podaj!- krzyknęłam blokując jakiegoś niskiego, wątłego chłopaczka, którego widziałam chyba na chemii. Pan Malik popatrzył na mnie przez chwilę, a potem podał piłkę jakiejś Anne. Przygryzłam wargę powstrzymując się od głośnego przekleństwa. Pognałam pod kosz, żeby odebrać piłkę i wtedy nagle wylądowałam na parkiecie. "Ale boli..." jęknęłam czując już rosnącego na biodrze siniaka.
-To był faul, Horan!- krzyknęła nauczycielka. Z trudem podniosłam się z boiska. "Auaaa!"- Możesz grać, dobrze się czujesz?- zapytała takim głosem, że nie śmiałam zaprzeczyć.
-Wszystko okej.- podniosłam kciuk w górę masując delikatnie biodro.
-Dobra, Sorset, dajesz rzuty karne. Masz dwie szanse.- wcisnęła mi w ręce piłkę.- Stawaj na linii. Jak trafisz oba, to twoja drużyna wygra. Wyobraź sobie, że to najważniejszy mecz twojego życia, a trybuny pękają w szwach, żeby zobaczyć twoje rzuty. Musisz trafić.- "Nie ma co, genialna motywacja. Super, że nie stresuję się przed ludźmi, bo taki widok w wyobraźni nie skończyłby się dobrze."
Ustawiłam się na linii. Szybko oceniłam odległość. Jakieś pięć metrów do kosza... Może nawet mniej. Uniosłam piłkę na ugiętych rękach i lekko podskoczyłam wrzucając piłkę do kosza. Nie dotknęła obręczy, prześlizgnęła się przez siatkę i odbiła się parę razy od parkietu wracając prosto w moje ręce. Perfekcyjny rzut. Jeszcze jedna szansa. Dokładnie powtórzyłam poprzedni ruch i piłka ponownie wylądowała w koszu. "Taaak!"
-Nieźle, Sorset.- trenerka spojrzała na mnie z uznaniem.- Chciałabyś dołączyć do drużyny?
-No jasne!- nie wahałam się ani chwili. Od zawsze chciałam grać w kosza.
-To super. Treningi zaczynają się w przyszłym tygodniu, Wilson ci wszystko wytłumaczy.- kiwnęła głową w stronę Scarlett, która uśmiechała się szeroko do mnie ze swojego miejsca na ławce. "Udało się. Jestem w drużynie..."
-Co ci odbiło, żeby z nią gadać?
-A co tobie odbiło, że reagujesz na nią jak na jakiegoś komara?- odciąłem się zakładając czystą koszulkę po prysznicu.
-Bo jest cholernie wkurzająca? Czepia się wszystkiego, a w szczególności mnie.- mruknął Zayn.
-Ciebie to w ogóle nie wolno tknąć, bo od razu się izolujesz. Co ci się stało? Jeszcze przed wakacjami byłeś zupełnie inny.
-Nic mi nie jest!- "Jasne. To czemu łazisz taki wkurwiony?"- A ta cała Jennifer to wpieniająca laska, jeszcze wspomnisz moje słowa.
-Ty, stary, może ona się tobie podoba? I nie wiesz, co zrobić, żeby zauważyła w tobie faceta, bo liczy tylko na przyjaźń?- wypaliłem i zobaczyłem, jak Malik spina się i rzuca z wściekłością ręcznik na podłogę.
-Wiesz co, Horan? Pierdol się.- złapał plecak i wypadł z szatni na korytarz.
-Co go ugryzło?- zwróciłem się do Harry'ego. Styles siedział na ławce i maślanym wzrokiem gapił się w ścianę. "Kolejny nie do życia. Co za ludzie..." jęknąłem w duchu machając kumplowi ręką przed oczami.- Hazz!
-Co?- podniósł na mnie nieprzytomny wzrok. "Ja pierdzielę..."
-Zakochałeś się czy co?
-Ma zajebiste nogi.- powiedział.
-Kto? Jen?
-Aha.- przytaknął, a ja walnąłem się z całej siły ręką w czoło. "Zakochany kundel."
-Super i co? Będziesz do niej startował? Jak na razie masz u niej minus trzysta punktów.- stwierdziłem sarkastycznie chowając ciuchy do plecaka.
-Nie moja wina, że jak ją widzę, to mnie ścina.- popatrzyłem na niego i ryknąłem śmiechem.
-Serio?! Wina, ścina? Poetą będziesz? Może jeszcze piosenkę dla niej napiszesz?
-Jak na razie planuję tylko ją uwieść i przelecieć.
-Uważaj, bo jeszcze ci się da.- wyszedłem na korytarz. Zaraz miałem mieć chemię. "Na głodnego nic do głowy nie wejdzie... Żebym jeszcze chciał, żeby mi coś weszło do tej głowy." pomyślałem zatrzymując się przed automatem ze słodyczami. Wyciągnąłem dwa batoniki i puszkę z energetykiem, żeby nie usnąć i ruszyłem pod klasę. Jeśli Towers planuje jakąś kartkówkę, to chyba ją zastrzelę. Niech najpierw przeczyta podręcznik "Jak skutecznie nauczyć beznadziejnego przedmiotu". Oby Malik miał potem dobry humor, bo jeśli mi tego idiotyzmu nie wytłumaczy, to będę kiblował. Swoją drogą, ciekawe jakim cudem on się zna na tych fizykach, chemiach, matematykach itp. itd?
-O cześć, Jen!- pod klasą siedziała moja nowa znajoma. Podniosła wzrok znad książki.
-Cześć, Niall.
-Co czytasz?- klapnąłem na podłogę obok niej i odwinąłem z papierka Snickersa.
-Książkę.- odpowiedziała odkrywczo.
-No co ty nie powiesz.- zironizowałem. "Sam bym w życiu na to nie wpadł!"
-Jenni...fer.- Eleanor Calder właśnie przeszła zawał serca na widok swojej przyjaciółki siedzącej obok mnie. Jeśli mam być szczery, to Zayn i Harry budują ten cały wizerunek bad boy'ów. Nie przeczę, fucha mi się podoba, bo trzepiemy kasy jak lodu, ale nie ma sensu zrównywać z ziemią wszystkich dookoła.
-Emm... Mogę z tobą chwilę pogadać?- Els przestępowała z nogi na nogę patrząc na mnie nerwowo. "Czy ja gryzę?"
-Jasne.- Jen szybko podniosła się z podłogi nawet na mnie nie patrząc.- Na razie, Niall.- odeszła pod ścianę z Eleanor. "Nie boi się innych, nie przejmuje się, co ludzie o niej pomyślą... Zdecydowanie warto się z nią zaprzyjaźnić..."
-Czy ty masz pojęcie, z kim rozmawiałaś przed chwilą?- "krzyknęła" szeptem Els.
-Tak. Niall Horan.- odpowiedziałam zdecydowanie. "No, chyba że to jego sobowtór."
-Serio chcesz się z nim kumplować? Przecież on nie marzy o niczym innym, niż żeby się tobą zająć... w sensie zaciągnąć do łóżka.- zerknęła nerwowo na chłopaka, który kończył batonika przeglądając jakiś zeszyt.
-Nie sądzę. Gadałam z nim przed w-fem i był całkiem spoko... Stwierdził, że woli blondynki.
-Nie powiedziałabym. Jego obecna dziewczyna jest ruda.
-Ta, co siedziała przy ich stoliku?- El skinęła głową.
-Tak. Ale inni też mówią, że jest jego przyjaciółką z korzyściami.- oznajmiła unosząc brwi. Znowu nerwowe spojrzenie w kierunku Nialla. "Spokojnie, dziewczyno... On raczej nie gryzie, wścieklizny chyba też nie ma, bo by było widać. Zresztą, gdyby miał wściekliznę czy inne choróbsko, to przeniósłby je drogą płciową i połowa dziewczyn w szkole miałaby to samo. Jeżeli to prawda, co o nim mówią."
-Okeeej.- nie potrzebowałam tej wiedzy, naprawdę. Ale znam już Eleanor Calder na tyle dobrze, żeby wiedzieć, że jak chcę plotek, to muszę pójść do niej. Wie wszystko o wszystkich. Wiadomości prawdziwe przeplatane z plotkami. Ciekawe, co ludzie gadają o mnie. "Chyba wolę na razie nie wiedzieć..."- A co wcześniej chciałaś mi powiedzieć?
-Czekaj... A! Już wiem! Podobno...- zniżyła głos. Kolejna ploteczka.- Podobno dyrektor jednak nie zrezygnuje z naszej tradycji i za dwa tygodnie robią nam imprezę!- zmarszczyłam brwi. Nie bardzo wiedziałam, o co chodzi.
-El, jakbyś zapomniała, to jestem tu nowa i nie mam pojęcia, o jakiej imprezie mówisz.- dziewczyna westchnęła i pociągnęła mnie na parapet.
-Co roku nasza szkoła organizuje imprezę halloweenową.- wyjaśniła. "Halloween. Ja i to święto nie przepadamy za sobą nawzajem, no ale..."- Ale to nie jest zwykła dyskoteka, tylko bal przebierańców, wiesz, stroje, maski i tak dalej. Potem jest niezła jazda z odgadywaniem, kto był kim. Jakiś czas temu podobno dziewczyna obściskiwała się z innym kolesiem tylko dlatego, że był przebrany jak jej facet, ale nie wiadomo, czy nie zdradziła go już wcześniej... No, w każdym bądź razie, rok temu ktoś podpalił poncz i uruchomił alarm przeciwpożarowy. Połowa ludzi była pijana lub naćpana, więc trudności z ewakuacją, wymiotowanie, tratowanie się nawzajem, ogólna panika, wiesz. I nauczyciele protestowali przeciwko imprezie, ale dyro podobno wyraził jednak na to zgodę.
-Super.- westchnęłam.- Ale na mnie nie licz. Raczej nie przyjdę.
-Jak to?- Els otworzyła szeroko oczy.- Przecież to największa impreza w szkole, nie licząc balu maturalnego!
-Mam żałobę. Moi rodzice niedawno zginęli w wypadku.- powiedziałam cicho przygryzając wargę. Nie lubię tych wspomnień.
-O matko... Przepraszam, przepraszam, nie wiedziałam!- El przytuliła mnie mocno.- Wiesz, zdecydujesz czy chcesz przyjść czy nie... Ale myślę, że bawiłabyś się dobrze. Kurczę, w ogóle nie widać, że masz żałobę.
-Rodzice by nie chcieli, żebym chodziła cała na czarno. Mama zawsze kupowała kolorowe ciuchy, nawet nie patrzyła na te czarne...- zacisnęłam powieki odganiając w myślach obraz moje mamy przy szafie, gdy opróżniała ją z czarnych ubrań. "Wiecznie kolorowa, wiecznie młoda, wiecznie radosna..."- Widzisz?- wskazałam na czarny T-shirt i czarną opaskę we włosach.- Symbolicznie.
-Teraz widzę...- zadzwonił dzwonek.- Cholera, mam zaraz Hollinsa! Ten dziadek zabije mnie za spóźnienie!- w panice zeskoczyła z parapetu i już pędziła korytarzem w stronę sali od angielskiego.- Zastanów się jeszcze nad tą imprezą!- wrzasnęła do mnie zanim zniknęła za rogiem. "Zastanowić się mogę, ale raczej nic nowego z tego nie wyniknie..."
Weszłam powoli do klasy i zajęłam swoje miejsce. Jakimś cudem udało mi się zająć ostatnią ławkę w środkowym rzędzie. Nienawidzę być na widoku na takich przedmiotach jak chemia.
-Dzień dobry, klaso!- do sali weszła wesoła jak skowronek pani Towers.- Jak tam, kochani? Ładny dzień, prawda?- nikt nie miał odwagi się odezwać. Już załapałam tę niepisaną zasadę. Gdy pani Towers pyta nas o samopoczucie lub pogodę czy cokolwiek w tym rodzaju, to znaczy, że będzie pytała albo, co gorsza...- Wyjmijcie karteczki. Sprawdzimy, czego się nauczyliście przez te półtora miesiąca.- właśnie. Albo zrobi kartkówkę. W ławce po ukosie, pod ścianą, Niall jęknął głośno uderzając czołem o blat ławki. "Widzisz, nie tylko ty się "cieszysz" na tę kartkówkę..." pomyślałam kipiąc sarkazmem. Przepisałam polecenia z tablicy i zaczęłam powoli rozwiązywać zadania. "Mol, mol, sześć przecinek zero osiem mola... Mole to ja mam w szafie!" wściekłam się, gdy wynik obliczeń wyglądał jakby ściągnięto go z kosmosu. "Przecież to niemożliwe, żeby objętość wyszła minus czterdzieści sześć mola na decymetr sześcienny!" Desperacko próbowałam naprawić zadanie, ale to było niewykonalne. "Jesteś idiotką, Jen. Kretynką do kwadratu! Miałaś szukać korków."
Ze szkoły wyszłam zła. Szybkim krokiem skierowałam się do domu. Miałam dość szkoły. Jedyny plus dzisiejszego dnia to przyjęcie do drużyny, reszta to jedno wielkie dno. Praktycznie wbiegłam na podwórko i rzuciłam się do drzwi. Wywaliłam na chodnik prawie całą zawartość torby, żeby znaleźć klucze.
-Jim? Jesteś w domu?- odpowiedziała mi cisza. Westchnęłam i ruszyłam do jego gabinetu. Pusto. Sprawdziłam pokoje na górze, łazienkę i salon. Mój brat pewnie siedzi w kościele albo na salce treningowej. Weszłam do kuchni i od razu w oczy rzuciła mi się jaskrawożółta kartka A4 na lodówce.
-"Jenny, jestem w domu dziecka, jak chcesz to wpadnij. Macy bardzo tęskni! Masz w lodówce rosołek od pani Wheeler. Stwierdziła, że trzeba się zaopiekować bożymi sierotkami. Co ja mam z tą babą... Jakby co, to komórka mi padła, będę w domu koło ósmej. Buziaki, Jim."- przeczytałam na głos. Aha. Fajnie. W sumie mogłabym pójść do Macy. Naprawdę dawno tam nie byłam. Odgrzałam ekspresowo rosół i zjadłam go, jedną ręką przekręcając kartki książki, którą dziś wypożyczyłam z biblioteki. Zmyłam po sobie naczynia, spakowałam do torby "Dziwne losy Jane Eyre" i poszłam w kierunku domu dziecka.
-Jenny!- Macy rzuciła mi się na szyję, gdy tylko przekroczyłam próg budynku.- Tęskniłam za tobą!
-Cześć, skarbie.- przytuliłam dziewczynkę i pocałowałam ją w główkę.
-Jenny, kochanie, dawno cię tu nie widziałam!- Rebeka, dyrektorka sierocińca, przemiła kobieta, podeszła do mnie z szerokim uśmiechem i też mnie uściskała.- Przyszłaś do Jima? Jest w rekreacyjnym.
-Właściwie to przyszłam do Macy.- uśmiechnęłam się do dziewczynki.- Dawno jej nie odwiedzałam, ale miałam strasznie dużo na głowie. Nowa szkoła to nie przelewki.
-Jasne, że tak. Nie martw się. Ważne, że dziś przyszłaś. Idziecie do ogrodu?
-A mogłabym zabrać Macy na spacer po mieście? Jakiś plac zabaw czy coś...- Rebeka zmarszczyła brwi i zastanawiała się przez chwilę.
-No dobrze, ale maksymalnie na trzy godziny. O osiemnastej jesteście z powrotem.
-Idziemy się pobawić? Pójdziemy na huśtawki?- Macy zaczęła podskakiwać w miejscu nie puszczając mojej ręki.
-Jeśli chcesz. Tylko biegnij po kurtkę, załóż buty i wychodzimy.- dziewczynka pędem pobiegła po schodach na górę do swojego pokoju i za parę minut wróciła już ubrana.
-Idziemy?
-Idziemy.- wzięłam ją za rękę i otworzyłam jej drzwi.
Szłyśmy chodnikiem w kierunku pacu zabaw niedaleko kościoła. Macy wesoło opowiadała o tym, co ostatnio wydarzyło się w domu dziecka, bez przerwy się śmiała, widać, że była szczęśliwa z powodu tego wyjścia. Otworzyłam furtkę na plac zabaw i Macy od razu pobiegła w stronę zjeżdżalni. Usiadłam na ławce pod ogrodzeniem na wprost zjeżdżalni i huśtawek, wyciągnęłam książkę z torby i zagłębiłam się w lekturze. Co chwilę tylko zerkałam na roześmianą Macy, która już siódmy raz wspinała się na drabinki.
-Safaa! Tylko nie odbiegaj za daleko!- usłyszałam dziwnie znajomy głos, ale nie miałam ochoty odrywać się od historii biednej Jane Eyre. Nagle książka zniknęła z mojego pola widzenia. Podniosłam głowę i zobaczyłam uśmiechniętą Macy, chowającą mój skarb za plecami.
-Pobaw się ze mną!- zażądała.- Albo nie oddam ci książki!- posunęła się do szantażu. Parsknęłam śmiechem.
-Osz ty, cwaniaro mała!- udałam, że zaczęłam ją gonić, a dziewczynka pisnęła, rzuciła książkę na ławkę, gdzie wcześniej siedziałam i schowała się za drzewem.- Zaraz cię dopadnę...- zaczęłam się skradać w jej stronę. Macy wychyliła się zza pnia i czmychnęła na drabinki. Pobiegłam za nią, ściągnęłam ją stamtąd i zaczęłam się kręcić w kółko trzymając ją w ramionach. Macy śmiała się i piszczała wniebogłosy. Wreszcie zdyszana zatrzymałam się i postawiłam ją na ziemi.
-Zobacz, ta dziewczynka bawi się sama.- wskazała mi niewiele od niej starszą czarnowłosą dziewczynkę siedzącą na huśtawce.- Mogę się z nią pobawić?
-No jasne.- odgarnęłam jej włosy z czoła i poprawiłam kurteczkę.- Leć, zapoznaj się z nią. Założę się, że będzie bardzo dobrą koleżanką.
Macy podeszła wolno do huśtawek i zagadała do dziewczynki. Ona odpowiedziała uśmiechem i za chwilę obie kołysały się na swoich huśtawkach rozmawiając o czymś. Zbiegłam z placu zabaw pod ogrodzenie oglądając się cały czas za siebie. Chciałam wrócić na swoją ławkę i jednocześnie nie spuszczać z oczu Macy. Nagle uderzyłam w kogoś plecami i oboje wylądowaliśmy na ziemi. Podniosłam głowę i jęknęłam w duchu. "Pięknie. Co jeszcze się dziś wydarzy, żeby ten dzień był bardziej beznadziejny?"
-Niektórzy z was są do niczego, a za chwilę zaczyna się sezon i musimy wybrać zawodników do drużyn. Brakuje nam kilku rezerwowych u chłopaków i dwie zawodniczki plus rezerwowe u dziewczyn. Podzielę was na drużyny, gramy pełną godzinę!- dmuchnęła w gwizdek i ustawiliśmy się na linii.
Pięknie. Trafiłam do drużyny z Zaynem. Bosko. Jak poda do mnie piłkę, to będzie cud. "Na podwórku ci ją odrzucił, pamiętasz?" Jasne, tylko nie mam pewności, że to był on. Ustawiliśmy się na boisku i na kolejny gwizdek nauczycielki zaczęliśmy grę. Jakiś chłopak podał do mnie piłkę i zaczęłam kozłować biegnąc sprintem wzdłuż linii boiska. Odgrodziłam się ręką od blokującego mnie Nialla i podałam dołem do wysokiej brunetki. Spróbowała rzucić do kosza, ale piłka odbiła się od obręczy i wpadła w ręce jakiejś blondynki z przeciwnej drużyny. Kurdee.
Jakieś pół godziny i około dziesięciu punktów później byłam znów zlana potem, ale zadowolona, bo trafiłam dwa razy do kosza dając naszej drużynie dwupunktową przewagę. Zayn omijał mnie szerokim łukiem i wolał, żeby piłka wpadła w ręce przeciwnika niż żebym ja wrzuciła ją do kosza. "Chore. Po prostu chore. Co mu aż tak we mnie nie pasuje?!" wkurzałam się, gdy piłka znowu trafiła do Harry'ego. Zablokowałam go, ale to nie pomogło. Jego drużyna zdobyła kolejne punkty. Jedyne co uzyskałam, to pełen zadowolenia uśmiech na jego twarzy, gdy przypadkowo otarłam się o jego ramię. Cholera.
-Ruszajcie się, jesteście jak jakieś pieprzone ślimaki!- wrzasnęła trenerka. "Ale siekiera. Już ją lubię za taki wycisk." Piłka wypadła poza boisko, Zayn miał wyrzucić ją z autu.
-Podaj!- krzyknęłam blokując jakiegoś niskiego, wątłego chłopaczka, którego widziałam chyba na chemii. Pan Malik popatrzył na mnie przez chwilę, a potem podał piłkę jakiejś Anne. Przygryzłam wargę powstrzymując się od głośnego przekleństwa. Pognałam pod kosz, żeby odebrać piłkę i wtedy nagle wylądowałam na parkiecie. "Ale boli..." jęknęłam czując już rosnącego na biodrze siniaka.
-To był faul, Horan!- krzyknęła nauczycielka. Z trudem podniosłam się z boiska. "Auaaa!"- Możesz grać, dobrze się czujesz?- zapytała takim głosem, że nie śmiałam zaprzeczyć.
-Wszystko okej.- podniosłam kciuk w górę masując delikatnie biodro.
-Dobra, Sorset, dajesz rzuty karne. Masz dwie szanse.- wcisnęła mi w ręce piłkę.- Stawaj na linii. Jak trafisz oba, to twoja drużyna wygra. Wyobraź sobie, że to najważniejszy mecz twojego życia, a trybuny pękają w szwach, żeby zobaczyć twoje rzuty. Musisz trafić.- "Nie ma co, genialna motywacja. Super, że nie stresuję się przed ludźmi, bo taki widok w wyobraźni nie skończyłby się dobrze."
Ustawiłam się na linii. Szybko oceniłam odległość. Jakieś pięć metrów do kosza... Może nawet mniej. Uniosłam piłkę na ugiętych rękach i lekko podskoczyłam wrzucając piłkę do kosza. Nie dotknęła obręczy, prześlizgnęła się przez siatkę i odbiła się parę razy od parkietu wracając prosto w moje ręce. Perfekcyjny rzut. Jeszcze jedna szansa. Dokładnie powtórzyłam poprzedni ruch i piłka ponownie wylądowała w koszu. "Taaak!"
-Nieźle, Sorset.- trenerka spojrzała na mnie z uznaniem.- Chciałabyś dołączyć do drużyny?
-No jasne!- nie wahałam się ani chwili. Od zawsze chciałam grać w kosza.
-To super. Treningi zaczynają się w przyszłym tygodniu, Wilson ci wszystko wytłumaczy.- kiwnęła głową w stronę Scarlett, która uśmiechała się szeroko do mnie ze swojego miejsca na ławce. "Udało się. Jestem w drużynie..."
-Co ci odbiło, żeby z nią gadać?
-A co tobie odbiło, że reagujesz na nią jak na jakiegoś komara?- odciąłem się zakładając czystą koszulkę po prysznicu.
-Bo jest cholernie wkurzająca? Czepia się wszystkiego, a w szczególności mnie.- mruknął Zayn.
-Ciebie to w ogóle nie wolno tknąć, bo od razu się izolujesz. Co ci się stało? Jeszcze przed wakacjami byłeś zupełnie inny.
-Nic mi nie jest!- "Jasne. To czemu łazisz taki wkurwiony?"- A ta cała Jennifer to wpieniająca laska, jeszcze wspomnisz moje słowa.
-Ty, stary, może ona się tobie podoba? I nie wiesz, co zrobić, żeby zauważyła w tobie faceta, bo liczy tylko na przyjaźń?- wypaliłem i zobaczyłem, jak Malik spina się i rzuca z wściekłością ręcznik na podłogę.
-Wiesz co, Horan? Pierdol się.- złapał plecak i wypadł z szatni na korytarz.
-Co go ugryzło?- zwróciłem się do Harry'ego. Styles siedział na ławce i maślanym wzrokiem gapił się w ścianę. "Kolejny nie do życia. Co za ludzie..." jęknąłem w duchu machając kumplowi ręką przed oczami.- Hazz!
-Co?- podniósł na mnie nieprzytomny wzrok. "Ja pierdzielę..."
-Zakochałeś się czy co?
-Ma zajebiste nogi.- powiedział.
-Kto? Jen?
-Aha.- przytaknął, a ja walnąłem się z całej siły ręką w czoło. "Zakochany kundel."
-Super i co? Będziesz do niej startował? Jak na razie masz u niej minus trzysta punktów.- stwierdziłem sarkastycznie chowając ciuchy do plecaka.
-Nie moja wina, że jak ją widzę, to mnie ścina.- popatrzyłem na niego i ryknąłem śmiechem.
-Serio?! Wina, ścina? Poetą będziesz? Może jeszcze piosenkę dla niej napiszesz?
-Jak na razie planuję tylko ją uwieść i przelecieć.
-Uważaj, bo jeszcze ci się da.- wyszedłem na korytarz. Zaraz miałem mieć chemię. "Na głodnego nic do głowy nie wejdzie... Żebym jeszcze chciał, żeby mi coś weszło do tej głowy." pomyślałem zatrzymując się przed automatem ze słodyczami. Wyciągnąłem dwa batoniki i puszkę z energetykiem, żeby nie usnąć i ruszyłem pod klasę. Jeśli Towers planuje jakąś kartkówkę, to chyba ją zastrzelę. Niech najpierw przeczyta podręcznik "Jak skutecznie nauczyć beznadziejnego przedmiotu". Oby Malik miał potem dobry humor, bo jeśli mi tego idiotyzmu nie wytłumaczy, to będę kiblował. Swoją drogą, ciekawe jakim cudem on się zna na tych fizykach, chemiach, matematykach itp. itd?
-O cześć, Jen!- pod klasą siedziała moja nowa znajoma. Podniosła wzrok znad książki.
-Cześć, Niall.
-Co czytasz?- klapnąłem na podłogę obok niej i odwinąłem z papierka Snickersa.
-Książkę.- odpowiedziała odkrywczo.
-No co ty nie powiesz.- zironizowałem. "Sam bym w życiu na to nie wpadł!"
-Jenni...fer.- Eleanor Calder właśnie przeszła zawał serca na widok swojej przyjaciółki siedzącej obok mnie. Jeśli mam być szczery, to Zayn i Harry budują ten cały wizerunek bad boy'ów. Nie przeczę, fucha mi się podoba, bo trzepiemy kasy jak lodu, ale nie ma sensu zrównywać z ziemią wszystkich dookoła.
-Emm... Mogę z tobą chwilę pogadać?- Els przestępowała z nogi na nogę patrząc na mnie nerwowo. "Czy ja gryzę?"
-Jasne.- Jen szybko podniosła się z podłogi nawet na mnie nie patrząc.- Na razie, Niall.- odeszła pod ścianę z Eleanor. "Nie boi się innych, nie przejmuje się, co ludzie o niej pomyślą... Zdecydowanie warto się z nią zaprzyjaźnić..."
-Czy ty masz pojęcie, z kim rozmawiałaś przed chwilą?- "krzyknęła" szeptem Els.
-Tak. Niall Horan.- odpowiedziałam zdecydowanie. "No, chyba że to jego sobowtór."
-Serio chcesz się z nim kumplować? Przecież on nie marzy o niczym innym, niż żeby się tobą zająć... w sensie zaciągnąć do łóżka.- zerknęła nerwowo na chłopaka, który kończył batonika przeglądając jakiś zeszyt.
-Nie sądzę. Gadałam z nim przed w-fem i był całkiem spoko... Stwierdził, że woli blondynki.
-Nie powiedziałabym. Jego obecna dziewczyna jest ruda.
-Ta, co siedziała przy ich stoliku?- El skinęła głową.
-Tak. Ale inni też mówią, że jest jego przyjaciółką z korzyściami.- oznajmiła unosząc brwi. Znowu nerwowe spojrzenie w kierunku Nialla. "Spokojnie, dziewczyno... On raczej nie gryzie, wścieklizny chyba też nie ma, bo by było widać. Zresztą, gdyby miał wściekliznę czy inne choróbsko, to przeniósłby je drogą płciową i połowa dziewczyn w szkole miałaby to samo. Jeżeli to prawda, co o nim mówią."
-Okeeej.- nie potrzebowałam tej wiedzy, naprawdę. Ale znam już Eleanor Calder na tyle dobrze, żeby wiedzieć, że jak chcę plotek, to muszę pójść do niej. Wie wszystko o wszystkich. Wiadomości prawdziwe przeplatane z plotkami. Ciekawe, co ludzie gadają o mnie. "Chyba wolę na razie nie wiedzieć..."- A co wcześniej chciałaś mi powiedzieć?
-Czekaj... A! Już wiem! Podobno...- zniżyła głos. Kolejna ploteczka.- Podobno dyrektor jednak nie zrezygnuje z naszej tradycji i za dwa tygodnie robią nam imprezę!- zmarszczyłam brwi. Nie bardzo wiedziałam, o co chodzi.
-El, jakbyś zapomniała, to jestem tu nowa i nie mam pojęcia, o jakiej imprezie mówisz.- dziewczyna westchnęła i pociągnęła mnie na parapet.
-Co roku nasza szkoła organizuje imprezę halloweenową.- wyjaśniła. "Halloween. Ja i to święto nie przepadamy za sobą nawzajem, no ale..."- Ale to nie jest zwykła dyskoteka, tylko bal przebierańców, wiesz, stroje, maski i tak dalej. Potem jest niezła jazda z odgadywaniem, kto był kim. Jakiś czas temu podobno dziewczyna obściskiwała się z innym kolesiem tylko dlatego, że był przebrany jak jej facet, ale nie wiadomo, czy nie zdradziła go już wcześniej... No, w każdym bądź razie, rok temu ktoś podpalił poncz i uruchomił alarm przeciwpożarowy. Połowa ludzi była pijana lub naćpana, więc trudności z ewakuacją, wymiotowanie, tratowanie się nawzajem, ogólna panika, wiesz. I nauczyciele protestowali przeciwko imprezie, ale dyro podobno wyraził jednak na to zgodę.
-Super.- westchnęłam.- Ale na mnie nie licz. Raczej nie przyjdę.
-Jak to?- Els otworzyła szeroko oczy.- Przecież to największa impreza w szkole, nie licząc balu maturalnego!
-Mam żałobę. Moi rodzice niedawno zginęli w wypadku.- powiedziałam cicho przygryzając wargę. Nie lubię tych wspomnień.
-O matko... Przepraszam, przepraszam, nie wiedziałam!- El przytuliła mnie mocno.- Wiesz, zdecydujesz czy chcesz przyjść czy nie... Ale myślę, że bawiłabyś się dobrze. Kurczę, w ogóle nie widać, że masz żałobę.
-Rodzice by nie chcieli, żebym chodziła cała na czarno. Mama zawsze kupowała kolorowe ciuchy, nawet nie patrzyła na te czarne...- zacisnęłam powieki odganiając w myślach obraz moje mamy przy szafie, gdy opróżniała ją z czarnych ubrań. "Wiecznie kolorowa, wiecznie młoda, wiecznie radosna..."- Widzisz?- wskazałam na czarny T-shirt i czarną opaskę we włosach.- Symbolicznie.
-Teraz widzę...- zadzwonił dzwonek.- Cholera, mam zaraz Hollinsa! Ten dziadek zabije mnie za spóźnienie!- w panice zeskoczyła z parapetu i już pędziła korytarzem w stronę sali od angielskiego.- Zastanów się jeszcze nad tą imprezą!- wrzasnęła do mnie zanim zniknęła za rogiem. "Zastanowić się mogę, ale raczej nic nowego z tego nie wyniknie..."
Weszłam powoli do klasy i zajęłam swoje miejsce. Jakimś cudem udało mi się zająć ostatnią ławkę w środkowym rzędzie. Nienawidzę być na widoku na takich przedmiotach jak chemia.
-Dzień dobry, klaso!- do sali weszła wesoła jak skowronek pani Towers.- Jak tam, kochani? Ładny dzień, prawda?- nikt nie miał odwagi się odezwać. Już załapałam tę niepisaną zasadę. Gdy pani Towers pyta nas o samopoczucie lub pogodę czy cokolwiek w tym rodzaju, to znaczy, że będzie pytała albo, co gorsza...- Wyjmijcie karteczki. Sprawdzimy, czego się nauczyliście przez te półtora miesiąca.- właśnie. Albo zrobi kartkówkę. W ławce po ukosie, pod ścianą, Niall jęknął głośno uderzając czołem o blat ławki. "Widzisz, nie tylko ty się "cieszysz" na tę kartkówkę..." pomyślałam kipiąc sarkazmem. Przepisałam polecenia z tablicy i zaczęłam powoli rozwiązywać zadania. "Mol, mol, sześć przecinek zero osiem mola... Mole to ja mam w szafie!" wściekłam się, gdy wynik obliczeń wyglądał jakby ściągnięto go z kosmosu. "Przecież to niemożliwe, żeby objętość wyszła minus czterdzieści sześć mola na decymetr sześcienny!" Desperacko próbowałam naprawić zadanie, ale to było niewykonalne. "Jesteś idiotką, Jen. Kretynką do kwadratu! Miałaś szukać korków."
Ze szkoły wyszłam zła. Szybkim krokiem skierowałam się do domu. Miałam dość szkoły. Jedyny plus dzisiejszego dnia to przyjęcie do drużyny, reszta to jedno wielkie dno. Praktycznie wbiegłam na podwórko i rzuciłam się do drzwi. Wywaliłam na chodnik prawie całą zawartość torby, żeby znaleźć klucze.
-Jim? Jesteś w domu?- odpowiedziała mi cisza. Westchnęłam i ruszyłam do jego gabinetu. Pusto. Sprawdziłam pokoje na górze, łazienkę i salon. Mój brat pewnie siedzi w kościele albo na salce treningowej. Weszłam do kuchni i od razu w oczy rzuciła mi się jaskrawożółta kartka A4 na lodówce.
-"Jenny, jestem w domu dziecka, jak chcesz to wpadnij. Macy bardzo tęskni! Masz w lodówce rosołek od pani Wheeler. Stwierdziła, że trzeba się zaopiekować bożymi sierotkami. Co ja mam z tą babą... Jakby co, to komórka mi padła, będę w domu koło ósmej. Buziaki, Jim."- przeczytałam na głos. Aha. Fajnie. W sumie mogłabym pójść do Macy. Naprawdę dawno tam nie byłam. Odgrzałam ekspresowo rosół i zjadłam go, jedną ręką przekręcając kartki książki, którą dziś wypożyczyłam z biblioteki. Zmyłam po sobie naczynia, spakowałam do torby "Dziwne losy Jane Eyre" i poszłam w kierunku domu dziecka.
-Jenny!- Macy rzuciła mi się na szyję, gdy tylko przekroczyłam próg budynku.- Tęskniłam za tobą!
-Cześć, skarbie.- przytuliłam dziewczynkę i pocałowałam ją w główkę.
-Jenny, kochanie, dawno cię tu nie widziałam!- Rebeka, dyrektorka sierocińca, przemiła kobieta, podeszła do mnie z szerokim uśmiechem i też mnie uściskała.- Przyszłaś do Jima? Jest w rekreacyjnym.
-Właściwie to przyszłam do Macy.- uśmiechnęłam się do dziewczynki.- Dawno jej nie odwiedzałam, ale miałam strasznie dużo na głowie. Nowa szkoła to nie przelewki.
-Jasne, że tak. Nie martw się. Ważne, że dziś przyszłaś. Idziecie do ogrodu?
-A mogłabym zabrać Macy na spacer po mieście? Jakiś plac zabaw czy coś...- Rebeka zmarszczyła brwi i zastanawiała się przez chwilę.
-No dobrze, ale maksymalnie na trzy godziny. O osiemnastej jesteście z powrotem.
-Idziemy się pobawić? Pójdziemy na huśtawki?- Macy zaczęła podskakiwać w miejscu nie puszczając mojej ręki.
-Jeśli chcesz. Tylko biegnij po kurtkę, załóż buty i wychodzimy.- dziewczynka pędem pobiegła po schodach na górę do swojego pokoju i za parę minut wróciła już ubrana.
-Idziemy?
-Idziemy.- wzięłam ją za rękę i otworzyłam jej drzwi.
Szłyśmy chodnikiem w kierunku pacu zabaw niedaleko kościoła. Macy wesoło opowiadała o tym, co ostatnio wydarzyło się w domu dziecka, bez przerwy się śmiała, widać, że była szczęśliwa z powodu tego wyjścia. Otworzyłam furtkę na plac zabaw i Macy od razu pobiegła w stronę zjeżdżalni. Usiadłam na ławce pod ogrodzeniem na wprost zjeżdżalni i huśtawek, wyciągnęłam książkę z torby i zagłębiłam się w lekturze. Co chwilę tylko zerkałam na roześmianą Macy, która już siódmy raz wspinała się na drabinki.
-Safaa! Tylko nie odbiegaj za daleko!- usłyszałam dziwnie znajomy głos, ale nie miałam ochoty odrywać się od historii biednej Jane Eyre. Nagle książka zniknęła z mojego pola widzenia. Podniosłam głowę i zobaczyłam uśmiechniętą Macy, chowającą mój skarb za plecami.
-Pobaw się ze mną!- zażądała.- Albo nie oddam ci książki!- posunęła się do szantażu. Parsknęłam śmiechem.
-Osz ty, cwaniaro mała!- udałam, że zaczęłam ją gonić, a dziewczynka pisnęła, rzuciła książkę na ławkę, gdzie wcześniej siedziałam i schowała się za drzewem.- Zaraz cię dopadnę...- zaczęłam się skradać w jej stronę. Macy wychyliła się zza pnia i czmychnęła na drabinki. Pobiegłam za nią, ściągnęłam ją stamtąd i zaczęłam się kręcić w kółko trzymając ją w ramionach. Macy śmiała się i piszczała wniebogłosy. Wreszcie zdyszana zatrzymałam się i postawiłam ją na ziemi.
-Zobacz, ta dziewczynka bawi się sama.- wskazała mi niewiele od niej starszą czarnowłosą dziewczynkę siedzącą na huśtawce.- Mogę się z nią pobawić?
-No jasne.- odgarnęłam jej włosy z czoła i poprawiłam kurteczkę.- Leć, zapoznaj się z nią. Założę się, że będzie bardzo dobrą koleżanką.
Macy podeszła wolno do huśtawek i zagadała do dziewczynki. Ona odpowiedziała uśmiechem i za chwilę obie kołysały się na swoich huśtawkach rozmawiając o czymś. Zbiegłam z placu zabaw pod ogrodzenie oglądając się cały czas za siebie. Chciałam wrócić na swoją ławkę i jednocześnie nie spuszczać z oczu Macy. Nagle uderzyłam w kogoś plecami i oboje wylądowaliśmy na ziemi. Podniosłam głowę i jęknęłam w duchu. "Pięknie. Co jeszcze się dziś wydarzy, żeby ten dzień był bardziej beznadziejny?"
_______________________________________________
Proszę bardzo, oto napisany w dwa dni rozdział :) i do tego trochę dłuższy niż poprzedni :D
Dziś mam humor zdecydowanie do dupy. Nie dość, że jutro mam ostatnia godzinę jazdy i egzamin wewnętrzny, po którym (jeśli go zdam!) będę mogła zdać ten normalny egzamin, to jeszcze, jak na kalekę ogólną przystało, zrobiłam sobie coś w nogę. Ni to skręcenie, ni to nadciągnięcie ścięgna, ale kostko boli przy chodzeniu jak cholera i boję się, że będę miała problemy z prowadzeniem samochodu. Bo jak na złość boli mnie kostka u lewej nogi, czyli tej od pedała sprzęgła :-X szlag by to trafił :-/
Następny rozdział pewnie w kolejną niedzielę. Na "Everything's gonna be alright..." mamy już 50 rozdziałów! :D kolejny we wtorek lub środę, ale prędzej środa z przyczyn niezależących ode mnie :P
Dziękuję za komentarze i obserwacje :* <3
I to tyle :*
Buziaki przesyła obandażowana od kolana w dół
Roxanne xD
sobota, 16 sierpnia 2014
CHAPTER 5: And your actions speak louder than words...
-No kochana, masz szczęście.- pielęgniarka zaczęła bandażować kostkę Scarlett.- To tylko lekkie skręcenie. Jak dobrze pójdzie, to za tydzień normalnie staniesz na nogi, ale na wszelki wypadek masz tu skierowanie do ortopedy.- blondynka jęknęła na wspomnienie o ortopedzie.
-Ale niedługo zaczyna się sezon koszykarski!- zaprotestowała.- Jestem w drużynie, nie mogę...
-Ważniejsza jest chyba noga, prawda? Poza tym, z tego co wiem, do rozpoczęcia sezonu masz jeszcze trzy tygodnie.
-Ale niedługo zaczną się treningi...
-Nie marudź mi tutaj, tylko dzwoń po rodziców, żeby po ciebie przyjechali. Masz zwolnienie ze szkoły na trzy dni.
-Przynajmniej o tyle dobrze.- burknęła pod nosem Scarlett i wyciągnęła telefon.- Halo, mama? Twoja cudowna niezdarna córeczka skręciła nogę. Przejedziesz po mnie do szkoły? Spoko, dzięki. Czekam, paaa.- rozłączyła się i schowała telefon.- Mama zaraz będzie.- poinformowała pielęgniarkę uzupełniającą dokumentację.
-To dobrze. Ty, kochana...- zwróciła się do mnie.- Możesz już iść. Zaopiekuję się twoją przyjaciółką.
-Na pewno?- zawahałam się, ale blondynka posłała mi lekki uśmiech.
-Na pewno. Jeszcze nie umieram.- skinęłam głową i podałam jej swoją komórkę.
-Wpisz mi swój numer.- poprosiłam. Zaraz puściłam strzałę na jej telefon.- Jakby co, to dzwoń. Jestem dostępna o każdej porze.- uśmiechnęłam się na pożegnanie i wyszłam z gabinetu.
-Ale niedługo zaczyna się sezon koszykarski!- zaprotestowała.- Jestem w drużynie, nie mogę...
-Ważniejsza jest chyba noga, prawda? Poza tym, z tego co wiem, do rozpoczęcia sezonu masz jeszcze trzy tygodnie.
-Ale niedługo zaczną się treningi...
-Nie marudź mi tutaj, tylko dzwoń po rodziców, żeby po ciebie przyjechali. Masz zwolnienie ze szkoły na trzy dni.
-Przynajmniej o tyle dobrze.- burknęła pod nosem Scarlett i wyciągnęła telefon.- Halo, mama? Twoja cudowna niezdarna córeczka skręciła nogę. Przejedziesz po mnie do szkoły? Spoko, dzięki. Czekam, paaa.- rozłączyła się i schowała telefon.- Mama zaraz będzie.- poinformowała pielęgniarkę uzupełniającą dokumentację.
-To dobrze. Ty, kochana...- zwróciła się do mnie.- Możesz już iść. Zaopiekuję się twoją przyjaciółką.
-Na pewno?- zawahałam się, ale blondynka posłała mi lekki uśmiech.
-Na pewno. Jeszcze nie umieram.- skinęłam głową i podałam jej swoją komórkę.
-Wpisz mi swój numer.- poprosiłam. Zaraz puściłam strzałę na jej telefon.- Jakby co, to dzwoń. Jestem dostępna o każdej porze.- uśmiechnęłam się na pożegnanie i wyszłam z gabinetu.
Musiałam znaleźć pana Malika. Krótka pogawędka mu nie zaszkodzi. "Albo raczej kazanie..." pomyślałam idąc szybko korytarzem. Minęłam swoją szafkę, gdy natknęłam się na Harry'ego. "Znowu?!" jęknęłam w duchu.
-Bardzo mi zaimponowałaś dzisiaj, skarbie.- mruknął przysuwając się do mnie.
-Czym? Tym, że prawie walnęłam twojego kolegę, czy tym, że jako jedyna udzieliłam pomocy dziewczynie, mimo że było co najmniej pięciu sprawnych facetów, w tym ty, żeby pomóc jej dojść do pielęgniarki?- zapytałam cierpko. Chyba nie spodziewał się takiej reakcji po mnie.
-Nie... Po prostu tym, że przerwałaś bójkę.- odpowiedział lekko zbity z tropu. "Czyżbyś właśnie zbiła z tropu szkolnego Casanovę? Dziewczyno, rządzisz!" ucieszyłam się w duchu, ale nic nie dałam po sobie poznać.
-Mniejsza o to. Widziałeś gdzieś swojego nadpobudliwego kolegę?
-Malika? Może i widziałem...
-Gdzie?- zaczynałam znowu tracić cierpliwość.
-A do czego ci to potrzebne, kochanie? Ja ci nie wystarczę?- zrobił smutną minkę. "O matko... Weź, człowieku, daj spokój albo pomóż."
-Powiesz mi, gdzie go widziałeś czy nie?!
-Spokojnie, koleżanko. Nie wiem, gdzie poleciał Zayn, od bójki go nie widziałem.- ręce mi opadły.
-To po co mówisz, że wiesz, gdzie on jest?!- fuknęłam chcąc go wyminąć. Nie udało się, Harry złapał mnie za ramię i przyciągnął bliżej siebie.
-Czemu ty tak za nim latasz? Widziałaś, jaki on jest. Chcesz dostać łomot, jak Brad? Zayn nie będzie miał oporów, żeby uderzyć dziewczynę.
-Wiesz to z własnego doświadczenia?- wyrwałam mu rękę i delikatnie potarłam zaczerwienione miejsce.
-Ja chcę cię tylko uchronić przed rozczarowaniem.- uniósł ręce w poddańczym geście.
-Chcesz się do mnie zbliżyć, żeby mnie przelecieć.- stwierdziłam opierając ręce na biodra.
-A może to ty chcesz przelecieć Zayna?- zapytał drwiąco. "Zaraz. Mu. Coś. Zrobię!" zacisnęłam pięści siłą woli powstrzymując się od głośnego przeklęcia szczerzącego się przede mną chłopaka. "Ciekawe, ile lat dostanę za uduszenie tego dupka?" Nie zdążyłam jednak tego sprawdzić, bo chłopak posłał uśmiech Stylesa numer któryś tam i najzwyczajniej w świecie odszedł.
Niewiele myśląc, rzuciłam się w kierunku schodów i po chwili pędziłam w poprzek trawnika w kierunku niedawno odkrytej oazy spokoju. Muszę się wyładować, nie wiem, wykrzyczeć czy coś. Szkoda, że nie mam teraz w-fu. Porzucałabym piłką do kosza, ale nie! Będę mogła to zrobić dopiero jak wrócę do domu, a za chwilę czeka mnie walka z fizyką. "Boże, zatrzymaj świat, ja wysiadam!". Wpadłam między gałęzie wierzby płaczącej, szarpnęłam kilka zaplątanych w moich włosach liści i zderzyłam się czołowo z jakąś osobą. Podniosłam głowę i moje oczy spotkały się z ciemnobrązowym spojrzeniem mojego poszukiwanego. "Ale ty jesteś tępa! Było od razu szukać go w jego samotni!".
-Tutaj jesteś.- westchnęłam.
-Czego ty znowu chcesz?- zapytał sfrustrowany podchodząc do murku, opierając się o niego i odpalając papierosa.
-Zapytać, o co poszło.- wrzuciłam torbę na murek i stanęłam na wprost chłopaka.- Po cholerę się biliście?! Warto było?
-Chcesz mnie nawracać?- prychnął.- Powodzenia pod innym adresem.
-Słuchaj, nic mnie nie obchodzi, co sobie myślisz. Wiesz, że dzięki tobie i twojemu koledze Scarlett ma skręconą kostkę?- wzruszył ramionami. "Teraz to mnie wpienił."
-Weź choć raz mnie posłuchaj, Jennifer.- powiedział z naciskiem.- Nic ci do mojego życia, więc bądź łaskawa się odpieprzyć. A co do tej Cassandry czy Sandy...
-Scarlett.
-... czy Scarlett... Nic mnie to nie obchodzi, okej? Dotarło?
-Czemu ty taki jesteś?- pokręciłam głową.
-Tak jakoś wyszło. Dobry Pan Bóg postanowił mnie obdarować takimi cechami, wszelkie zażalenia to do niego, jasne?
-Możesz nie bluźnić?
-Sorry. Taki już jestem.- usiadł na murku i przygryzł wargę. Zaraz potem syknął głośno i złapał się za usta.
-Co ci jest?- podeszłam bliżej.
-Gówno cię to obchodzi.- warknął, ale nie dałam się spławić.
-Pokaż to.- powiedziałam stanowczo i odsunęłam jego rękę. Warga była mocno rozcięta, wąski strumyczek krwi popłynął ponownie wzdłuż brody. Wcześniej też ciekła mu krew, widać było zatarty ślad po wcześniejszym krwawieniu. "Jakim cudem tego nie dostrzegłam?"- Nie ruszaj się.- podeszłam bliżej i wyciągnęłam z torby paczkę chusteczek i butelkę wody. Ostrożnie zmoczyłam chustkę i złapałam Zayna pod brodę. Delikatnie przemyłam zakrzepłą na brodzie krew i przycisnęłam chustkę do rany. Chłopak się wzdrygnął i zerknął na mnie kątem oka.
-Znowu wkracza do akcji siostra miłosierdzia? Tatuś cię nauczył pomagać i w każdej chwili wdrażasz jego kazania w życie?- spojrzałam na niego uważnie. Przewiercał mnie nieprzyjemnym wzrokiem. Na wspomnienie taty odruchowo zacisnęłam powieki. "Tylko się przed nim nie rozklej!"
-Mój tata nie żyje.- powiedziałam cicho i dopiero wtedy otworzyłam oczy. Zayn patrzył na mnie cały czas, ale w jego oczach błysnęło jakby... współczucie? Nie mam pojęcia, znikło tak szybko, jak się pojawiło. Przełknęłam ślinę i kontynuowałam temat.- A jeśli chodzi ci o kazania, to on nie był pastorem. Nie jesteśmy anglikanami.
-To kim?- wow. Pan Malik po raz pierwszy zainteresował się czymś dotyczącym mojego życia.
-Katolicyzm, słyszałeś o tym? Papież, celibat, sakramenty, mówi ci to coś? Mój tata był księgowym w jakiejś firmie.
-To o co chodzi z tą plebanią i kościołem?- Zayn wydawał się zdezorientowany.
-Mój starszy brat jest księdzem. Właśnie skończył seminarium i Bradford to jego pierwsza parafia. Jest moim prawnym opiekunem.- odsunęłam się od chłopaka i zwinęłam chusteczkę w ręce.
-A matka?- coraz więcej pytań, brawo.
-Mama zginęła w wypadku razem z tatą. Sorry, nie chcę o tym gadać.- nic nie odpowiedział. Wzięłam torbę.- Idę, zaraz mam tę przeklętą fizykę czy dla mnie czarna magia. Wolę się nie spóźnić.- odwróciłam się i już miałam odchodzić, gdy Malik jeszcze mnie zawołał.
-Jennifer!- zamarłam w pół gestu i stanęłam przodem do chłopaka.- Wiem, że chcesz się bawić w miłosiernego Samarytanina, ale zachowaj swój katolicyzm dla kogoś innego. Najlepiej się do mnie nie zbliżaj, jak nie chcesz się doigrać.
"Cienka nić porozumienia została zerwana..."
-To jest jakiś żart, żebym siedziała na w-fie na ławce upośledzonych!- ciskała się Scarlett przed zajęciami.
-Nie przesadzaj.- wymamrotałam niewyraźnie przez trzymaną w ustach frotkę. Zebrałam włosy i związałam w wysokiego kucyka. Poprawiłam szorty i koszulkę.
-Nie przesadzaj?! Sport to moje życie, z innych przedmiotów mogę kiblować, no chyba że jakaś plastyka, gdzie można mazać od niechcenia na kartce i przypadkiem ci wyjdzie ci dzieło sztuki. Jeśli dziś będzie koszykówka, to normalnie uduszę tych, co się bili.
-Może będziesz miała okazję. Zayn Malik ma z nami w-f.
-I bardzo dobrze. Pokażę draniowi.- "Jasne, Scarlett, pokażesz mu. Zwłaszcza, że w tej chwili ledwo kuśtykasz na salę gimnastyczną. Raczej to przymusowe dwugodzinne siedzenie wyjdzie ci na zdrowie..."
-Ty przynajmniej jesteś w drużynie kosza. Możesz grać jeszcze na treningach.
-Jeśli zabłyśniesz na lekcji, to też się może dostaniesz.- Scarlett sapiąc wspięła się po kilku stopniach pod drzwi sali.- Tak nawiasem, mówiłam ci już, że masz zajebiste nogi?
-Taaa... To będzie czwarty raz.- otworzyłam drzwi i przepuściłam dziewczynę.
-Nie rozumiem, dlaczego nie nosisz krótkich spódnic tylko jeansy albo długaśne spódnice jak sprzed epoki. Chociaż te twoje są fajne. Ale nie pojmuję twojego zamiłowania do czarnych dodatków. Nie było dnia, żebyś była cała na kolorowo.
-Później ci to wyjaśnię.- zbyłam ją i złapałam leżącą na ziemi piłkę. Odbiłam ją kilka razy od podłogi i rzuciłam do kosza. Przeszła perfekcyjnie przez siatkę.
-No, no, no. Brawo.- ktoś zarzucił mi rękę na ramię. Szybko się uwolniłam i spojrzałam na swojego rozmówcę. Styles.- Podobają mi się te szorty.- posłał mi znaczący uśmiech. "Jest mi niedobrze z obrzydzenia..."
-Fajnie. Mam ci je pożyczyć czy powiedzieć, w którym sklepie dla dziewczyn je kupiłam, żebyś znalazł takie same dla siebie?- Harry otworzył usta, ale chyba zabrakło mu riposty. Usłyszałam głośny śmiech i zza pleców Stylesa wychylił się farbowany blondyn.
-To było dobre.- zarechotał.- Hazz, zamurowało?
-Odwal się.- warknął odpychając kumpla. Tamten skwitował to kolejnym wybuchem śmiechu.
-Jestem Niall Horan.- wyciągnął do mnie rękę. Spojrzałam na niego spode łba.
-Kolejny, który nie będzie chciał się odczepić?- chłopak nie obraził się, tylko parsknął śmiechem.
-Nie. To jego działka. Poza tym, skarbie...- nachylił się w moją stronę.-... zdecydowanie wolę blondynki. To jak? Uściśniesz rękę i zdradzisz przyszłemu przyjacielowi swoje imię?
-Na razie znajomemu.- zaznaczyłam. Ujęłam jego dłoń.- Jestem Jennifer Sorset.
-Aaa, wiem, kim jesteś.- pokiwał głową.- No i co? Było tak strasznie uścisnąć rękę jednemu z najgorszych facetów w szkole?
-Jeśli nic mi ukradkiem nie wstrzyknąłeś, to nie.- znowu się zaśmiał. Podniósł z ziemi piłkę.
-Widziałem, jak rzuciłaś. Nieźle. Wsad zrobisz?
-Nie.- pokręciłam głową.- Jeszcze nigdy mi nie wyszedł.
-A jakieś sztuczki z piłką?- uśmiechnęłam się pod nosem i zabrałam mu piłkę.
-Takie?- zaczęłam kręcić nią na palcu. Harry wytrzeszczył oczy, a Niall zaczął bić brawo.
-Spoko. Dobra jesteś. Zobaczymy, jak będzie w akcji.
-Z kim gadacie?- ktoś podszedł do chłopaków. Od razu wiedziałam, kto.- Na serio? Z nią?- prychnął pod nosem Zayn. "Tak, też się niezmiernie "cieszę", że cię widzę."
-Powiedzmy, że mam nową koleżankę, która doprowadziła Stylesa do otępienia. Zobacz, dalej stoi jak ogłupiały.- trącił kumpla łokciem. Harry zamrugał powiekami.
-Co chciałeś?
-Wpadł na amen.- zaśmiał się Niall i odebrał mi piłkę. Pokozłował w stronę kosza i wrzucił. Piłka odbiła się od obręczy. Podbiegłam i szybko ją przejęłam, żeby zaliczyć rzut za dwa punkty. Horan chciał to jakoś skomentować, ale na salę weszła nauczycielka.
-Zbiórka wszyscy!- krzyknęła.- Dziś zaczynamy koszykówkę.- usłyszałam cichy jęk Scarlett pod ścianą. "Teraz to dopiero będzie się piekliła..." zachichotałam w duchu.- Najpierw ćwiczenia! Po kolei dwutakt, ruchy!
Zaczęła się ciężka godzina.
________________________________________________
Pierwsza dłuższa rozmowa Jen i Zayna za nami, jakie odczucia? :)
Już niedługo spodziewamy się nowiutkiego, pachnącego świeżością szablonu ^.^ nie mogę się doczekać, kiedy go zobaczę :D mam nadzieję, że będzie dokładnie taki, jak sobie zaplanowałam.
Z ogłoszeń parafialnych jeszcze tylko to, że kończę aktualizację zakładki "Bohaterowie" i niedługo będziecie mogli ją obejrzeć =) pod każdą postacią znajdziecie cytat, który mam nadzieję, że pozwoli wam poznać trochę te postaci i w szczególności główną bohaterkę, bo to do niej się odnoszą ;P
Dziękuję wam serdecznie za komentarze i obserwowanie bloga. W razie pytań zapraszam na Twittera i Ask'a, linki do moich kont w zakładce "Kontakt" :* a co do rozdziału na "Everything's gonna be all right...", to pojawi się w niedzielę lub poniedziałek (raczej obstawiam poniedziałek ;)
I to by było na tyle. Trzymajcie się, misiaczki <3
Roxanne xD
-Czym? Tym, że prawie walnęłam twojego kolegę, czy tym, że jako jedyna udzieliłam pomocy dziewczynie, mimo że było co najmniej pięciu sprawnych facetów, w tym ty, żeby pomóc jej dojść do pielęgniarki?- zapytałam cierpko. Chyba nie spodziewał się takiej reakcji po mnie.
-Nie... Po prostu tym, że przerwałaś bójkę.- odpowiedział lekko zbity z tropu. "Czyżbyś właśnie zbiła z tropu szkolnego Casanovę? Dziewczyno, rządzisz!" ucieszyłam się w duchu, ale nic nie dałam po sobie poznać.
-Mniejsza o to. Widziałeś gdzieś swojego nadpobudliwego kolegę?
-Malika? Może i widziałem...
-Gdzie?- zaczynałam znowu tracić cierpliwość.
-A do czego ci to potrzebne, kochanie? Ja ci nie wystarczę?- zrobił smutną minkę. "O matko... Weź, człowieku, daj spokój albo pomóż."
-Powiesz mi, gdzie go widziałeś czy nie?!
-Spokojnie, koleżanko. Nie wiem, gdzie poleciał Zayn, od bójki go nie widziałem.- ręce mi opadły.
-To po co mówisz, że wiesz, gdzie on jest?!- fuknęłam chcąc go wyminąć. Nie udało się, Harry złapał mnie za ramię i przyciągnął bliżej siebie.
-Czemu ty tak za nim latasz? Widziałaś, jaki on jest. Chcesz dostać łomot, jak Brad? Zayn nie będzie miał oporów, żeby uderzyć dziewczynę.
-Wiesz to z własnego doświadczenia?- wyrwałam mu rękę i delikatnie potarłam zaczerwienione miejsce.
-Ja chcę cię tylko uchronić przed rozczarowaniem.- uniósł ręce w poddańczym geście.
-Chcesz się do mnie zbliżyć, żeby mnie przelecieć.- stwierdziłam opierając ręce na biodra.
-A może to ty chcesz przelecieć Zayna?- zapytał drwiąco. "Zaraz. Mu. Coś. Zrobię!" zacisnęłam pięści siłą woli powstrzymując się od głośnego przeklęcia szczerzącego się przede mną chłopaka. "Ciekawe, ile lat dostanę za uduszenie tego dupka?" Nie zdążyłam jednak tego sprawdzić, bo chłopak posłał uśmiech Stylesa numer któryś tam i najzwyczajniej w świecie odszedł.
Niewiele myśląc, rzuciłam się w kierunku schodów i po chwili pędziłam w poprzek trawnika w kierunku niedawno odkrytej oazy spokoju. Muszę się wyładować, nie wiem, wykrzyczeć czy coś. Szkoda, że nie mam teraz w-fu. Porzucałabym piłką do kosza, ale nie! Będę mogła to zrobić dopiero jak wrócę do domu, a za chwilę czeka mnie walka z fizyką. "Boże, zatrzymaj świat, ja wysiadam!". Wpadłam między gałęzie wierzby płaczącej, szarpnęłam kilka zaplątanych w moich włosach liści i zderzyłam się czołowo z jakąś osobą. Podniosłam głowę i moje oczy spotkały się z ciemnobrązowym spojrzeniem mojego poszukiwanego. "Ale ty jesteś tępa! Było od razu szukać go w jego samotni!".
-Tutaj jesteś.- westchnęłam.
-Czego ty znowu chcesz?- zapytał sfrustrowany podchodząc do murku, opierając się o niego i odpalając papierosa.
-Zapytać, o co poszło.- wrzuciłam torbę na murek i stanęłam na wprost chłopaka.- Po cholerę się biliście?! Warto było?
-Chcesz mnie nawracać?- prychnął.- Powodzenia pod innym adresem.
-Słuchaj, nic mnie nie obchodzi, co sobie myślisz. Wiesz, że dzięki tobie i twojemu koledze Scarlett ma skręconą kostkę?- wzruszył ramionami. "Teraz to mnie wpienił."
-Weź choć raz mnie posłuchaj, Jennifer.- powiedział z naciskiem.- Nic ci do mojego życia, więc bądź łaskawa się odpieprzyć. A co do tej Cassandry czy Sandy...
-Scarlett.
-... czy Scarlett... Nic mnie to nie obchodzi, okej? Dotarło?
-Czemu ty taki jesteś?- pokręciłam głową.
-Tak jakoś wyszło. Dobry Pan Bóg postanowił mnie obdarować takimi cechami, wszelkie zażalenia to do niego, jasne?
-Możesz nie bluźnić?
-Sorry. Taki już jestem.- usiadł na murku i przygryzł wargę. Zaraz potem syknął głośno i złapał się za usta.
-Co ci jest?- podeszłam bliżej.
-Gówno cię to obchodzi.- warknął, ale nie dałam się spławić.
-Pokaż to.- powiedziałam stanowczo i odsunęłam jego rękę. Warga była mocno rozcięta, wąski strumyczek krwi popłynął ponownie wzdłuż brody. Wcześniej też ciekła mu krew, widać było zatarty ślad po wcześniejszym krwawieniu. "Jakim cudem tego nie dostrzegłam?"- Nie ruszaj się.- podeszłam bliżej i wyciągnęłam z torby paczkę chusteczek i butelkę wody. Ostrożnie zmoczyłam chustkę i złapałam Zayna pod brodę. Delikatnie przemyłam zakrzepłą na brodzie krew i przycisnęłam chustkę do rany. Chłopak się wzdrygnął i zerknął na mnie kątem oka.
-Znowu wkracza do akcji siostra miłosierdzia? Tatuś cię nauczył pomagać i w każdej chwili wdrażasz jego kazania w życie?- spojrzałam na niego uważnie. Przewiercał mnie nieprzyjemnym wzrokiem. Na wspomnienie taty odruchowo zacisnęłam powieki. "Tylko się przed nim nie rozklej!"
-Mój tata nie żyje.- powiedziałam cicho i dopiero wtedy otworzyłam oczy. Zayn patrzył na mnie cały czas, ale w jego oczach błysnęło jakby... współczucie? Nie mam pojęcia, znikło tak szybko, jak się pojawiło. Przełknęłam ślinę i kontynuowałam temat.- A jeśli chodzi ci o kazania, to on nie był pastorem. Nie jesteśmy anglikanami.
-To kim?- wow. Pan Malik po raz pierwszy zainteresował się czymś dotyczącym mojego życia.
-Katolicyzm, słyszałeś o tym? Papież, celibat, sakramenty, mówi ci to coś? Mój tata był księgowym w jakiejś firmie.
-To o co chodzi z tą plebanią i kościołem?- Zayn wydawał się zdezorientowany.
-Mój starszy brat jest księdzem. Właśnie skończył seminarium i Bradford to jego pierwsza parafia. Jest moim prawnym opiekunem.- odsunęłam się od chłopaka i zwinęłam chusteczkę w ręce.
-A matka?- coraz więcej pytań, brawo.
-Mama zginęła w wypadku razem z tatą. Sorry, nie chcę o tym gadać.- nic nie odpowiedział. Wzięłam torbę.- Idę, zaraz mam tę przeklętą fizykę czy dla mnie czarna magia. Wolę się nie spóźnić.- odwróciłam się i już miałam odchodzić, gdy Malik jeszcze mnie zawołał.
-Jennifer!- zamarłam w pół gestu i stanęłam przodem do chłopaka.- Wiem, że chcesz się bawić w miłosiernego Samarytanina, ale zachowaj swój katolicyzm dla kogoś innego. Najlepiej się do mnie nie zbliżaj, jak nie chcesz się doigrać.
"Cienka nić porozumienia została zerwana..."
-To jest jakiś żart, żebym siedziała na w-fie na ławce upośledzonych!- ciskała się Scarlett przed zajęciami.
-Nie przesadzaj.- wymamrotałam niewyraźnie przez trzymaną w ustach frotkę. Zebrałam włosy i związałam w wysokiego kucyka. Poprawiłam szorty i koszulkę.
-Nie przesadzaj?! Sport to moje życie, z innych przedmiotów mogę kiblować, no chyba że jakaś plastyka, gdzie można mazać od niechcenia na kartce i przypadkiem ci wyjdzie ci dzieło sztuki. Jeśli dziś będzie koszykówka, to normalnie uduszę tych, co się bili.
-Może będziesz miała okazję. Zayn Malik ma z nami w-f.
-I bardzo dobrze. Pokażę draniowi.- "Jasne, Scarlett, pokażesz mu. Zwłaszcza, że w tej chwili ledwo kuśtykasz na salę gimnastyczną. Raczej to przymusowe dwugodzinne siedzenie wyjdzie ci na zdrowie..."
-Ty przynajmniej jesteś w drużynie kosza. Możesz grać jeszcze na treningach.
-Jeśli zabłyśniesz na lekcji, to też się może dostaniesz.- Scarlett sapiąc wspięła się po kilku stopniach pod drzwi sali.- Tak nawiasem, mówiłam ci już, że masz zajebiste nogi?
-Taaa... To będzie czwarty raz.- otworzyłam drzwi i przepuściłam dziewczynę.
-Nie rozumiem, dlaczego nie nosisz krótkich spódnic tylko jeansy albo długaśne spódnice jak sprzed epoki. Chociaż te twoje są fajne. Ale nie pojmuję twojego zamiłowania do czarnych dodatków. Nie było dnia, żebyś była cała na kolorowo.
-Później ci to wyjaśnię.- zbyłam ją i złapałam leżącą na ziemi piłkę. Odbiłam ją kilka razy od podłogi i rzuciłam do kosza. Przeszła perfekcyjnie przez siatkę.
-No, no, no. Brawo.- ktoś zarzucił mi rękę na ramię. Szybko się uwolniłam i spojrzałam na swojego rozmówcę. Styles.- Podobają mi się te szorty.- posłał mi znaczący uśmiech. "Jest mi niedobrze z obrzydzenia..."
-Fajnie. Mam ci je pożyczyć czy powiedzieć, w którym sklepie dla dziewczyn je kupiłam, żebyś znalazł takie same dla siebie?- Harry otworzył usta, ale chyba zabrakło mu riposty. Usłyszałam głośny śmiech i zza pleców Stylesa wychylił się farbowany blondyn.
-To było dobre.- zarechotał.- Hazz, zamurowało?
-Odwal się.- warknął odpychając kumpla. Tamten skwitował to kolejnym wybuchem śmiechu.
-Jestem Niall Horan.- wyciągnął do mnie rękę. Spojrzałam na niego spode łba.
-Kolejny, który nie będzie chciał się odczepić?- chłopak nie obraził się, tylko parsknął śmiechem.
-Nie. To jego działka. Poza tym, skarbie...- nachylił się w moją stronę.-... zdecydowanie wolę blondynki. To jak? Uściśniesz rękę i zdradzisz przyszłemu przyjacielowi swoje imię?
-Na razie znajomemu.- zaznaczyłam. Ujęłam jego dłoń.- Jestem Jennifer Sorset.
-Aaa, wiem, kim jesteś.- pokiwał głową.- No i co? Było tak strasznie uścisnąć rękę jednemu z najgorszych facetów w szkole?
-Jeśli nic mi ukradkiem nie wstrzyknąłeś, to nie.- znowu się zaśmiał. Podniósł z ziemi piłkę.
-Widziałem, jak rzuciłaś. Nieźle. Wsad zrobisz?
-Nie.- pokręciłam głową.- Jeszcze nigdy mi nie wyszedł.
-A jakieś sztuczki z piłką?- uśmiechnęłam się pod nosem i zabrałam mu piłkę.
-Takie?- zaczęłam kręcić nią na palcu. Harry wytrzeszczył oczy, a Niall zaczął bić brawo.
-Spoko. Dobra jesteś. Zobaczymy, jak będzie w akcji.
-Z kim gadacie?- ktoś podszedł do chłopaków. Od razu wiedziałam, kto.- Na serio? Z nią?- prychnął pod nosem Zayn. "Tak, też się niezmiernie "cieszę", że cię widzę."
-Powiedzmy, że mam nową koleżankę, która doprowadziła Stylesa do otępienia. Zobacz, dalej stoi jak ogłupiały.- trącił kumpla łokciem. Harry zamrugał powiekami.
-Co chciałeś?
-Wpadł na amen.- zaśmiał się Niall i odebrał mi piłkę. Pokozłował w stronę kosza i wrzucił. Piłka odbiła się od obręczy. Podbiegłam i szybko ją przejęłam, żeby zaliczyć rzut za dwa punkty. Horan chciał to jakoś skomentować, ale na salę weszła nauczycielka.
-Zbiórka wszyscy!- krzyknęła.- Dziś zaczynamy koszykówkę.- usłyszałam cichy jęk Scarlett pod ścianą. "Teraz to dopiero będzie się piekliła..." zachichotałam w duchu.- Najpierw ćwiczenia! Po kolei dwutakt, ruchy!
Zaczęła się ciężka godzina.
________________________________________________
Pierwsza dłuższa rozmowa Jen i Zayna za nami, jakie odczucia? :)
Już niedługo spodziewamy się nowiutkiego, pachnącego świeżością szablonu ^.^ nie mogę się doczekać, kiedy go zobaczę :D mam nadzieję, że będzie dokładnie taki, jak sobie zaplanowałam.
Z ogłoszeń parafialnych jeszcze tylko to, że kończę aktualizację zakładki "Bohaterowie" i niedługo będziecie mogli ją obejrzeć =) pod każdą postacią znajdziecie cytat, który mam nadzieję, że pozwoli wam poznać trochę te postaci i w szczególności główną bohaterkę, bo to do niej się odnoszą ;P
Dziękuję wam serdecznie za komentarze i obserwowanie bloga. W razie pytań zapraszam na Twittera i Ask'a, linki do moich kont w zakładce "Kontakt" :* a co do rozdziału na "Everything's gonna be all right...", to pojawi się w niedzielę lub poniedziałek (raczej obstawiam poniedziałek ;)
I to by było na tyle. Trzymajcie się, misiaczki <3
Roxanne xD
Subskrybuj:
Posty (Atom)