-Nie, nie, nie!- Hollins zamachał rękami i parę razy aż podskoczył na swoim fotelu. "Zaraz normalnie odleci."- Boże, dlaczego wy tak kaleczycie Travoltę?!- wzniósł oczy do nieba. "Boże, dlaczego my tak kaleczymy Travoltę?" zapytałem posłusznie niebios. Boże, może łaskawie odpowiesz?
-Nie zaśpiewam tego. Nie nadaję się na tego całego Danny'ego i proszę nie oczekiwać cudów z nieba- usiadłem na podłodze w ramach buntu i walnąłem scenariuszem o parkiet sceny. Po cholerę mnie wybrał do głównej roli?
-Zayn. Błagam, jeszcze raz od początku. To jest najłatwiejsza piosenka. Przynajmniej nie musicie przy niej tańczyć.- Fakt. Scena z konkursu tańca była totalną porażką. Profesor stanął obok mnie.- Jesteś Danny'm. Gadasz z kumplami i chwalisz się nową laską, którą poderwałeś. Wy- wskazał na Nialla, Louisa i Josha.- jesteście nastolatkami, chcecie znać szczegóły, co robili, czy się z nią całował, a najlepiej, czy ją przeleciał i czy była dobra w te klocki.
Chyba nie tylko ja byłem w szoku. Szczęki z hukiem opadły całej naszej obsadzie. Scarlett z całych sił zagryzała usta, żeby nie wybuchnąć śmiechem i chyba nagrywała kwestię profesora na telefon.
-Wilson, wyłącz tę kamerę!- ryknął Hollins, schodząc ze sceny.- Inaczej zagrasz dyrektorkę i jej sekretarkę naraz, a wiem, że nie podoba ci się rola starej baby!- Scarlett schowała komórkę i udała nagłe zainteresowanie scenariuszem. Wstałem z podłogi i wziąłem kartkę z tekstem. Resztę scenariusza pięknym ślizgiem posłałem za kulisy.
Jen stała po drugiej stronie. Profesorek wymyślił, że podzieli scenę na dwie połowy, jedna z boiskiem, druga ze stołówką, jak na filmie. Gdy przyjdzie nasza kolej na śpiewanie, zgaszą światła po stronie dziewczyn, a kiedy one zaczną śpiewać, oświetleniowcy wyłączą lampy na naszej połówce. Sprytne. Odwróciłem się do niej tyłem i czekałem na znak Hollinsa.
-Najpierw Kenickie. Zaczynamy z tekstem, potem piosenka.- Skinął przyzwalająco ręką.
-No i jak, stary?- Josh klepnął mnie po ramieniu.- Poderwałeś jakąś laskę na tych wakacjach?
-I to jaką!- wyszczerzyłem się zadowolony.- Była fantastyczna.- Teraz kolej na dziewczyny.
-To jak spędziłaś wakacje?- zapytała Anne, która wcielała się w rolę Frenchy.
-Byłam nad morzem.- uśmiechnęła się Jenny.- I... poznałam świetnego chłopaka...
-Serio? I jaki on był?
-Był taki... miły, opiekuńczy... romantyczny...
-Robiliście chociaż coś oprócz romantycznych spacerów za rączkę?- zakpiła Caitlyn, czyli Rizzo i odpaliła wyimaginowanego papierosa.
-Zakochałaś się w nim?
-Fajnie było?- po tej serii pytań my przejęliśmy pałeczkę.
-Co wy tam robiliście?- trącił mnie łokciem Niall, czyli musicalowy Doody.
-Pływaliście?
-Może nago przy księżycu!
-No, jak było?- uśmiechnąłem się jak Travolta... przynajmniej według mnie, wyglądałem jak Travolta.
-Summer lovin' had me a blast- zacząłem śpiewać.
-Summer lovin' happen so fast- dołączyła Jen. "Czy tylko mnie się wydaje, że nasze głosy idealnie się zgrywają?"
-I met a girl crazy for me...
-I met a boy, cute as can be...
-Summer days driftin' away to uh-oh those summer nights- zaśpiewaliśmy razem, zerkając na siebie.
-Tell me more, tell me more, did you get very far?- chłopaki okrążyli mnie z głupawymi uśmieszkami.
-Tell me more, tell me more, like, does he have a car?- dziewczyny rozsiadł się wokół Jen.
-Stop! Stop! Nie patrzcie się na siebie, Sorset, Malik, psujecie mi scenariusz!- Hollins chyba wyszedł z siebie i stanął obok.- W tej scenie nie jesteście obok siebie! Nie wiecie, że znajdujecie się w tej samej szkole, w tym samym miejscu! Jennifer, weź się trochę zamyśl, rozmarz! Jesteś po wakacjach, spotkałaś faceta idealnego... który potem okaże się mniej idealny, ale mniejsza. Zayn, wczuj się trochę, błagam! Czy ty nigdy nie gadasz z chłopakami o dziewczynach?
-Nie.
-Co?
-Nie, nie gadam o dziewczynach z kumplami. Zwłaszcza o mojej dziewczynie.- Odpowiedziałem spokojnie i chyba przyprawiłem gościa o mały zawał. Chciałbym go widzieć, jak obgaduje z kolegami czyjś tyłek lub nogi. "W przypadku Hollinsa byliby to staruszkowie od bingo paplający o nowych oprawkach ślepej z naprzeciwka..."
-Dobra, nieważne.- Machnął ręką.- Na dzisiaj dosyć. Inaczej osiwieję.
-A nie jest profesor już siwy?- Jessica wyjęła mi to z ust. Staruszek poczerwieniał jeszcze bardziej.
-Wynocha, bo inaczej zamknę was tu na noc!- zagroził.
Złapałem plecak i oparłem się o ścianę przy wyjściu, żeby poczekać na Jen. Mieliśmy dziś iść do mnie, żeby powtórzyć matmę przed jej egzaminem poprawkowym. Gordon zaplanował go na jutro i Jenny naprawdę chciała go zaliczyć od razu. Moim zdaniem da radę. Wałkowałem z nią materiał w te, wewte i z powrotem. Była przygotowana, by zaliczyć minimum na trzy z plusem. "Obstawiając najgorszy scenariusz, gdy wszystko jej się pomiesza..."
-Możemy iść.- Dziewczyna pożegnała się z Danielle i Scarlett.- Hej, Zayn?- pomachała mi ręką przed nosem.- Żyjesz? Czy może mam cię reanimować?
-Zamawiam metodę usta-usta.- odparłem, łapiąc ją za rękę i prowadząc w stronę samochodu. Byłem już tak przyzwyczajony do zwyczajnego trzymania jej dłoni, że chyba wypracowałem już sobie taki odruch. Jej dłoń, idealnie pasująca do mojej, palce splecione z moimi, poczucie ufności, bezpieczeństwa... Świat zamknięty w złączonych dłoniach. "Jezus, Malik, na starość chcesz zostać poetą?! Co się z tobą dzieje, człowieku?! Własny mózg cię nie poznaje!" Jak przystało na początkującego romantyka, otworzyłem Jen drzwi samochodu. Wsiadła, obdarzając mnie wspaniałym uśmiechem. Uskrzydlony popędziłem do drzwi kierowcy. "Głupek, debil, kretyn, zakochany kundel..."
-Scarlett idzie odwiedzić Harry'ego.- Oznajmiła Jennifer. Znieruchomiałem.
-To chyba nie jest dobry pomysł.- Stwierdziłem ostrożnie. Hazz siedział w domu, bo ostatecznie okazało się, że ma złamaną w trzech miejscach nogę i obite żebra. Wypisał się na żądanie. Oczywiście, musiał okazać swoje wieczne niezadowolenie. Krótko mówiąc, bluzgał na wszystkich najgorszymi przekleństwami. Szybko się pozbierał po wypadku. "A minęły dopiero cztery dni... I nie wie jeszcze wszystkiego."
-Scar twierdzi, że musi go zobaczyć. Jej ciągle bardzo na nim zależy- powiedziała cicho Jen. Zerknęła na mnie.- Mówiliście mu?
-Na razie nie. Policja też do niego jeszcze nie przyszła, chcą, żeby bardziej do siebie doszedł. Matka broni go jak lew w swojej twierdzy.
-Jeżeli dziś Scarlett mu nie powie...- zaczęła Jennifer, ale zaraz jej przerwałem.
-Jeśli nie powie, to ja to zrobię.
-Nie- popatrzyłem na nią zdziwiony.- Oczy na drogę. Ja chcę mu powiedzieć.
-Ale...
-To nie będzie żadna zemsta. Rozumiem, że nie mógł nic zrobić, było ślisko, ktoś mu pomajstrował przy hamulcach i w ogóle... I tak muszę z nim pogadać.
-O tym, co mówił Niall?- Horan po wypadku Stylesa wziął nas na rozmowę i w skrócie wyjaśnił, że Harry chce się dobrać do Jenny. Na samą myśl robiło mi się niedobrze i miałem ochotę obić mu mordę, ale powstrzymywała mnie myśl, że teraz i tak jest przykuty do łóżka.
-Między innymi tak.
-Mogę pójść z tobą?
-Zayn, przecież on mi nic nie zrobi.- Wywróciła oczami. Nie widziałem, ale mogłem to wyczuć. Znałem ją już na wylot.- Nie może się ruszać, dlatego to najlepszy moment, żeby pozbawić go złudzeń i dać czas na przemyślenie.
-Może masz rację.- Zgasiłem silnik na podjeździe. Wysiedliśmy z samochodu.
-Zayn! Jeeen!- Safaa bez żalu opuściła swojego maleńkiego bałwana, którego zrobiła z ciapiastego śniegu i przykleiła się do nóg mojej dziewczyny. "Oho. To się pouczyliśmy matmy."
Stanęłam przed doskonale mi znanym domem. "Wdech, wydech. Dzwonisz." przypomniałam sobie, co miałam zrobić. Odetchnęłam i ostrożnie nacisnęłam przycisk dzwonka. Odczekałam chwilę.
-Scarlett, skarbie, witaj!- Mama Harry'ego uśmiechnęła się szeroko na mój widok.- Tak się cieszę, że przyszłaś. Wejdź.
-Dzień dobry. Ja...- Denerwowałam się strasznie. On mnie wywali z pokoju.- Emmm... przyszłam odwiedzić Harry'ego.
-W ogóle sobie nie radzi z tym wypadkiem. Nie wyobrażam sobie, co będzie, gdy się dowie, co się jeszcze stało.- Oczy kobiety napełniły się łzami. Wypłakała ich chyba bardzo dużo przez ostatnie kilka dni.- Idź do niego. Może przy tobie chociaż się uśmiechnie.
"Wątpię..." Zdjęłam kurtkę i buty. Szłam dobrze znaną drogą do jego pokoju. Zawahałam się przed wejściem i delikatnie zapukałam.
-Czego znowu?!- "Wdech. Wydech. Wdech..." Weszłam do środka.
-Cześć...
-Nie no, nie wierzę. Moja była dziewczyna przyszła! Cóż cię sprowadza w moje marne, narkomańskie progi?- A więc wciąż trzyma się go kiepskie poczucie humoru. Podeszłam bliżej. Był cały poharatany. Noga w gipsie spoczywała na wysokiej stercie poduszek, bandaż wystający spod rozpiętej koszuli, opatrunek na lewej ręce, zadrapania na twarzy. Oddychaj, Scarlett.
-Chciałam sprawdzić, jak się czujesz.- Nie siadałam, wiedziałam, że zaraz z hukiem stąd zostanę wyrzucona. Oparłam się biodrem o biurko.
-Fenomenalnie. Dopóki nie przyszłaś. A teraz możesz już wyjść, wiesz?- Wskazał głową drzwi.
-Nawet teraz musisz być taki?- westchnęłam.
-Jaki? Wkurwiający? Opryskliwy? Dawaj, może wymyślisz coś nowego.
-Wszyscy chcą dla ciebie jak najlepiej, a ty ich wyklinasz.
-Daj spokój!- prychnął.- Gdyby faktycznie WSZYSCY chcieli dla mnie dobrze, to nic by się nie wydarzyło. Bo ten wypadek, to akurat zasługa gnoja, którego dobrze znam.
-Kogo?- spytałam odruchowo.
-A co cię to.- No tak. Co mnie to. "To mnie to, że się o ciebie, cholera, martwię!"
-Jasne, to twoja odpowiedź na każde pytanie.- parsknęłam drwiącym śmiechem. Drzwi się uchyliły i do środka zajrzał Niall. "Jeszcze to... Tylko nie on."
-Widzę, że tutaj mamy zjazd rodzinny. Czym zasłużyłem na zaproszenie?- otworzyłam szeroko oczy. "Boże, on mu zaraz powie!"
-Jaki zjazd rodzinny? Styles, gorączkę masz?- Niall zaśmiał się, podchodząc do łóżka kumpla.- Przytargałem ci całą torbę...
-Nie mam gorączki, Niall.- przerwał mu Harry.- Własnej siostry nie poznajesz?- Niall zmarszczył brwi.
-Co ty gadasz?!
-Twój kochany tatuś puścił się z matką tu obecnej Scarlett, gdy miałeś jakiś rok i bum! Masz siostrę. Nie wiedziałeś?- Horan wyglądał, jakby miał za chwilę paść. Ja szukałam jakiejś dziury, żeby się do niej schować, a Hazz... On się pysznie bawił. Jak zwykle.
-O czym on mówi, Scarlett?- zapytał powoli Niall.- Co on, do cholery, pieprzy?!
-O, a to jeszcze nie wszystko!- posłałam Harry'emu błagalne spojrzenie, ale on nie zwracał na mnie uwagi.- Pamiętasz bal i seksowną Kobietę Kot? Stoi przed tobą.- Nialler pokręcił głową.
-Scarlett, o czym on mówi?- zapytał z pozornym spokojem. Postanowiłam, że postawię wszystko na jedną kartę. Harry zrobił swoje.
-Jestem twoją przyrodnią siostrą.- potwierdziłam, próbując się nie rozpłakać.- Moja matka wychowuje mnie sama, mamy wspólnego ojca, a na balu byłam Kobietą Kot i tak, całowaliśmy się, ale nie miałam zielonego pojęcia, że to ty. I nie miałam zamiaru ci mówić, niszczyć ci tym życia. Tylko on...- spojrzałam na Harry'ego oczami pełnymi łez. Jeśli go to ruszyło, to nie dał po sobie nic poznać.- Jesteś z siebie zadowolony?- zapytałam, wybuchając płaczem.- Wiesz co, Harry? W tej chwili cholernie cię nienawidzę.
Wybiegłam z jego pokoju, minęłam zdumioną panią Styles i zerwałam kurtkę z wieszaka. Szybko założyłam buty i wypadłam z ich domu, nie patrząc przed siebie. Łzy zasłoniły wszystko.
-Ja już tego w ogóle nie rozumiem, Jen.- Eleanor po raz kolejny pokłóciła się z Louisem i teraz relacjonowała mi to przez telefon.- Ja się boję, że on coś bierze... To do niego niepodobne.
-Lou? Niemożliwe- zaprzeczyłam od razu, przekładając komórkę z jednej ręki do drugiej.- Nie wyobrażam go sobie z narkotykami.
-Kiedyś wziął... Znaczy spróbował na jednej imprezie i też był taki... No, prawie agresywny. Dlatego myślę, że to jest powód jego zachowania.
-Zasugerowałaś mu to?
-Nie, jeszcze nie- westchnęła ciężko.- Wolę nie widzieć jego reakcji. Chyba że powiem mu to przez telefon.
-I to chyba nie byłby taki zły pomysł. Wiesz co... Może ja z nim spróbuję pogadać?- zaproponowałam spontanicznie. "Jasne... Dowal sobie jeszcze więcej ciężkich rozmów, pewnie!"
-A mogłabyś? Może ty coś z niego wyciągniesz?- zapytała El z nadzieją.
-Postaram się- stanęłam przed domem, który stanowił mój dzisiejszy cel.- Els, muszę kończyć. Właśnie jestem na podjeździe Stylesa.
-Powiesz mu?
-Muszę. Inaczej nigdy się nie dowie. Poza tym mamy do pogadania na pewien temat.
-To chyba powinnam życzyć ci powodzenia... Zadzwoń, jak stamtąd wyjdziesz.
-Jasna sprawa. Na razie- pożegnałam się i podeszłam odważnie do drzwi. Nie zdążyłam nacisnąć dzwonka, gdy drzwi się same otworzyły.
-O, dzień dobry- powitała mnie ciemnowłosa kobieta. Uśmiechnęłam się do niej.
-Dzień dobry. Jestem koleżanką Harry'ego. Mogę wejść?- zdziwienie na twarzy pani Styles ustąpiło uśmiechowi.
-Oczywiście, że tak. Ja wychodzę po zakupy, ale niedługo wracam. Harry jest w pokoju na piętrze, pierwsze drzwi po lewej- powiedziała, przepuszczając mnie w drzwiach.- Może jakiejś herbaty zrobić?
-Nie, dziękuję bardzo. Chciałam tylko porozmawiać z Harrym.
-W takim razie powodzenia- westchnęła.- Ciężko się z nim rozmawia ostatnio.
-A czy...- zawahałam się. W końcu matka powinna wiedzieć.- Czy mówiła mu pani o... całą prawdę o wypadku?- kobieta pokręciła głową.
-Nie. Nie wiem, nie umiałam- spuściła głowę.
-Mogę ja to zrobić?- spytałam cicho.- Ona... Była moją znajomą...
-Powiedz mu. Zanim ja się na to zdecyduję, będzie za późno, a policjanci zapowiedzieli się na jutro... Musi już wiedzieć.
-Dobrze- przytaknęłam. Czyli czeka mnie ciężkie zadanie.- To ja już do niego pójdę.
Ruszyłam powoli po schodach na górę. Każdy krok wydawał się coraz trudniejszy. Wreszcie stanęłam przed drzwiami. Obok nich, na ścianie wisiały zdjęcia w dużej antyramie. Mały chłopiec z niewiele starszą dziewczynką i młodą kobietą. Ten sam chłopak, tylko starszy, wreszcie wyglądający jak obecny Harry. Tylko że uśmiechnięty, wesoły. "Gdzie się podziałeś, Harry-Ze-Zdjęcia? Gdzie teraz jesteś?" Zapukałam do drzwi, ale nie usłyszałam odpowiedzi. Zajrzałam ostrożnie do środka.
Harry spał. Noga unieruchomiona w gipsie wyglądała strasznie. Opatrunki na ręce miały ślady zakrzepłej krwi, podrapana twarz zasłonięta roztrzepanymi włosami. Zamknęłam po cichu drzwi i stanęłam przy łóżku. Mimo woli się uśmiechnęłam. Wyglądał uroczo. Pomijając bandaże i gips. "To tutaj się schowałeś, Harry-Ze-Zdjęcia. Pokazujesz się tylko, gdy śpi..." Położyłam torbę na podłodze i usiadłam bokiem na obrotowym krześle stojącym przy biurku. Przygryzłam wargę, wpatrując się w śpiącego chłopaka. I jak ja mam zacząć tę rozmowę?
Chyba wyczuł moją obecność, bo przekręcił głowę bardziej w moją stronę i ziewnął. Zamrugał i skupił swój wzrok na mnie. Zmarszczył brwi, rozejrzał się po pokoju i powoli podciągnął się na poduszkach.
-Śnisz mi się czy naprawdę tu jesteś?- zapytał zachrypniętym głosem. Uśmiechnęłam się pod nosem.
-Jestem. Cześć, Harry.
-Emm... Cześć?- chyba się mnie nie spodziewał, bo cały czas przyglądał mi się podejrzliwie.
-Chciałam z tobą porozmawiać.- oznajmiłam bez ogródek. Uniósł brwi i momentalnie wrócił do starego siebie.
-Wybacz, skarbie, ale chwilowo jestem niedysponowany.- zakpił, zakładając ręce na piersi. Powtórzyłam jego gest.
-Wiem, co chciałeś mi zrobić.- Okej, zacznijmy od tego.
-Dużo rzeczy chciałem tobie zrobić, słonko.- puścił mi oczko, ale to zignorowałam.
-Harry, nie wiem, jak to sobie wyobrażałeś, ale nie rzucę ci się w ramiona. Nie zostawię Zayna, nie opuszczę przyjaciół dla twojego widzimisię.
-Czyżby?
-Czyżby. Zrozum, nie można mieć ludzi na własność, nie możesz chcieć mnie przelecieć, bo ci się spodobałam. Gdybym się broniła, zgwałciłbyś mnie?- Boże, jak dużo mnie kosztowało poruszenie tego tematu. Teraz tylko to pociągnąć...
-Nie. Wyobraź sobie, że sama chciałabyś się na mnie rzucić.- Chyba Styles postanowił zagrać w otwarte karty. I dobrze.
-Jasne.- Nie mogłam powstrzymać uśmiechu.- Nie wydaje ci się, że to trochę do mnie niepodobne?
-Jakoś nie przeszkadzało ci to, gdy na balu rzuciłaś się na Zayna.- od razu spoważniałam.
-Po pierwsze, nie rzuciłam się. Po drugie, grasz trochę nieczysto.
-Trochę? Ja zawsze gram nieczysto. Powiedzmy, że to moje drugie imię.- zachichotał. Mnie jakoś nie było do śmiechu.
-To kiedy jeszcze zagrałeś nieczysto wobec mnie? Tylko szczerze.- Zacisnął wargi, ale po chwili namysłu odpowiedział jednym słowem.
-Plakaty.
Chwilę mi zajęło, zanim zorientowałam się, o co mu chodziło. Wzięłam głośny wdech. "Nie... Niemożliwe. Albo może jednak..."
-To ty... Ty mnie upokorzyłeś przed całą szkołą? Mnie i Zayna?
-Caitlyn i Jessica mi pomogły.- Zamknęłam oczy, żeby na niego nie patrzeć. Rany się odnowiły. Prawie o tym zapomniałam, ale co jakiś czas trafiała się jeszcze złośliwa osoba, która mi to wypominała. Może teraz, z Zaynem u boku byłam bardziej odporna, ale mimo to...
-Co z innymi akcjami? Woda, jakiś sok, rozdarcia, to też?- cały czas miałam zamknięte oczy.
-Też. To był głównie pomysł Caitlyn. Nie wybaczyła ci Zayna.
-A jaka była twoja rola?- łamał mi się głos. "Nie po to tu przyszłam... Nie, żeby płakać."
-Miałem cię pocieszyć...- "Coś ci nie wyszło." Przez chwilę siedzieliśmy cicho.
-Okej.- otworzyłam oczy. Patrzył na mnie niespokojnie.- Nic się nie stało.- posłałam mu żałosną parodię uśmiechu. Aż się zapowietrzył.
-Ty... Ty mi właśnie wybaczyłaś?!- chyba nie dowierzał. Odetchnęłam i uśmiechnęłam się bardziej szczerze.
-Tak. Zapomnijmy o tym, okej? Tylko... Tylko proszę cię, przestań. Zrozum, że aby z kimś być, trzeba zdobyć jego serce, a nie wepchnąć go w twoje ramiona.
-Zayn tak zrobił?- spytał cicho. Skinęłam głową.- Kochasz go?
-Kocham. A on kocha mnie.- Zamknął oczy i odchylił głowę na poduszce.
-Jasne. Widać to po was.- syknął.
-Harry...- zaczęłam błagalnie, ale podniósł gwałtownie głowę i z grymasem na twarzy mi przerwał.
-Nie. Zrozumiałem, więcej mi nie trzeba. Ogarnę się. A teraz wyjdź.- "Wdech, wydech. Jedziesz, Jenny."
-Właściwie... To muszę z tobą porozmawiać o czymś jeszcze.
-O czym?- warknął.
-O wypadku. Parę osób mnie o to prosiło.- zmrużył oczy.
-Co z wypadkiem? Oprócz tego, że jestem cały połamany plus zwichnięta ręka, skręcona kostka i miałem ryzyko złamania dolnej części kręgosłupa.
-Co pamiętasz z wypadku?- tak, to będzie bezpieczny wariant. Zacznijmy od tego.
-To, że ten kutas od Gregory'ego pociął mi kable hamulców i nie mogłem się zatrzymać na światłach. Potem ciemność. Zamknąłem oczy na sekundę i się z czymś zderzyłem. Potem zemdlałem i obudziłem się w szpitalu.- Chciał się poprawić na poduszkach, ale chyba się w coś uraził, bo aż jęknął z bólu. Zerwałam się z krzesła.
-Pomóc ci?- spytałam, stając bliżej.
-Jakbyś mogła... Wziąć tę poduszkę wyżej.- powiedział przez zęby. Pomogłam mu się podnieść i szybkim ruchem poprawiłam mu poduszki. Opadł na nie, głęboko oddychając.
-No patrz, prawie mnie przytuliłaś.- próbował się zaśmiać, ale nie bardzo mu wyszło.- Mogłabyś?
-Ale co?- nie zrozumiałam. Wywrócił oczami.
-Przytulić mnie. Raz. Tylko raz.- Westchnęłam i kucnęłam przy łóżku.
-Tylko nic po tym nie oczekuj, jasne?
-Jasne. Sytuacja się nie zmieniła.- nachyliłam się i delikatnie go objęłam. Przytulił mnie wolną ręką i zaciągnął się zapachem moich włosów.
-Chciałem, żeby to tak wyglądało...- szepnął ze słyszalną złością.
-Zacząłeś od niewłaściwej strony.- odsunęłam się od niego i wróciłam na krzesło.- A wracając do wypadku...
-Jennifer, nic nie widziałem, powiedziałem ci wszystko.- przerwał zniecierpliwiony.
-Muszę ci powiedzieć, co się tam stało.- zaciskałam nerwowo palce na brzegu bluzki.- Nie wyhamowałeś na światłach i... potrąciłeś kogoś.
-Co?!- podniósł się gwałtownie i zaraz bezsilnie opadł na poduszki. Łzy zaczęły mi się zbierać pod powiekami. Widziałam, jak z pewnego siebie faceta zamienia się w przerażonego chłopca, który mocno potrzebuje znaleźć się blisko mamy. "Dlaczego się na to zgodziłam?!"
-Na przejściu były dwie osoby. Kobieta z dzieckiem. Kobieta jest w szpitalu, na OIOM-ie, a dziewczynka... Dziewczynka nie żyje.- Patrzył na mnie ze strachem. Kręcił głową przerażony i zrozpaczony.
-Nie. Nie. Nie, to niemożliwe.- powtarzał cicho. "Harry, tak strasznie mi przykro..."
-To rodzina... Rodzina organisty, który pracuje w kościele mojego brata. Żona Agnes i córka Katie.- stłumiłam płacz, przypominając sobie rozpacz Winstona, gdy dowiedział się o wypadku. Jego bezsilność przy łóżku żony w szpitalu i wczorajsze łzy, kiedy maleńka biała trumienka była spuszczana do świeżo wykopanego grobu.
-Nie, nie mogłem nikogo zabić! Pobić, okej, czasem kogoś pobiłem, ale nigdy nikogo nie zabiłem!- zaczął się trząść, a z jego oczu pociekły łzy. Właśnie teraz powinnam go przytulić, ale nie mogłam.- Dlaczego, do cholery, nikt mi wcześniej nie powiedział?!
-Bali się.- Powiedziałam cicho.- Bali się twojej reakcji. Jutro przyjdzie policja, żeby o tym z tobą pogadać.
-I co, może jeszcze mnie posadzą na dołku? Bali się, jak zareaguję? A ty się nie bałaś? Serio, ludzie się mnie boją? Super, nie potrzebuję ich! Nie potrzebuję nikogo, kto mnie okłamuje!- wrzeszczał, rzucając się na łóżku.- Wynoś się!
-Harry...
-Powiedziałem, żebyś wyszła!!!
Wstałam z fotela, wzięłam torbę i podeszłam do drzwi. Otworzyłam je i odwróciłam się jeszcze do chłopaka. Gapił się na ścianę, a po jego policzkach płynęły łzy.
-Tak strasznie mi przykro, Harry.- wyszeptałam i opuściłam pokój. Zeszłam na dół i zaczęłam się ubierać.
-Powiedziałaś mu?- Pani Styles stanęła w progu. Miała zaczerwienione oczy. Na pewno słyszała te krzyki.- Jak zareagował?
-Źle- odpowiedziałam.- Bardzo źle.
To niemożliwe.
To niemożliwe.
To, kurwa, niemożliwe.
Wiedziałem, że ludzie uważają mnie za dupka bez uczuć. Rozprowadzałem dragi, uczestniczyłem w bójkach, parę razy brałem udział w wyścigach, spałem z kilkoma... kilkunastoma, może nawet więcej, dziewczynami. Ale nigdy nikogo nie zabiłem. Do tej pory.
Zabiłem dziecko. Małą dziewczynkę, która może szła z mamą do sklepu kupić nową lalkę lub po jakąś sukienkę na bal do przedszkola. Może po prostu robiły zakupy na obiad, a może szły na jakieś zajęcia taneczne. Nieważne. Do celu nie dotarły. Przeze mnie. Przeze mnie rodzice teraz cierpią, a kilkuletnia dziewczynka leży w grobie zamiast bawić się na podwórku i lepić bałwana z tego maziowatego śniegu, który ledwo co spadł, a już się roztapiał.
Mama chciała ze mną porozmawiać, ale nie odzywałem się nawet słowem. Odgrodziłem się od wszystkich. I czemu akurat Jennifer przyniosła tę wiadomość? Chciała, żebym na serio o niej zapomniał? Brawo, teraz nie zapomnę. Tylko na zawsze skojarzy mi się z tym wypadkiem i śmiercią małej, kilkuletniej dziewczynki. Katie. Miała na imię Katie.
Moje pełne wyrzutów sumienia i łez rozmyślania przerwał krzyk. Potem kolejny i pisk. Usłyszałem czyjeś głosy.
-Mamo?- zawołałem ochrypłym od płaczu głosem. Nie odpowiedziała.- Mamo!- Cisza. Ktoś zaczął wchodzić po schodach, w głębi domu coś upadło. Wcześniejsze przerażenie wróciło. Otworzyły się jakieś drzwi na piętrze. "Cholera, a ja teraz, jak na złość, nie mogę nic zrobić!" zawyłem w duchu z bólu, gdy kolejnym wołaniem nadwyrężyłem popękane żebra.- Mamo!!! Co się dzieje?!
-Już tak nie krzycz, Styles!- Drzwi się otworzyły i aż mnie sparaliżowało ze strachu.- Myślałby kto, wielki facet, który chce śmierci swoich kolegów, a tak naprawdę zachowuje się jak małe dziecko.
-Czego chcesz?- spytałem drżącym głosem. Gregory usiadł na łóżku i poklepał mnie po gipsie.
-Czas na forsę, Harry.
-Miałem mieć tydzień.- wycedziłem przez zęby. "Przynajmniej będę udawał twardziela. Nie to, że mam ślady łez na policzkach."
-Ale ja jestem niecierpliwy.- Walnął mnie z otwartej dłoni w klatkę piersiową. Wrzasnąłem, gdy kłujący ból przeszył moje ciało.- Gdzie pieniądze?
-Nie... mam...- jęknąłem, łapiąc z trudem oddech.
-Uuu, no to kiepsko.- Pokręcił głową Gregory. Uderzył mnie jeszcze raz. Zacisnąłem zęby, żeby nie dać mu tej satysfakcji. Łzy spłynęły mi po skroniach, wsiąkając w poduszkę. Stłumiłem wrzask, przygryzając sobie język. Kolejny ból, ale jednak słabszy w porównaniu z tym promieniowaniem z moich żeber. Krew pociekła mi do gardła.
-Czy masz w taki razie coś przeciwko, żebym sobie coś wziął z domu?
-Ani... się... waż!- wystękałem, próbując się podnieść, ale bezskutecznie. Przygwoździł mnie do materaca.
-Nie ruszaj się, jeszcze sobie zaszkodzisz.- powiedział z udawaną troską.- Może ja cię wygodnie ułożę, ty sobie odpoczniesz, a ja się rozejrzę.
Nie mogłem się bronić. Wszystko mnie bolało, nie miałem siły na uniesienie ręki. Gregory jednym silnym ruchem przekręcił mnie na brzuch i przykrył moją głowę poduszką. W tej pozycji jeszcze gorzej mi się oddychało. "Jakbym nawet na plecach nie miał problemów z głębszym wdechem."
-Mógłbym cię udusić, ale po co. Nie ma sensu. Zamiast tego wolałbym się zająć twoją seksowną mamuśką.- Otworzyłem szeroko oczy.
-Nie! Nic jej nie rób... to ze mną masz porachunki!- wrzasnąłem, przezwyciężając ból.
-Ale nie dotrzymałeś umowy. Należy mi się rekompensata. Możesz krzyczeć do woli. Wasi sąsiedzi wczoraj wyjechali w góry, na ulicy zagłuszą cię samochody, moi ludzie nie zwrócą uwagi, a twój telefon leży na drugim końcu pokoju. Wszystko, jak zaplanowałem. No, to idę się zabawić.- Klepnął mnie z całej siły po łopatkach i wyszedł.
Jęcząc z bólu, zacząłem się kręcić, żeby zrzucić z siebie dużą i ciężką poduszkę. Z dołu dobiegł mnie jakiś huk i łomot. Po chwili moja mama zaczęła krzyczeć, ale oni chyba ją zakneblowali, bo wszystkie kolejne jęki i krzyki były stłumione.
-Mamo!- wrzasnąłem, gdy usłyszałem odgłos uderzenia.- MAMO!!! Mamo!!!- darłem się, lekceważąc przeszywający ból. Wreszcie poduszka spadła na podłogę, ale ja dalej nie mogłem się podnieść. Byłem jak sparaliżowany. Jedyne, co czułem i słyszałem, to odgłos uderzeń i ten obrzydliwy głos Gregory'ego. Szlochałem, próbując dalej krzyczeć, ale nie mogłem. Cholernie mnie bolało, nie mogłem oddychać. Czułem się jak ryba wyciągnięta na brzeg, zwichniętą ręką spróbowałem się podeprzeć, żeby przekręcić się na plecy, ale zaraz bezwładnie na nią opadłem, wywołując kolejną falę bólu. Pot spływał ze mnie strumieniami, bolały mnie wszystkie mięśnie, głowę rozsadzało. Nagle usłyszałem kolejne stłumione krzyki i inne, jednoznaczne odgłosy.
Oni ją gwałcili.
-NIEEE!!! MAMO! MAMO!!!- piszczałem jak dziecko i wiłem się na łóżku, żeby jakoś znaleźć lepszą pozycję. Żeby dalej wrzeszczeć. Żeby zmusić ich do przestania. Żeby wiedziała, że ma jakieś wsparcie, że ma dla kogo walczyć.
Krzyczałem z całych sił, wierzgając na łóżku. Skopałem już całą kołdrę. Nie czułem chyba wcale bólu. Czułem tylko to, co robili teraz z moją mamą. Nagle udało mi się przetoczyć na plecy, ale w tej samej chwili zsunąłem się z łóżka na podłogę. Poczułem, jak miliony noży wbijają się w moje ciało. Straciłem oddech, słyszałem szum w uszach. Nie miałem siły na krzyk, na najmniejszy wdech.
Zemdlałem.
Gdy się ocknąłem, w domu panowała cisza. Nikogo już nie było. Poszli. A mama? Z trudem podniosłem rękę. Chyba poza wcześniejszym zwichnięciem ją dodatkowo złamałem. Spojrzałem w dół. Gips był pęknięty i kilka odłamków leżało obok mnie na podłodze.
"Muszę coś zrobić!" Powoli podniosłem się na zdrowej ręce, zagryzając z bólu wargi aż do krwi. Myślałem, że oparzenie, tatuaż, zapalenie ucha, że to prawdziwy ból. Dzisiaj chyba pobiłem wszelkie możliwe rekordy.
W pokoju było ciemno, ale wiedziałem, gdzie leży moja komórka. Na regale, obok wieży. Dostrzegałem w mroku błyskające czerwone światełko. Zaraz rozładuje się bateria. Usiadłem, opierając się bokiem o łóżko. "Nabierz powietrza... I w drogę..." Przez chwilę głęboko oddychałem, myśląc jak najlepiej dostać się do regału. Blisko mnie było krzesło obrotowe. Krzywiąc się, użyłem skręconej nogi do przysunięcia fotela w swoją stronę. Powoli, powolutku... Szlag! Zaczepiło się kółkiem o dywan. Jęcząc z bólu, użyłem więcej siły i jakoś przysunąłem to cholerne krzesło. "Teraz... jak na nim usiąść?" Postanowiłem wspiąć się wprost na fotel, ale gdy tylko się na nim oparłem, odjechało kilka centymetrów, fundując mi twarde lądowanie na podłodze. Znów zawyłem z bólu. Przygryziony język piekł straszliwie, co chwilę przełykałem metaliczną w smaku krew. Chyba popękały mi wszystkie naczynka w oczach, bo czułem tam delikatne pulsowanie.
Nadludzkim wysiłkiem przysunąłem z powrotem krzesło i tym razem użyłem biurka do wspięcia się na ten zasrany fotel. Zagryzając wargi, sycząc i wrzeszcząc z powodu przenikających przez moje ciało szpilek, oparłem ciężar ciała na biurku i podciągnąłem do siebie nogę w gipsie. Ciężko dysząc, odchyliłem głowę do tyłu. "Sekundę... Tylko sekundkę odpoczynku..." Pochyliłem się, żeby przysunąć bliżej fotel i ostrożnie się na niego opuściłem. Odetchnąłem z ulgą, gdy wreszcie usiadłem. Kolejny głęboki oddech. "Już jesteś blisko. Zaraz zadzwonisz po pomoc. Mama wytrzyma. Da radę. Kto, jak nie ona. Jest wspaniałą mamą..." Płacząc, rękami zacząłem się odpychać od biurka. Milimetr po milimetrze, jedno uderzenie bólu po drugim, powoli przesuwałem się w stronę regału. Wreszcie chwyciłem w drżące ręce telefon. 2% baterii. W ostatniej chwili. Trzy razy się pomyliłem, zanim wykręciłem właściwy numer.
-Halo?- prawie straciłem głos przez te krzyki i pogryzione usta.- Potrzebuję... pomoc... włamanie... Styles Harry... Drewton Road 16...- dopiero, gdy dyspozytorka oznajmiła, że radiowóz już jedzie, z ulgą pozwoliłem sobie na kolejne omdlenie.
_______________________________________________
Powiem szczerze, że ryczałam pisząc ostatni akapit. Autentycznie leciały mi łzy i cierpiałam razem z Harrym. Teraz wszyscy mamy dylemat: nienawidzić go, za to, co robił, czy współczuć? Ja współczuję :(
Zapewne was tym zaskoczyłam. I terminem dodania rozdziału, i treścią. Nie spodziewałam się, że wyjdzie taki długi. MAM NADZIEJĘ, ŻE NIE MA BŁĘDÓW!
Dziękuję za komentarze, obserwacje itp. itd. :* niestety, nie wiem, kiedy następny :P
Pozdrawia was zaryczana, zdenerwowana własną twórczością
Roxanne xD
niedziela, 8 lutego 2015
poniedziałek, 2 lutego 2015
CHAPTER 19: I don’t care what people say when we’re together... You know I wanna be the one who hold you when you sleep...
-Proszę bardzo.- Zayn stanął nade mną i wręczył mi wypchaną teczkę. Od kilku dni domagałam się, żeby pokazał mi swoje rysunki. Najpierw nazwał mnie uparciuchem, potem próbował się obrazić, ale ostatecznie skapitulował. Usiadł koło mnie na parapecie obok klasy od angielskiego i obserwował, jak otworzyłam teczkę i wytrzeszczyłam oczy. "To... jest... jedno... wielkie..."
-Wow.- wykrztusiłam.- Zayn, ty naprawdę musisz coś z tym zrobić! Idź do szkoły plastycznej, na malarstwo, grafikę, to się nie może zmarnować! O, albo na architekturę, połączysz matmę z plastyką!- przeglądałam kolejne szkice, nie mogąc wyjść z podziwu nad jego talentem. Portrety, graffiti, jakieś krajobrazy... Wszystko rysowane ołówkiem lub węglem. A na końcu teczki... ja. Narysował mnie chyba w każdej możliwej pozie, jak czytam, siedzę w ławce obok niego, stoję przed szkolną szafką, deklamuję coś na scenie naszego kółka teatralnego, wrzucam piłkę do kosza.
-Kiedy ty miałeś czas, żeby to wszystko narysować?- zapytałam oczarowana szkicami. Wzruszył ramionami.
-W domu. Zapamiętywałem coś i w pokoju wyciągałem kartkę, ołówek i rysowałem. Rzadko to robię z natury.
-Długo ci to zajmuje?- uniosłam wyżej rysunek przedstawiający nocny widok z jakiegoś dachu lub balkonu. Dziwne, ale nawet samym węglem udało się mu pokazać rozjaśnione okna, latarnie uliczne i zarysy budynków tak, że wyglądało to bardziej jak fotografia, nie szkic.- To jest wspaniałe.
-Ten rysunek akurat był pracochłonny.- zaśmiał się cicho.- Chcesz go zatrzymać?
-Mogę, naprawdę?- ucieszyłam się. Ze wszystkich prac ten podobał mi się najbardziej. Nie licząc miliona ujęć mojej twarzy.
-Jasne, że...- nie dokończył, bo z tej radości mocno go przytuliłam.
-Dziękuję, dziękuję, dziękuję!
-Spokojnie.- roześmiał się.- Przez ciebie stracę opinię niedostępnego bad boya.
-To dobrze, nigdy mi się ona nie podobała.- puściłam mu oczko i wróciłam do oglądania prac.
-Chodź już, można wchodzić do klasy.- wstałam z parapetu i podtrzymując teczkę, weszłam do sali. Kilka osób już siedziało na swoich miejscach lub dyskutowało o czymś w grupkach przy ławkach. Jednak widziałam, że na nasz widok zaczęli bardziej ożywioną rozmowę. "Mogę się założyć, że ja i Zayn budzimy teraz sensację w naszej budzie..." Usiadłam na swoim miejscu, a Zayn wskoczył na ławkę. Wyjął zeszyt i zaczął go niedbale przeglądać.
-No nie wierzę!- udałam zaskoczenie.- Pan Malik z własnej nieprzymuszonej woli sięga po notatki! Czy to koniec świata?- otworzyłam szeroko usta, rozglądając się zszokowana po całej klasie.
-Spadaj!- prychnął i pacnął mnie tym zeszytem po głowie. Zaraz oddałam mu trzymaną kartką.- Nie! Zabiłaś mnie tym mega ciężkim papierem!- zawołał, łapiąc się za "bolące" miejsce. Zaraz wybuchnęliśmy śmiechem, znów zwracając na siebie uwagę całej klasy i profesora Hollinsa, który akurat wszedł do sali.
-Widzę, że się doskonale bawicie.- stwierdził sarkastycznie. Zagryzłam usta, prostując się w ławce. Zayn usiadł na krześle i podniósł z podłogi zeszyt.- Panie Malik, panno Sorset, może zachowacie trochę tej energii na próbę po południu? Uwierzcie mi, na te zajęcia będziecie potrzebować masę sił. A jeśli chodzi o ogół klasy...- zawiesił głos, patrząc na resztę.- Jak wiecie, na koniec roku szykujemy przedstawienie, spektakl teatralny. Ta dwójka...- znów na nas wskazał.-... jest na zajęciach za karę, ale do inscenizacji będziemy potrzebować znacznie więcej aktorów. Dlatego zachęcam wszystkich, by przyszli dziś na szesnastą do audytorium i zgłosili się. Wybierzemy najlepszych na statystów lub tancerzy. Wystawiamy bowiem musical.- wszyscy naraz zaczęli mówić, jedni przez drugich. Widocznie musical u Hollinsa to było coś nadzwyczajnego.
-Jaki tytuł musicalu?- zapytała zaciekawiona Scarlett. Nawet nie zauważyłam, kiedy przyszła.
-Dowiecie się na próbie. Jeśli przyjdziecie. Sorset, Malik.- znów podnieśliśmy jednocześnie głowy.- W nagrodę to wy otrzymacie główne role.
Opadła mi szczęka. Zaynowi chyba też. I to dosłownie.
-Nie chce mi się...- marudziłem przez całą drogę do auli. Jen wzruszyła ramionami.
-Weź nic nie mów. To nie ty zbłaźnisz się w głównej roli przed całą szkołą.- jęknęła.
-Przecież nie boisz się występować.- zauważyłem, otwierając przed nią drzwi.
-Niby tak.- westchnęła.- Ale mimo wszystko... Stresuję się.
-Spoko. Na razie to tylko próby. A gdzie Zayn?- zmieniłem temat.
-Pali. Nie wytrzymał, żeby nie zapalić przed, uwaga, cytuję, "tą porąbaną, powaloną szopką".- nawet nieźle udawała głos Malika.- A Harry'ego gdzie zgubiłeś?
-Gdzieś tu się pałęta...- mój kumpel wyrósł jak jakaś ekspresowa roślinka tuż przed nami.
-Witaj, piękna. Tęskniłaś?- uchyliła się od jego uścisku.
-Cześć.- nagle coś przykuło jej uwagę.- O rany, Danielle?!- pisnęła i już jej nie było.
-Bo ze mną to się nie przywitasz?- prychnąłem pod nosem.
-Cześć, Horan.
-Siema, Styles.- odpowiedziałem z westchnieniem, obserwując jak on gapi się nachalnie na Jenny.- Stary, lepiej przestań.
-Co przestać?- popatrzył na mnie jak na debila. "Kto tu jest debilem, Harry?"
-Przestać pożerać wzrokiem Jennifer, bo Zayn ci połamie to i owo.
-A jakie niby on ma do niej prawa.- zakpił, wracając do niej spojrzeniem. "Cholera, albo się zabujał, albo jeszcze nie odpuścił tego zaliczenia... Tylko, że Jen nie nadaje się na taki łatwy cel."
-A takie jak każdy facet do swojej dziewczyny.- odparłem i za chwilę zostałem przygwożdżony do ściany. "Auć."
-Coś ty powiedział?!- syknął przez zęby Hazz.
-To, co słyszałeś.- warknąłem.- Są razem. Od dwóch tygodni.- puścił moją koszulkę, której brzeg miażdżył w pięściach i odsunął się o krok.
-Czemu mi nie powiedziałeś?- patrzył na mnie, jakbym mu pół rodziny wymordował łopatą.
-A po co ci to wiedzieć?- odpaliłem.- To ich sprawy. A ty nie masz do Jenny żadnych praw. Nie wiem, co zamierzasz, ale ci się to nie uda. Ja ci na to nie pozwolę. Nie pozwolę, żebyś ją skrzywdził.
-No, brawo!- parsknął śmiechem.- Panna Sorset doczekała się dwóch obrońców. Zobaczymy, czy dalej będzie taka harda, gdy nie będzie przy niej żadnego...- nie czekając na moją reakcję, odsunął się i stanął pod ścianą po przeciwnej stronie sceny.
-Dobrze, proszę wszystkich o uwagę!- profesor Hollins wyszedł na środek.- Cieszę się, że zgłosiło się tak dużo osób. W głównych rolach obsadzę stałych bywalców kółka teatralnego. Przynajmniej wiem, na jakim poziomie grają. Reszta załapie się na rólki epizodyczne, statystów i tak dalej. Uprzedziłem, że jest to musical. Oprócz zwykłych kwestii wypowiadanych, będziecie musieli opanować też piosenki, ale w tym pomoże nam pani Montange, nauczycielka muzyki. Dwójkę głównych bohaterów zagrają Jennifer Sorset i Zayn Malik. Szóstką pozostałych głównych postaci będą... Anna Dehaigh, Jessica Simmons, Caitlyn Harmon, Niall Horan, Harry Styles i Louis Tominson.- WOW! Mam jedną z głównych ról?! Fuck, hell yeah! Ale fajnie! Zaraz jednak coś mi w mózgu zaskoczyło. "Harry, Jess i Caitlyn... Niedobrze. Oni na jednej scenie przeciwko Jen i Zaynowi... Szykuje się bomba..."
-Widzę, że są państwo podekscytowani, to dobrze.- kątem oka zauważyłem Jen i Zayna, stojących razem blisko profesora. "Jak Zayn zareagował na wieść o obsadzie?"- Główni aktorzy mogą dziś odebrać scenariusze i iść do domu, czy gdzie tam chcą, reszta zostaje na przesłuchaniu. Dodam tylko...- zawiesił głos i tajemniczo się uśmiechnął.- Dodam tylko, że musical, który wystawiamy jest jednym z najbardziej kultowych i przypomina mi czasy mojej młodości. I nie, nie chodzi o "Nędzników".- cholera, Hollins umie żartować? Profesor wziął głęboki wdech.- Wystawiamy "Grease".
-Czego ty, do diabła, nie rozumiesz?- zirytowany patrzyłem na Gregory'ego, który znudzonym wzrokiem wpatrywał się w rozliczenie. Dragi sprzedane, zyski wzrosły, forsy po pachy, a ten kretyn nie chce mi oddać jednej drobnej przysługi.
-W zasadzie wszystkiego, Harry. Czego ty właściwie ode mnie oczekujesz? Przecież ci wypłaciłem forsę. Nic więcej ode mnie nie dostaniesz.
-Nawet dokładnie ci nie wytłumaczyłem, o co chodzi, a ty już powiedziałeś nie!- wrzasnąłem, nie zwracając uwagi na zły humor szefa.
-Styles, nie pozwalaj sobie.- Gregory zmrużył oczy, ale nie podnosił głosu. Zamiast tego zawołał swojego goryla, który zawsze stał przy drzwiach biura i powiedział mu coś po cichu. "Zaraz mnie, cholera, wywali!" pomyślałem na maksa wkurwiony. Ku mojemu zdumieniu, napakowany mięśniak z dopalaczami zamiast mózgu wyszedł bez słowa z pokoju.
-No, to jaki masz ten plan?- zaakcentował ostatni wyraz, kładąc nogi na stole. Nienawidziłem tej jego protekcjonalnej postawy. Żałowałem, że nie wszedłem w ten biznes inaczej, wtedy mógłbym być panem samego siebie, załatwiałbym interesy z takimi szumowinami jak Gregory, znęcałbym się nad swoimi własnymi przydupasami i miałbym na wszystkich wywalone.
-Chcę załatwić Malika i Horana.- facet zachował twarz Indianina.
-Bo...?
-Bo mam ochotę na pewna dziewczynę, a nie załatwię tego, gdy będą się koło niej kręcić. Okazało się, że Zayn z nią chodzi i cholernie się przez to zmienił. Horan zagroził, że...
-Chwila, moment.- Gregory wyprostował się na fotelu.- Popraw mnie, jeśli źle zrozumiałem twój bełkot. Dla jakiejś cizi chcesz pobić, zabić, cokolwiek... dwóch z moich najlepszych ludzi? Popierdoliło cię, Styles?
-Jezu, nie ogarniasz.
-Może dlatego, że do Jezusa mi daleko.- sarknął pod nosem.
-Nie musisz na nich nasyłać swoich ludzi. Starczy, że dasz im taką robotę, żeby psy na pewno ich zgarnęły. Zarzucą im handel narkotykami, może połączą jeszcze z jakąś bójką, posadzą na parę miesięcy, laska zobaczy, że jej przyjaciele święci nie są i to będzie moja szansa.- wyłuszczyłem swój w domyśle genialny plan.
-Ciebie to chyba matka upuściła, gdy byłeś niemowlakiem!- Gregory patrzył na mnie ze złością.- Mam napuścić na nich gliny? A jak, kurwa mać, sypną?! Człowieku, myśl trochę! Dla jakiejś dziewczyny mam narazić cały biznes dla twojego widzimisię? Ogarnij się, Styles.
-Ale...- próbowałem jeszcze przeforsować swoje zdanie, ale równie dobrze mogłem go namawiać na pójście do kościoła.
-Wiesz co, Harry?- spojrzał na mnie ze złośliwym uśmieszkiem.- A może ty chcesz, żebym poszedł na dno, hmm?
-Co?- aż się zapowietrzyłem. "Nic takiego nie mówiłem!"
-Zbieraj manatki i się stąd wynoś.- wycedził przez zęby Gregory.- Masz minutę. Resztę forsy z długów masz mi oddać w ciągu tygodnia, a zostało ci jeszcze...- sprawdził coś na rozliczeniu.-... siedem tysięcy funtów. Łącznie z odsetkami.
-Słucham?! Wywalasz mnie?!- krzyknąłem wkurzony jak jeszcze nigdy w życiu.
-Zgadnij.- Gregory wstał z fotela.- A teraz wynocha. Powiesz komuś o naszej miejscówce, to moi przyjaciele dopilnują, żebyś żywy z tej kabały nie wyszedł.
-Ty chyba sobie jaja robisz. To ja zarabiałem dla ciebie najwięcej hajsu!
-Nie żartuję. A za hajs dziękuję serdecznie, gdyby nie ty, nie sprawiłbym sobie takiej ładnej zabawki.- wyjął zza paska potężny pistolet i wycelował w moją stronę. "No, nieźle... Na oko Walther P99... Serio, Styles, o marce broni myślisz, gdy masz lufę przed nosem?!"
-Jeszcze się policzymy.- obiecałem mu, wychodząc z pokoju.
Wsiadłem wściekły do samochodu i odpaliłem silnik. "Cholerny Gregory... I dlaczego, do jasnej cholery, w moim aucie śmierdzi tanimi perfumami tego goryla?!"
-Normalnie nie mogę uwierzyć, że będziesz grała Sandy w "Grease", a ja dostałam rolę tej powalonej dyrektorki.- mruczałam pod nosem, niosąc ostrożnie tacę z jedzeniem do stolika. "Ufff... Nic się nie wylało." Usiadłam na swoim stałym miejscu i i z ulgą wbiłam zęby w hamburgera. "Boże, jaka byłam głodna!"
-Przynajmniej będziesz mogła mieć stale oko na Harry'ego.- zaśmiała się Eleanor. Podniosłam na nią zdumione spojrzenie. "Co...?"
-Skąd...- ugryzłam się w język. Dziewczyny wybuchnęły śmiechem.
-Przecież wiesz, że przed nią nic się nie ukryje.- odpowiedziała ze śmiechem Danielle.
-Ostatnio go często śledzisz, podsłuchujesz, gdy tylko nadchodzi, to oglądasz się za nim i nadstawiasz uszu...- wyliczała na palcach Els.- Proste, że teraz będziesz się o wszystko potykała i na premierze zlecisz ze sceny, bo będziesz pilnowała swojego najgorszego ucznia. A on chyba nawet gra tego... No, jak mu tam...
-Kenickiego.- podpowiedziała, chichocząc Jen.
-O, właśnie.- El wzięła frytkę i umoczyła ją w ketchupie.- Gorzej, że będzie musiał całować się z Rizzo, którą gra nasza etatowa zdzira Caitlyn.- "Nic mnie to nie obchodzi... Nic mnie to nie obchodzi. Nic mnie to nie obchodzi!"
-Nic mnie to nie obchodzi. wzruszyłam ramionami, powtarzając słowa mojej podświadomości.
-Tak nawiasem, gdzie jest Harry?- zastanowiła się Danielle, oglądając się na stolik, przy którym zawsze siedzieli Styles, Horan i Malik.
-Nie mam pojęcia. Chyba dzisiaj nie przyszedł.- odparła El, lustrując wzrokiem całą kafeterię. W takim tłumie bankowo go nie dojrzy.
-Hej.- nad nami wyrósł Zayn. Jenny od razu się rozpromieniła.
-Cześć, siadaj!- poklepała wolne krzesło tuz obok niej. Przez chwilę się wahał, ale po namyśle usiadł obok swojej dziewczyny i pocałował ją w policzek.
-Gdzie zgubiłeś kumpli?- Eleanor, pierwsza plotkara w okolicy musiała oczywiście wiedzieć wszystko. Zayn przygryzł wargę.
-Nialler się przeziębił, a Harry...- westchnął ciężko i kontynuował.- Styles miał wypadek.
Na początku to do mnie nie dotarło. Zaraz jednak wiadomość uderzyła we mnie jak grom. "Harry... Wypadek. O Boże!"
_________________________________________
Chyba błędów nie ma :) oj, dzieje się, dzieje... ktoś się spodziewał takiego obrotu spraw? :P
Dziś nie piszę dużo, bo siostra mnie molestuje, żebym jej włączyła "W pustyni i w puszczy", bo ma po feriach omawiać... O.o nie mam nic do książki lub filmu, wręcz je lubię, ale obecność mojej sis za plecami, gdy próbuję napisać rozdział jest wielce niekomfortowa... Dobra, nie owijając w bawełnę: mam ochotę wywalić ją przez okno, które mam dokładnie na wprost... Okej. Koniec teorii spiskowych, zachowajmy je na skrajny moment xD
Dziękuję za obserwacje, zapraszam na Ask'a, Twittera itp itd. Kolejny rozdział spróbuję dodać za tydzień, korzystajmy z ferii! ^^
Pozdrawiam :* <3
Roxanne xD
-Wow.- wykrztusiłam.- Zayn, ty naprawdę musisz coś z tym zrobić! Idź do szkoły plastycznej, na malarstwo, grafikę, to się nie może zmarnować! O, albo na architekturę, połączysz matmę z plastyką!- przeglądałam kolejne szkice, nie mogąc wyjść z podziwu nad jego talentem. Portrety, graffiti, jakieś krajobrazy... Wszystko rysowane ołówkiem lub węglem. A na końcu teczki... ja. Narysował mnie chyba w każdej możliwej pozie, jak czytam, siedzę w ławce obok niego, stoję przed szkolną szafką, deklamuję coś na scenie naszego kółka teatralnego, wrzucam piłkę do kosza.
-Kiedy ty miałeś czas, żeby to wszystko narysować?- zapytałam oczarowana szkicami. Wzruszył ramionami.
-W domu. Zapamiętywałem coś i w pokoju wyciągałem kartkę, ołówek i rysowałem. Rzadko to robię z natury.
-Długo ci to zajmuje?- uniosłam wyżej rysunek przedstawiający nocny widok z jakiegoś dachu lub balkonu. Dziwne, ale nawet samym węglem udało się mu pokazać rozjaśnione okna, latarnie uliczne i zarysy budynków tak, że wyglądało to bardziej jak fotografia, nie szkic.- To jest wspaniałe.
-Ten rysunek akurat był pracochłonny.- zaśmiał się cicho.- Chcesz go zatrzymać?
-Mogę, naprawdę?- ucieszyłam się. Ze wszystkich prac ten podobał mi się najbardziej. Nie licząc miliona ujęć mojej twarzy.
-Jasne, że...- nie dokończył, bo z tej radości mocno go przytuliłam.
-Dziękuję, dziękuję, dziękuję!
-Spokojnie.- roześmiał się.- Przez ciebie stracę opinię niedostępnego bad boya.
-To dobrze, nigdy mi się ona nie podobała.- puściłam mu oczko i wróciłam do oglądania prac.
-Chodź już, można wchodzić do klasy.- wstałam z parapetu i podtrzymując teczkę, weszłam do sali. Kilka osób już siedziało na swoich miejscach lub dyskutowało o czymś w grupkach przy ławkach. Jednak widziałam, że na nasz widok zaczęli bardziej ożywioną rozmowę. "Mogę się założyć, że ja i Zayn budzimy teraz sensację w naszej budzie..." Usiadłam na swoim miejscu, a Zayn wskoczył na ławkę. Wyjął zeszyt i zaczął go niedbale przeglądać.
-No nie wierzę!- udałam zaskoczenie.- Pan Malik z własnej nieprzymuszonej woli sięga po notatki! Czy to koniec świata?- otworzyłam szeroko usta, rozglądając się zszokowana po całej klasie.
-Spadaj!- prychnął i pacnął mnie tym zeszytem po głowie. Zaraz oddałam mu trzymaną kartką.- Nie! Zabiłaś mnie tym mega ciężkim papierem!- zawołał, łapiąc się za "bolące" miejsce. Zaraz wybuchnęliśmy śmiechem, znów zwracając na siebie uwagę całej klasy i profesora Hollinsa, który akurat wszedł do sali.
-Widzę, że się doskonale bawicie.- stwierdził sarkastycznie. Zagryzłam usta, prostując się w ławce. Zayn usiadł na krześle i podniósł z podłogi zeszyt.- Panie Malik, panno Sorset, może zachowacie trochę tej energii na próbę po południu? Uwierzcie mi, na te zajęcia będziecie potrzebować masę sił. A jeśli chodzi o ogół klasy...- zawiesił głos, patrząc na resztę.- Jak wiecie, na koniec roku szykujemy przedstawienie, spektakl teatralny. Ta dwójka...- znów na nas wskazał.-... jest na zajęciach za karę, ale do inscenizacji będziemy potrzebować znacznie więcej aktorów. Dlatego zachęcam wszystkich, by przyszli dziś na szesnastą do audytorium i zgłosili się. Wybierzemy najlepszych na statystów lub tancerzy. Wystawiamy bowiem musical.- wszyscy naraz zaczęli mówić, jedni przez drugich. Widocznie musical u Hollinsa to było coś nadzwyczajnego.
-Jaki tytuł musicalu?- zapytała zaciekawiona Scarlett. Nawet nie zauważyłam, kiedy przyszła.
-Dowiecie się na próbie. Jeśli przyjdziecie. Sorset, Malik.- znów podnieśliśmy jednocześnie głowy.- W nagrodę to wy otrzymacie główne role.
Opadła mi szczęka. Zaynowi chyba też. I to dosłownie.
-Nie chce mi się...- marudziłem przez całą drogę do auli. Jen wzruszyła ramionami.
-Weź nic nie mów. To nie ty zbłaźnisz się w głównej roli przed całą szkołą.- jęknęła.
-Przecież nie boisz się występować.- zauważyłem, otwierając przed nią drzwi.
-Niby tak.- westchnęła.- Ale mimo wszystko... Stresuję się.
-Spoko. Na razie to tylko próby. A gdzie Zayn?- zmieniłem temat.
-Pali. Nie wytrzymał, żeby nie zapalić przed, uwaga, cytuję, "tą porąbaną, powaloną szopką".- nawet nieźle udawała głos Malika.- A Harry'ego gdzie zgubiłeś?
-Gdzieś tu się pałęta...- mój kumpel wyrósł jak jakaś ekspresowa roślinka tuż przed nami.
-Witaj, piękna. Tęskniłaś?- uchyliła się od jego uścisku.
-Cześć.- nagle coś przykuło jej uwagę.- O rany, Danielle?!- pisnęła i już jej nie było.
-Bo ze mną to się nie przywitasz?- prychnąłem pod nosem.
-Cześć, Horan.
-Siema, Styles.- odpowiedziałem z westchnieniem, obserwując jak on gapi się nachalnie na Jenny.- Stary, lepiej przestań.
-Co przestać?- popatrzył na mnie jak na debila. "Kto tu jest debilem, Harry?"
-Przestać pożerać wzrokiem Jennifer, bo Zayn ci połamie to i owo.
-A jakie niby on ma do niej prawa.- zakpił, wracając do niej spojrzeniem. "Cholera, albo się zabujał, albo jeszcze nie odpuścił tego zaliczenia... Tylko, że Jen nie nadaje się na taki łatwy cel."
-A takie jak każdy facet do swojej dziewczyny.- odparłem i za chwilę zostałem przygwożdżony do ściany. "Auć."
-Coś ty powiedział?!- syknął przez zęby Hazz.
-To, co słyszałeś.- warknąłem.- Są razem. Od dwóch tygodni.- puścił moją koszulkę, której brzeg miażdżył w pięściach i odsunął się o krok.
-Czemu mi nie powiedziałeś?- patrzył na mnie, jakbym mu pół rodziny wymordował łopatą.
-A po co ci to wiedzieć?- odpaliłem.- To ich sprawy. A ty nie masz do Jenny żadnych praw. Nie wiem, co zamierzasz, ale ci się to nie uda. Ja ci na to nie pozwolę. Nie pozwolę, żebyś ją skrzywdził.
-No, brawo!- parsknął śmiechem.- Panna Sorset doczekała się dwóch obrońców. Zobaczymy, czy dalej będzie taka harda, gdy nie będzie przy niej żadnego...- nie czekając na moją reakcję, odsunął się i stanął pod ścianą po przeciwnej stronie sceny.
-Dobrze, proszę wszystkich o uwagę!- profesor Hollins wyszedł na środek.- Cieszę się, że zgłosiło się tak dużo osób. W głównych rolach obsadzę stałych bywalców kółka teatralnego. Przynajmniej wiem, na jakim poziomie grają. Reszta załapie się na rólki epizodyczne, statystów i tak dalej. Uprzedziłem, że jest to musical. Oprócz zwykłych kwestii wypowiadanych, będziecie musieli opanować też piosenki, ale w tym pomoże nam pani Montange, nauczycielka muzyki. Dwójkę głównych bohaterów zagrają Jennifer Sorset i Zayn Malik. Szóstką pozostałych głównych postaci będą... Anna Dehaigh, Jessica Simmons, Caitlyn Harmon, Niall Horan, Harry Styles i Louis Tominson.- WOW! Mam jedną z głównych ról?! Fuck, hell yeah! Ale fajnie! Zaraz jednak coś mi w mózgu zaskoczyło. "Harry, Jess i Caitlyn... Niedobrze. Oni na jednej scenie przeciwko Jen i Zaynowi... Szykuje się bomba..."
-Widzę, że są państwo podekscytowani, to dobrze.- kątem oka zauważyłem Jen i Zayna, stojących razem blisko profesora. "Jak Zayn zareagował na wieść o obsadzie?"- Główni aktorzy mogą dziś odebrać scenariusze i iść do domu, czy gdzie tam chcą, reszta zostaje na przesłuchaniu. Dodam tylko...- zawiesił głos i tajemniczo się uśmiechnął.- Dodam tylko, że musical, który wystawiamy jest jednym z najbardziej kultowych i przypomina mi czasy mojej młodości. I nie, nie chodzi o "Nędzników".- cholera, Hollins umie żartować? Profesor wziął głęboki wdech.- Wystawiamy "Grease".
-Czego ty, do diabła, nie rozumiesz?- zirytowany patrzyłem na Gregory'ego, który znudzonym wzrokiem wpatrywał się w rozliczenie. Dragi sprzedane, zyski wzrosły, forsy po pachy, a ten kretyn nie chce mi oddać jednej drobnej przysługi.
-W zasadzie wszystkiego, Harry. Czego ty właściwie ode mnie oczekujesz? Przecież ci wypłaciłem forsę. Nic więcej ode mnie nie dostaniesz.
-Nawet dokładnie ci nie wytłumaczyłem, o co chodzi, a ty już powiedziałeś nie!- wrzasnąłem, nie zwracając uwagi na zły humor szefa.
-Styles, nie pozwalaj sobie.- Gregory zmrużył oczy, ale nie podnosił głosu. Zamiast tego zawołał swojego goryla, który zawsze stał przy drzwiach biura i powiedział mu coś po cichu. "Zaraz mnie, cholera, wywali!" pomyślałem na maksa wkurwiony. Ku mojemu zdumieniu, napakowany mięśniak z dopalaczami zamiast mózgu wyszedł bez słowa z pokoju.
-No, to jaki masz ten plan?- zaakcentował ostatni wyraz, kładąc nogi na stole. Nienawidziłem tej jego protekcjonalnej postawy. Żałowałem, że nie wszedłem w ten biznes inaczej, wtedy mógłbym być panem samego siebie, załatwiałbym interesy z takimi szumowinami jak Gregory, znęcałbym się nad swoimi własnymi przydupasami i miałbym na wszystkich wywalone.
-Chcę załatwić Malika i Horana.- facet zachował twarz Indianina.
-Bo...?
-Bo mam ochotę na pewna dziewczynę, a nie załatwię tego, gdy będą się koło niej kręcić. Okazało się, że Zayn z nią chodzi i cholernie się przez to zmienił. Horan zagroził, że...
-Chwila, moment.- Gregory wyprostował się na fotelu.- Popraw mnie, jeśli źle zrozumiałem twój bełkot. Dla jakiejś cizi chcesz pobić, zabić, cokolwiek... dwóch z moich najlepszych ludzi? Popierdoliło cię, Styles?
-Jezu, nie ogarniasz.
-Może dlatego, że do Jezusa mi daleko.- sarknął pod nosem.
-Nie musisz na nich nasyłać swoich ludzi. Starczy, że dasz im taką robotę, żeby psy na pewno ich zgarnęły. Zarzucą im handel narkotykami, może połączą jeszcze z jakąś bójką, posadzą na parę miesięcy, laska zobaczy, że jej przyjaciele święci nie są i to będzie moja szansa.- wyłuszczyłem swój w domyśle genialny plan.
-Ciebie to chyba matka upuściła, gdy byłeś niemowlakiem!- Gregory patrzył na mnie ze złością.- Mam napuścić na nich gliny? A jak, kurwa mać, sypną?! Człowieku, myśl trochę! Dla jakiejś dziewczyny mam narazić cały biznes dla twojego widzimisię? Ogarnij się, Styles.
-Ale...- próbowałem jeszcze przeforsować swoje zdanie, ale równie dobrze mogłem go namawiać na pójście do kościoła.
-Wiesz co, Harry?- spojrzał na mnie ze złośliwym uśmieszkiem.- A może ty chcesz, żebym poszedł na dno, hmm?
-Co?- aż się zapowietrzyłem. "Nic takiego nie mówiłem!"
-Zbieraj manatki i się stąd wynoś.- wycedził przez zęby Gregory.- Masz minutę. Resztę forsy z długów masz mi oddać w ciągu tygodnia, a zostało ci jeszcze...- sprawdził coś na rozliczeniu.-... siedem tysięcy funtów. Łącznie z odsetkami.
-Słucham?! Wywalasz mnie?!- krzyknąłem wkurzony jak jeszcze nigdy w życiu.
-Zgadnij.- Gregory wstał z fotela.- A teraz wynocha. Powiesz komuś o naszej miejscówce, to moi przyjaciele dopilnują, żebyś żywy z tej kabały nie wyszedł.
-Ty chyba sobie jaja robisz. To ja zarabiałem dla ciebie najwięcej hajsu!
-Nie żartuję. A za hajs dziękuję serdecznie, gdyby nie ty, nie sprawiłbym sobie takiej ładnej zabawki.- wyjął zza paska potężny pistolet i wycelował w moją stronę. "No, nieźle... Na oko Walther P99... Serio, Styles, o marce broni myślisz, gdy masz lufę przed nosem?!"
-Jeszcze się policzymy.- obiecałem mu, wychodząc z pokoju.
Wsiadłem wściekły do samochodu i odpaliłem silnik. "Cholerny Gregory... I dlaczego, do jasnej cholery, w moim aucie śmierdzi tanimi perfumami tego goryla?!"
-Normalnie nie mogę uwierzyć, że będziesz grała Sandy w "Grease", a ja dostałam rolę tej powalonej dyrektorki.- mruczałam pod nosem, niosąc ostrożnie tacę z jedzeniem do stolika. "Ufff... Nic się nie wylało." Usiadłam na swoim stałym miejscu i i z ulgą wbiłam zęby w hamburgera. "Boże, jaka byłam głodna!"
-Przynajmniej będziesz mogła mieć stale oko na Harry'ego.- zaśmiała się Eleanor. Podniosłam na nią zdumione spojrzenie. "Co...?"
-Skąd...- ugryzłam się w język. Dziewczyny wybuchnęły śmiechem.
-Przecież wiesz, że przed nią nic się nie ukryje.- odpowiedziała ze śmiechem Danielle.
-Ostatnio go często śledzisz, podsłuchujesz, gdy tylko nadchodzi, to oglądasz się za nim i nadstawiasz uszu...- wyliczała na palcach Els.- Proste, że teraz będziesz się o wszystko potykała i na premierze zlecisz ze sceny, bo będziesz pilnowała swojego najgorszego ucznia. A on chyba nawet gra tego... No, jak mu tam...
-Kenickiego.- podpowiedziała, chichocząc Jen.
-O, właśnie.- El wzięła frytkę i umoczyła ją w ketchupie.- Gorzej, że będzie musiał całować się z Rizzo, którą gra nasza etatowa zdzira Caitlyn.- "Nic mnie to nie obchodzi... Nic mnie to nie obchodzi. Nic mnie to nie obchodzi!"
-Nic mnie to nie obchodzi. wzruszyłam ramionami, powtarzając słowa mojej podświadomości.
-Tak nawiasem, gdzie jest Harry?- zastanowiła się Danielle, oglądając się na stolik, przy którym zawsze siedzieli Styles, Horan i Malik.
-Nie mam pojęcia. Chyba dzisiaj nie przyszedł.- odparła El, lustrując wzrokiem całą kafeterię. W takim tłumie bankowo go nie dojrzy.
-Hej.- nad nami wyrósł Zayn. Jenny od razu się rozpromieniła.
-Cześć, siadaj!- poklepała wolne krzesło tuz obok niej. Przez chwilę się wahał, ale po namyśle usiadł obok swojej dziewczyny i pocałował ją w policzek.
-Gdzie zgubiłeś kumpli?- Eleanor, pierwsza plotkara w okolicy musiała oczywiście wiedzieć wszystko. Zayn przygryzł wargę.
-Nialler się przeziębił, a Harry...- westchnął ciężko i kontynuował.- Styles miał wypadek.
Na początku to do mnie nie dotarło. Zaraz jednak wiadomość uderzyła we mnie jak grom. "Harry... Wypadek. O Boże!"
_________________________________________
Chyba błędów nie ma :) oj, dzieje się, dzieje... ktoś się spodziewał takiego obrotu spraw? :P
Dziś nie piszę dużo, bo siostra mnie molestuje, żebym jej włączyła "W pustyni i w puszczy", bo ma po feriach omawiać... O.o nie mam nic do książki lub filmu, wręcz je lubię, ale obecność mojej sis za plecami, gdy próbuję napisać rozdział jest wielce niekomfortowa... Dobra, nie owijając w bawełnę: mam ochotę wywalić ją przez okno, które mam dokładnie na wprost... Okej. Koniec teorii spiskowych, zachowajmy je na skrajny moment xD
Dziękuję za obserwacje, zapraszam na Ask'a, Twittera itp itd. Kolejny rozdział spróbuję dodać za tydzień, korzystajmy z ferii! ^^
Pozdrawiam :* <3
Roxanne xD
poniedziałek, 26 stycznia 2015
Liebster Blogger Award numer dwa ^^
Witajcie kochani!
Zostałam nominowana do LBA przez Ola PatolaXD, za co bardzo serdecznie dziękuję :*** <3
Przejdźmy do pytań:
1. Czy to twój pierwszy blog ?
Nie, to już drugi :)
2. Masz drugie imię ,jak tak to jakie ?
Maria.
3. Ile minimum chciałabyś mieć wyświetleń ,gdy zakończysz bloga ?
Hmm, nie wiem. Na pewno będę przeszczęśliwa, jeżeli dojdzie do kilkudziesięciu tysięcy. Nie spodziewam się jednak takiej liczby, jak na "Everything's...", gdzie mamy już 61 tysięcy *.*
4. Ulubiony celebryta / celebrytka ?
One Direction jako kilku celebrytów w pakiecie xD
5. Ulubiony film.
Jest ich kilka... Obecnie "Igrzyska śmierci", "Opowieści z Narnii", "Niezgodna"...
6. Co sądzisz o homoseksualizmie ?
Krótko, zwięźle i na temat: nie jestem za.
7. Masz jakieś lęki/ fobie ?
Strach przed wyśmianiem, fobia punktualności... Potrafię być gdzieś godzinę przed czasem, żeby się przypadkiem nie spóźnić.
8. Jakie imiona najbardziej ci się podobają ?
Z żeńskich to chyba Julia, z męskich Adam.
9. Gdzie chciałabyś mieszkać ?
Tu, gdzie mieszkam, jest mi dobrze ;) czyli Lublin rządzi xD
10. Ulubiony aktor.
Johnny Depp, Leonardo diCaprio, John Travolta.
I tu dochodzimy do punktu spornego: nie mam kogo nominować. Nie chcę pisać w kółko tym samym osobom, że zostały nominowane. Cholera.
Zrobimy tak. Tym razem nie nominuję nikogo, z oczywistych powodów. Jeżeli jeszcze ktokolwiek, kiedykolwiek mnie nominuje, to zobaczymy. Może uzbieram tyle nowych blogów, żeby dać komuś szansę na rozpowszechnienie opowiadania. Na razie, mówię z ręką na sercu, nie przybyło mi nowych opowiadań do biblioteki i nie mam komu napisać, że został przeze mnie nominowany do LBA :P
Z małych ogłoszeń:
1. Rozdział na "Would..." pojawi się na początku następnego tygodnia.
2. Na "Everything's..." pojawiła się notka informacyjna odnośnie drugiej części: "Nothing's gonna be alright..." plus zwiastun nowej części ;)
3. "Nothing's..." oficjalnie rozpocznę pisać 1 kwietnia; wtedy opublikuję wstęp i prolog.
Pzdr. <3
Roxanne xD
Zostałam nominowana do LBA przez Ola PatolaXD, za co bardzo serdecznie dziękuję :*** <3
Przejdźmy do pytań:
1. Czy to twój pierwszy blog ?
Nie, to już drugi :)
2. Masz drugie imię ,jak tak to jakie ?
Maria.
3. Ile minimum chciałabyś mieć wyświetleń ,gdy zakończysz bloga ?
Hmm, nie wiem. Na pewno będę przeszczęśliwa, jeżeli dojdzie do kilkudziesięciu tysięcy. Nie spodziewam się jednak takiej liczby, jak na "Everything's...", gdzie mamy już 61 tysięcy *.*
4. Ulubiony celebryta / celebrytka ?
One Direction jako kilku celebrytów w pakiecie xD
5. Ulubiony film.
Jest ich kilka... Obecnie "Igrzyska śmierci", "Opowieści z Narnii", "Niezgodna"...
6. Co sądzisz o homoseksualizmie ?
Krótko, zwięźle i na temat: nie jestem za.
7. Masz jakieś lęki/ fobie ?
Strach przed wyśmianiem, fobia punktualności... Potrafię być gdzieś godzinę przed czasem, żeby się przypadkiem nie spóźnić.
8. Jakie imiona najbardziej ci się podobają ?
Z żeńskich to chyba Julia, z męskich Adam.
9. Gdzie chciałabyś mieszkać ?
Tu, gdzie mieszkam, jest mi dobrze ;) czyli Lublin rządzi xD
10. Ulubiony aktor.
Johnny Depp, Leonardo diCaprio, John Travolta.
I tu dochodzimy do punktu spornego: nie mam kogo nominować. Nie chcę pisać w kółko tym samym osobom, że zostały nominowane. Cholera.
Zrobimy tak. Tym razem nie nominuję nikogo, z oczywistych powodów. Jeżeli jeszcze ktokolwiek, kiedykolwiek mnie nominuje, to zobaczymy. Może uzbieram tyle nowych blogów, żeby dać komuś szansę na rozpowszechnienie opowiadania. Na razie, mówię z ręką na sercu, nie przybyło mi nowych opowiadań do biblioteki i nie mam komu napisać, że został przeze mnie nominowany do LBA :P
Z małych ogłoszeń:
1. Rozdział na "Would..." pojawi się na początku następnego tygodnia.
2. Na "Everything's..." pojawiła się notka informacyjna odnośnie drugiej części: "Nothing's gonna be alright..." plus zwiastun nowej części ;)
3. "Nothing's..." oficjalnie rozpocznę pisać 1 kwietnia; wtedy opublikuję wstęp i prolog.
Pzdr. <3
Roxanne xD
poniedziałek, 19 stycznia 2015
CHAPTER 18: Mind is running in circles of you and me, anyone in between is the enemy...
-Ja chyba śnię...- usłyszałam zdumiony głos Liama.
-O. My. Fucking. God.- zawtórowała mu Eleanor. "No dooobra, już się odwracam..." Spojrzałam za siebie i aż mnie wmurowało w podłoże, gdy zobaczyłam idących w naszą stronę Jen i Zayna. "Niby się tego spodziewałam... A jednak nie." Szli roześmiani, paplając jedno przez drugie. Kilka kroków przed szkołą (i przed nami) zatrzymali się, Zayn coś powiedział, Jen skinęła głową i za chwilę chłopak zniknął za rogiem, a Jenny podeszła do nas.
-Hej!- rzuciła z szerokim uśmiechem.- Jak po feriach? Szkoda, że już szkoła, co nie?
-Jakoś tego po tobie nie widać...- Danielle trąciła ja łokciem i mrugnęła porozumiewawczo.
-Co?- speszyła się Jen.
-Co jest między tobą a Zaynem?- walnęła z grubej rury Els. Jen przygryzła wargę.
-Na razie... chyba przyjaźń. To znaczy...- plątała się w swojej wypowiedzi.
-Jesteś zakochana.- stwierdziłam.
-To na pewno.- przyznała z ciężkim westchnieniem.
-A on?- dopytywałam się bezlitośnie.
-Zależy mu na mnie. Nie powiedział jeszcze wprost, że mnie kocha.- powiedziała cicho.- Nie chodzimy ze sobą, ale jakby... chodzimy.
-Okej, pogubiłem się.- Liam uniósł bezradnie ręce.- To jesteście razem czy nie?
-Nie zapytał mnie, czy chcę być jego dziewczyną, jeśli o to ci chodzi.
-Ale...?
-Ale... całowaliśmy się.
-Co?!-wykrzyknęliśmy jednocześnie.
-To znaczy chwila, bo o szkolnym balu wiemy.- zmarszczyła brwi Dan.- To chyba z lekka przeterminowany pocałunek.
-Ale mi nie chodzi o bal!- wkurzyła się Jen.
-Nie?!- znowu jednocześnie.
-Serio? Zaraz znowu coś razem wykrzykniecie?- popatrzyła na nas kpiąco.
-Nie!- zaprzeczyliśmy i zaraz ryknęliśmy śmiechem.
-Poddaję się.- pokręciła głową i założyła ręce na piersi.
-Jenny, ale jedno pytanie...- Liam przeczesał palcami włosy.- Czyli co, nie mieliśmy racji? On nie jest taki, jak wszyscy mówią?
-Nie.- zaprotestowała od razu.- Może czasem... Na pewno jest pogubiony i potrzebuje kogoś, kto by go nakierował.
-Nakierował gdzie?- spytałam nieuważnie, bo kątem oka dostrzegłam Harry'ego, który wchodził na szkolne boisko.
-Na lepszą drogę.- odpowiedziała Jen, ale już jej nie słuchałam. Obserwowałam uważnie Harry'ego, który kierował się w stronę drzwi. Czytaj: w naszą stronę.
-Nie, no, nie mogę uwierzyć, że na serio spotykasz się z Zaynem!- pisnęła Eleanor. "Oho, zaraz ploteczka pójdzie w świat..." Styles zatrzymał się raptownie, słysząc słowa Els. Wziął głęboki wdech, zacisnął dłonie w pięści i ruszył z powrotem do drzwi, rozpychając się łokciami w tłumie uczniów i prawie taranując nauczyciela muzyki. Dyskretnie odłączyłam się od grupy i poszłam za nim. Miałam nosa. Zaraz za zakrętem Styles wyciągnął telefon i wykręcił czyjś numer.
-Siema, to ja.- mruknął, odwracając się do ściany.- Spierdalaj, nie mam czasu na głupoty.- warknął do swojego rozmówcy.- Towar rozliczony, po następny przyjeżdżam jutro i dam ci kasę. Najlepiej koło banku. Tam, gdzie zwykle. Będę też miał do ciebie sprawę.- zawiesił głos. Wychyliłam się zza rogu i ze zmarszczonymi brwiami próbowałam usłyszeć głos ze słuchawki.- Wiem, że ci wiszę, ale to sprawa awaryjna. Musisz kogoś załatwić. Dobra, jutro obgadamy. Nara.- schował telefon i poszedł w kierunku klasy matematycznej. Oparłam się plecami o ścianę, odprowadzając go wzrokiem. "Hazz, co ty najlepszego wyprawiasz...?"
-Nie wiecie, gdzie jest Louis?
Pytanie El zawisło w powietrzu. Spojrzeliśmy wszyscy po sobie i pokręciliśmy zgodnie głowami.
-Ty, jako jego dziewczyna, chyba powinnaś najlepiej wiedzieć.- zauważyła Danielle, wbijając widelec z sałatkę.
-No właśnie, to mnie martwi.- wymamrotała.- Ostatnio coś jest nie tak. Znika i nagle się pojawia, nie chce powiedzieć, gdzie był i co robił.
-Może jest duchem?- zażartowała Scarlett.- Wiesz, znikanie, pojawianie się, może jeszcze bilokacja...
-El, nie możesz trzymać go non stop za rączkę.- powiedziałam, wyjmując z torby "Dumę i uprzedzenie". Nie ma to jak szkolne lektury.
-Ale to nie tak!- broniła się Eleanor.- Nigdy taka nie byłam, po prostu się martwię.
-To mu to powiedz.- zasugerowała Scarlett.
-Na przykład teraz.- dodała Dani, wskazując głową chłopaka. Eleanor obróciła się gwałtownie i zaraz do niego podbiegła.
-Nie zauważyłam, żeby Louis się dziwnie zachowywał.- mruknęłam sama do siebie, zagłębiając się w lekturze.
-Nie?- dobiegł mnie jakoś zmieniony głos Danielle.- To spójrz teraz.
Podniosłam głowę i mnie wręcz zamurowało. Louis, zwykle spokojny, wesoły chłopak, teraz się wydzierał na El. Autentycznie wrzeszczał, wymachiwał rękami. Aż dziwne, że nie mogłyśmy rozróżnić słów. El próbowała chyba zaprotestować, jakoś go powstrzymać, ale na próżno. Lou tylko warknął coś pod nosem i odwrócił się do niej plecami. Chciała go zatrzymać, ale gdy złapała go za rękaw, z całej siły ją odepchnął. Straciła równowagę i gdyby nie przypadkowa dziewczyna, upadłaby na podłogę. Louis wypadł ze stołówki, trzaskając głośno drzwiami. Zerwałam się z miejsca i podbiegłam do Eleanor.
-Boże, co mu się stało?- zapytałam, obejmując ją ramieniem. Dziewczyna schowała twarz w dłoniach.
-Nie wiem, nie wiem...- pokręciła głową z rezygnacją. Wróciłyśmy do stolika. Scarlett i Danielle wpatrywały się w nas szeroko otwartymi oczami.
-Co to było?!- Scarlett nie mogła usiedzieć cicho.- To na pewno był Lou?!
-Ja nie mam pojęcia...- wyjąkała El. W kącikach jej oczu pojawiły się łzy.- Podeszłam i powiedziałam, że martwiłam się, bo nie odbierał, a on zaczął na mnie krzyczeć. Że jestem nadopiekuńcza, że nie muszę się bawić w jego matkę, że ma mnie już dość, jestem tylko dla jego przyjemności, nie ma ze mnie pożytku... Boże, dlaczego?- przytuliłam ją mocno, gdy zaczęła płakać. Danielle usiadła z drugiej strony i głaskała ją pocieszająco po plecach. Rozejrzałam się dookoła. Louis zrobił niezłe przedstawienie, niemal każdy wpatrywał się w nasz stolik.
-Hej, hej. Eleanor.- podniosłam jej głowę tak, aby spojrzała na mnie zaszklonymi od łez oczami.- Louis na pewno nie chciał tego zrobić. Może ma problemy, może coś się stało i wszystko go denerwuje...
-Może ma okres, bo tak naprawdę jest kobietą, bądź transwestytą?- podsunęła Scarlett, próbując rozładować napiętą atmosferę.
-Chyba bym to zauważyła wcześniej.- parsknęła El.- Muszę iść do łazienki się ogarnąć.
-Pójść z tobą?
-Nie, dzięki.- posłała Danielle przepraszające spojrzenie.- Chcę chwilę pobyć sama.
Zebrała swoje rzeczy i wyszła z kafeterii.
"Dzieje się coś złego..."
Przesunąłem delikatnie gumką chlebową, żeby nie zetrzeć konturów, ale ostrożnie rozmazać wypełnienie. Zdmuchnąłem resztki gumki i wyciągnąłem ołówek z ust, żeby dodać kolejne kreski. Rysunek był już niemal skończony.
Ceglany murek, na którym siedziała dziewczyna. Spływająca z murku długa spódnica, czarna kurtka zakrywająca ramiona, długie włosy związane w kucyk i opuszczone na jedno ramię. Głowa lekko przechylona, oczy skierowane na leżącą na kolanach książkę. Wszystko w otoczeniu drzew, a na pierwszym planie: ręka przytrzymująca opadające wiotkie gałęzie wierzby.
Tak ją zapamiętałem, gdy pierwszy raz spotkaliśmy się tutaj. Nie mam pojęcia, czemu tak zwróciłem na to uwagę. Uśmiechnąłem się, dorysowując kilka pasm włosów na czole rysowanej postaci. "Tak jest idealnie..." Nagle coś zasłoniło mi oczy.
-Zgadnij, kto to.- odezwał się za mną wesoły głos. "Ale trudna zagadka."
-Hmm... Mama?
-Pudło.- zaśmiała się. "Uwielbiam jej śmiech."- Masz jeszcze dwie możliwości.
-Safaa.
-Wyceluj tak pośrodku, jeśli chodzi o wiek.- prychnęła.
-No dobra... Jenny.
-Już myślałam, że nigdy nie zgadniesz.- zabrała ręce i stanęła na wprost mnie.- Hej.
-Hej.- wyszczerzyłem się jak idiota. "Boże, nie poznaję samego siebie!"- Co tam?
-Wszystko okej. Tylko Louis się dziwnie zachowuje, El aż się popłakała przez niego.- zmarszczyła brwi.
-To znaczy?- sam się dziwiłem, że mnie to interesowało. Okej, od pewnego czasu wszystko, co jest z nią związane mnie interesuje.
-Urządził scenę na środku stołówki, potem ją odepchnął.- westchnęła, siadając na murku i ściągając mocniej pasek kurtki.
-Nie masz czapki?- spytałem, lustrując ją uważnie wzrokiem.
-Ty też nie masz.- wystawiła język. "Jak dorośle."
-Mam!- wyjąłem z plecaka zwiniętą czapkę i bez pytania założyłem jej na głowę.- Chcesz się znowu przeziębić?
-Jakie znowu? Ostatnio chorowałam chyba w listopadzie.
-Wszystko jedno, masz się nie rozchorować.- posłała mi piękny uśmiech.
-Dziękuję, Zayn.- oparła się o moje ramię, ale zaraz podniosła głowę i wpatrywała się zdumiona w mój rysunek. "Cholera, chciałem go schować!"- To... To...
-To ty.- odpowiedziałem niechętnie. Wzięła kartkę do ręki i przyjrzała się jej uważnie.
-Ale przecież... To jak się tu spotkaliśmy?- spytała, nie odwracając wzroku od rysunku.
-Yep.- przytaknąłem.
-Wow...- wyszeptała.- To jest... Zayn, to jest niesamowite! Powinieneś iść do szkoły plastycznej.- oddała mi pracę.- Masz tego więcej?
-Przecież widziałaś, jak byłaś w moim pokoju.- przypomniałem jej.
-Faktycznie.- skinęła głową z uśmiechem.- Jak błagałam cię o korepetycje z matmy.
-A propos' korków... Pokaż zeszyt, Gordon na bank nie odpuścił sobie pracy domowej po świętach.
-Dzięki, musiałeś mi przypomnieć.- skrzywiła się, ale wyciągnęła zeszyt z torby. Zacząłem przeglądać zadania. "Chyba szykuje się kolejna długa lekcja matmy..."- Zayn?
-Tak?- podniosłem na nią oczy. Przygryzała wargę i nerwowo wykręcała sobie palce.- Mała, co jest?
-Serio?- chyba rozładowałem atmosferę tym przezwiskiem.- "Mała"?!
-Na pewno niższa ode mnie.- wzruszyłem ramionami, ale zaraz oberwałem z łokcia w bok.
-Ale nie tak niska, jak... Jak... Jak Scarlett! Scarlett jest mniejsza.
-No, trochę.- przyznałem jej rację.- Przy Harry'm musiała wyglądać jak krasnal.
-Wiesz, że byli razem?- zdziwiła się.
-Jenny, mieszkam tu trochę dłużej niż ty. Okej, zmiana tematu. Chciałaś się o coś zapytać.
-Emm, no tak.- odchrząknęła.- Kim my dla siebie jesteśmy?- wypaliła z grubej rury. Aż mi zeszyt wyleciał z rąk.
-Słucham?!- wytrzeszczyłem na nią oczy.
-No, bo... Spędzamy ze sobą czas, tak?- skinąłem głową potakująco.- I całujemy się?- znowu skinienie.- I nie wstydzisz się ze mną pokazywać?
-Że co?!- ta dziewczyna chce mnie przyprawić o zawał.
-Na początku naszej znajomości się bałeś.- uśmiechnęła się krzywo. Przeczesałem włosy ręką i wstałem z murku. Zrobiłem kilka nerwowych kroków i odwróciłem się do niej.
-Ale teraz się nie boję, okej? Zależy mi na tobie i... Kurwa, nie chcę tego ukrywać.
-Nie przeklinaj.- upomniała mnie.
-Jeśli chcesz, nie będę przeklinał, ubiorę się w garniak i nawet będę chodził z tobą do kościoła, bo nie wiem, co mi zrobiłaś, zaczarowałaś, czy jak. Wiem jedno. Już się ode mnie nie uwolnisz, bo cię kocham, jasne? Jeśli tego nie okazujemy... Spoko. Nie jestem w tym dobry, ale...- odkaszlnąłem, wziąłem jej dłonie w swoje.- Cholera. Nie, sorry, nie przeklinam! Emmm... Jennifer. Wiem, że jestem okropny w okazywaniu uczuć, że nie nadaję się na przyjaciela, masz mnie za idiotę, może z wyjątkiem matmy, że zachowywałem się jak popie... Ekhem, jak kretyn. Ale mimo to, mimo tych wszystkich wad, chcesz być moją dziewczyną?- widziałem, że przez całą moją przemowę z trudem powstrzymywała śmiech. Zarzuciła mi ręce na szyję.
-Dla mnie jesteś idealny.- powiedziała z szerokim śmiechem. "Alleluja!"
-Czyli teraz chłopak i dziewczyna?
-A nie będziesz się wstydził, na przykład, chodzenia za rękę?
-Czyli chłopak i dziewczyna.
_________________________________
Przypomniałam sobie "We Foung Love" Rihanny w wykonaniu Glee i mnie wzięło na romantyzm. Już chciałam wstawiać link, ale sobie przypomniałam, że to nie "Everything's..." :P a raczej teraz "Nothing's gonna be alright...", bo szykuje się wielki comeback pod nowym tytułem ^.^
PRZEPRASZAM za zwalenie tego rozdziału i długą zwłokę z dodaniem. Dziękuję, że mimo to czekaliście i przeczytaliście ten niewypał. Jesteście kochani, stanowicie wspaniały support, który może nieświadomie, ale pomaga mi w ciężkich chwilach, jak na przykład zbliżający się tydzień :)
Szykuje się WWE: Worst Week Ever xD
Dziękuję za obserwacje, komentarze. Przypominam, że "Everything's..." jest w trakcie przenoszenia na Wattpada ;) niektórzy może wolą tam czytać :)
Pozdrawiam wszystkich <3
Roxanne xD
-O. My. Fucking. God.- zawtórowała mu Eleanor. "No dooobra, już się odwracam..." Spojrzałam za siebie i aż mnie wmurowało w podłoże, gdy zobaczyłam idących w naszą stronę Jen i Zayna. "Niby się tego spodziewałam... A jednak nie." Szli roześmiani, paplając jedno przez drugie. Kilka kroków przed szkołą (i przed nami) zatrzymali się, Zayn coś powiedział, Jen skinęła głową i za chwilę chłopak zniknął za rogiem, a Jenny podeszła do nas.
-Hej!- rzuciła z szerokim uśmiechem.- Jak po feriach? Szkoda, że już szkoła, co nie?
-Jakoś tego po tobie nie widać...- Danielle trąciła ja łokciem i mrugnęła porozumiewawczo.
-Co?- speszyła się Jen.
-Co jest między tobą a Zaynem?- walnęła z grubej rury Els. Jen przygryzła wargę.
-Na razie... chyba przyjaźń. To znaczy...- plątała się w swojej wypowiedzi.
-Jesteś zakochana.- stwierdziłam.
-To na pewno.- przyznała z ciężkim westchnieniem.
-A on?- dopytywałam się bezlitośnie.
-Zależy mu na mnie. Nie powiedział jeszcze wprost, że mnie kocha.- powiedziała cicho.- Nie chodzimy ze sobą, ale jakby... chodzimy.
-Okej, pogubiłem się.- Liam uniósł bezradnie ręce.- To jesteście razem czy nie?
-Nie zapytał mnie, czy chcę być jego dziewczyną, jeśli o to ci chodzi.
-Ale...?
-Ale... całowaliśmy się.
-Co?!-wykrzyknęliśmy jednocześnie.
-To znaczy chwila, bo o szkolnym balu wiemy.- zmarszczyła brwi Dan.- To chyba z lekka przeterminowany pocałunek.
-Ale mi nie chodzi o bal!- wkurzyła się Jen.
-Nie?!- znowu jednocześnie.
-Serio? Zaraz znowu coś razem wykrzykniecie?- popatrzyła na nas kpiąco.
-Nie!- zaprzeczyliśmy i zaraz ryknęliśmy śmiechem.
-Poddaję się.- pokręciła głową i założyła ręce na piersi.
-Jenny, ale jedno pytanie...- Liam przeczesał palcami włosy.- Czyli co, nie mieliśmy racji? On nie jest taki, jak wszyscy mówią?
-Nie.- zaprotestowała od razu.- Może czasem... Na pewno jest pogubiony i potrzebuje kogoś, kto by go nakierował.
-Nakierował gdzie?- spytałam nieuważnie, bo kątem oka dostrzegłam Harry'ego, który wchodził na szkolne boisko.
-Na lepszą drogę.- odpowiedziała Jen, ale już jej nie słuchałam. Obserwowałam uważnie Harry'ego, który kierował się w stronę drzwi. Czytaj: w naszą stronę.
-Nie, no, nie mogę uwierzyć, że na serio spotykasz się z Zaynem!- pisnęła Eleanor. "Oho, zaraz ploteczka pójdzie w świat..." Styles zatrzymał się raptownie, słysząc słowa Els. Wziął głęboki wdech, zacisnął dłonie w pięści i ruszył z powrotem do drzwi, rozpychając się łokciami w tłumie uczniów i prawie taranując nauczyciela muzyki. Dyskretnie odłączyłam się od grupy i poszłam za nim. Miałam nosa. Zaraz za zakrętem Styles wyciągnął telefon i wykręcił czyjś numer.
-Siema, to ja.- mruknął, odwracając się do ściany.- Spierdalaj, nie mam czasu na głupoty.- warknął do swojego rozmówcy.- Towar rozliczony, po następny przyjeżdżam jutro i dam ci kasę. Najlepiej koło banku. Tam, gdzie zwykle. Będę też miał do ciebie sprawę.- zawiesił głos. Wychyliłam się zza rogu i ze zmarszczonymi brwiami próbowałam usłyszeć głos ze słuchawki.- Wiem, że ci wiszę, ale to sprawa awaryjna. Musisz kogoś załatwić. Dobra, jutro obgadamy. Nara.- schował telefon i poszedł w kierunku klasy matematycznej. Oparłam się plecami o ścianę, odprowadzając go wzrokiem. "Hazz, co ty najlepszego wyprawiasz...?"
-Nie wiecie, gdzie jest Louis?
Pytanie El zawisło w powietrzu. Spojrzeliśmy wszyscy po sobie i pokręciliśmy zgodnie głowami.
-Ty, jako jego dziewczyna, chyba powinnaś najlepiej wiedzieć.- zauważyła Danielle, wbijając widelec z sałatkę.
-No właśnie, to mnie martwi.- wymamrotała.- Ostatnio coś jest nie tak. Znika i nagle się pojawia, nie chce powiedzieć, gdzie był i co robił.
-Może jest duchem?- zażartowała Scarlett.- Wiesz, znikanie, pojawianie się, może jeszcze bilokacja...
-El, nie możesz trzymać go non stop za rączkę.- powiedziałam, wyjmując z torby "Dumę i uprzedzenie". Nie ma to jak szkolne lektury.
-Ale to nie tak!- broniła się Eleanor.- Nigdy taka nie byłam, po prostu się martwię.
-To mu to powiedz.- zasugerowała Scarlett.
-Na przykład teraz.- dodała Dani, wskazując głową chłopaka. Eleanor obróciła się gwałtownie i zaraz do niego podbiegła.
-Nie zauważyłam, żeby Louis się dziwnie zachowywał.- mruknęłam sama do siebie, zagłębiając się w lekturze.
-Nie?- dobiegł mnie jakoś zmieniony głos Danielle.- To spójrz teraz.
Podniosłam głowę i mnie wręcz zamurowało. Louis, zwykle spokojny, wesoły chłopak, teraz się wydzierał na El. Autentycznie wrzeszczał, wymachiwał rękami. Aż dziwne, że nie mogłyśmy rozróżnić słów. El próbowała chyba zaprotestować, jakoś go powstrzymać, ale na próżno. Lou tylko warknął coś pod nosem i odwrócił się do niej plecami. Chciała go zatrzymać, ale gdy złapała go za rękaw, z całej siły ją odepchnął. Straciła równowagę i gdyby nie przypadkowa dziewczyna, upadłaby na podłogę. Louis wypadł ze stołówki, trzaskając głośno drzwiami. Zerwałam się z miejsca i podbiegłam do Eleanor.
-Boże, co mu się stało?- zapytałam, obejmując ją ramieniem. Dziewczyna schowała twarz w dłoniach.
-Nie wiem, nie wiem...- pokręciła głową z rezygnacją. Wróciłyśmy do stolika. Scarlett i Danielle wpatrywały się w nas szeroko otwartymi oczami.
-Co to było?!- Scarlett nie mogła usiedzieć cicho.- To na pewno był Lou?!
-Ja nie mam pojęcia...- wyjąkała El. W kącikach jej oczu pojawiły się łzy.- Podeszłam i powiedziałam, że martwiłam się, bo nie odbierał, a on zaczął na mnie krzyczeć. Że jestem nadopiekuńcza, że nie muszę się bawić w jego matkę, że ma mnie już dość, jestem tylko dla jego przyjemności, nie ma ze mnie pożytku... Boże, dlaczego?- przytuliłam ją mocno, gdy zaczęła płakać. Danielle usiadła z drugiej strony i głaskała ją pocieszająco po plecach. Rozejrzałam się dookoła. Louis zrobił niezłe przedstawienie, niemal każdy wpatrywał się w nasz stolik.
-Hej, hej. Eleanor.- podniosłam jej głowę tak, aby spojrzała na mnie zaszklonymi od łez oczami.- Louis na pewno nie chciał tego zrobić. Może ma problemy, może coś się stało i wszystko go denerwuje...
-Może ma okres, bo tak naprawdę jest kobietą, bądź transwestytą?- podsunęła Scarlett, próbując rozładować napiętą atmosferę.
-Chyba bym to zauważyła wcześniej.- parsknęła El.- Muszę iść do łazienki się ogarnąć.
-Pójść z tobą?
-Nie, dzięki.- posłała Danielle przepraszające spojrzenie.- Chcę chwilę pobyć sama.
Zebrała swoje rzeczy i wyszła z kafeterii.
"Dzieje się coś złego..."
Przesunąłem delikatnie gumką chlebową, żeby nie zetrzeć konturów, ale ostrożnie rozmazać wypełnienie. Zdmuchnąłem resztki gumki i wyciągnąłem ołówek z ust, żeby dodać kolejne kreski. Rysunek był już niemal skończony.
Ceglany murek, na którym siedziała dziewczyna. Spływająca z murku długa spódnica, czarna kurtka zakrywająca ramiona, długie włosy związane w kucyk i opuszczone na jedno ramię. Głowa lekko przechylona, oczy skierowane na leżącą na kolanach książkę. Wszystko w otoczeniu drzew, a na pierwszym planie: ręka przytrzymująca opadające wiotkie gałęzie wierzby.
Tak ją zapamiętałem, gdy pierwszy raz spotkaliśmy się tutaj. Nie mam pojęcia, czemu tak zwróciłem na to uwagę. Uśmiechnąłem się, dorysowując kilka pasm włosów na czole rysowanej postaci. "Tak jest idealnie..." Nagle coś zasłoniło mi oczy.
-Zgadnij, kto to.- odezwał się za mną wesoły głos. "Ale trudna zagadka."
-Hmm... Mama?
-Pudło.- zaśmiała się. "Uwielbiam jej śmiech."- Masz jeszcze dwie możliwości.
-Safaa.
-Wyceluj tak pośrodku, jeśli chodzi o wiek.- prychnęła.
-No dobra... Jenny.
-Już myślałam, że nigdy nie zgadniesz.- zabrała ręce i stanęła na wprost mnie.- Hej.
-Hej.- wyszczerzyłem się jak idiota. "Boże, nie poznaję samego siebie!"- Co tam?
-Wszystko okej. Tylko Louis się dziwnie zachowuje, El aż się popłakała przez niego.- zmarszczyła brwi.
-To znaczy?- sam się dziwiłem, że mnie to interesowało. Okej, od pewnego czasu wszystko, co jest z nią związane mnie interesuje.
-Urządził scenę na środku stołówki, potem ją odepchnął.- westchnęła, siadając na murku i ściągając mocniej pasek kurtki.
-Nie masz czapki?- spytałem, lustrując ją uważnie wzrokiem.
-Ty też nie masz.- wystawiła język. "Jak dorośle."
-Mam!- wyjąłem z plecaka zwiniętą czapkę i bez pytania założyłem jej na głowę.- Chcesz się znowu przeziębić?
-Jakie znowu? Ostatnio chorowałam chyba w listopadzie.
-Wszystko jedno, masz się nie rozchorować.- posłała mi piękny uśmiech.
-Dziękuję, Zayn.- oparła się o moje ramię, ale zaraz podniosła głowę i wpatrywała się zdumiona w mój rysunek. "Cholera, chciałem go schować!"- To... To...
-To ty.- odpowiedziałem niechętnie. Wzięła kartkę do ręki i przyjrzała się jej uważnie.
-Ale przecież... To jak się tu spotkaliśmy?- spytała, nie odwracając wzroku od rysunku.
-Yep.- przytaknąłem.
-Wow...- wyszeptała.- To jest... Zayn, to jest niesamowite! Powinieneś iść do szkoły plastycznej.- oddała mi pracę.- Masz tego więcej?
-Przecież widziałaś, jak byłaś w moim pokoju.- przypomniałem jej.
-Faktycznie.- skinęła głową z uśmiechem.- Jak błagałam cię o korepetycje z matmy.
-A propos' korków... Pokaż zeszyt, Gordon na bank nie odpuścił sobie pracy domowej po świętach.
-Dzięki, musiałeś mi przypomnieć.- skrzywiła się, ale wyciągnęła zeszyt z torby. Zacząłem przeglądać zadania. "Chyba szykuje się kolejna długa lekcja matmy..."- Zayn?
-Tak?- podniosłem na nią oczy. Przygryzała wargę i nerwowo wykręcała sobie palce.- Mała, co jest?
-Serio?- chyba rozładowałem atmosferę tym przezwiskiem.- "Mała"?!
-Na pewno niższa ode mnie.- wzruszyłem ramionami, ale zaraz oberwałem z łokcia w bok.
-Ale nie tak niska, jak... Jak... Jak Scarlett! Scarlett jest mniejsza.
-No, trochę.- przyznałem jej rację.- Przy Harry'm musiała wyglądać jak krasnal.
-Wiesz, że byli razem?- zdziwiła się.
-Jenny, mieszkam tu trochę dłużej niż ty. Okej, zmiana tematu. Chciałaś się o coś zapytać.
-Emm, no tak.- odchrząknęła.- Kim my dla siebie jesteśmy?- wypaliła z grubej rury. Aż mi zeszyt wyleciał z rąk.
-Słucham?!- wytrzeszczyłem na nią oczy.
-No, bo... Spędzamy ze sobą czas, tak?- skinąłem głową potakująco.- I całujemy się?- znowu skinienie.- I nie wstydzisz się ze mną pokazywać?
-Że co?!- ta dziewczyna chce mnie przyprawić o zawał.
-Na początku naszej znajomości się bałeś.- uśmiechnęła się krzywo. Przeczesałem włosy ręką i wstałem z murku. Zrobiłem kilka nerwowych kroków i odwróciłem się do niej.
-Ale teraz się nie boję, okej? Zależy mi na tobie i... Kurwa, nie chcę tego ukrywać.
-Nie przeklinaj.- upomniała mnie.
-Jeśli chcesz, nie będę przeklinał, ubiorę się w garniak i nawet będę chodził z tobą do kościoła, bo nie wiem, co mi zrobiłaś, zaczarowałaś, czy jak. Wiem jedno. Już się ode mnie nie uwolnisz, bo cię kocham, jasne? Jeśli tego nie okazujemy... Spoko. Nie jestem w tym dobry, ale...- odkaszlnąłem, wziąłem jej dłonie w swoje.- Cholera. Nie, sorry, nie przeklinam! Emmm... Jennifer. Wiem, że jestem okropny w okazywaniu uczuć, że nie nadaję się na przyjaciela, masz mnie za idiotę, może z wyjątkiem matmy, że zachowywałem się jak popie... Ekhem, jak kretyn. Ale mimo to, mimo tych wszystkich wad, chcesz być moją dziewczyną?- widziałem, że przez całą moją przemowę z trudem powstrzymywała śmiech. Zarzuciła mi ręce na szyję.
-Dla mnie jesteś idealny.- powiedziała z szerokim śmiechem. "Alleluja!"
-Czyli teraz chłopak i dziewczyna?
-A nie będziesz się wstydził, na przykład, chodzenia za rękę?
-Czyli chłopak i dziewczyna.
_________________________________
Przypomniałam sobie "We Foung Love" Rihanny w wykonaniu Glee i mnie wzięło na romantyzm. Już chciałam wstawiać link, ale sobie przypomniałam, że to nie "Everything's..." :P a raczej teraz "Nothing's gonna be alright...", bo szykuje się wielki comeback pod nowym tytułem ^.^
PRZEPRASZAM za zwalenie tego rozdziału i długą zwłokę z dodaniem. Dziękuję, że mimo to czekaliście i przeczytaliście ten niewypał. Jesteście kochani, stanowicie wspaniały support, który może nieświadomie, ale pomaga mi w ciężkich chwilach, jak na przykład zbliżający się tydzień :)
Szykuje się WWE: Worst Week Ever xD
Dziękuję za obserwacje, komentarze. Przypominam, że "Everything's..." jest w trakcie przenoszenia na Wattpada ;) niektórzy może wolą tam czytać :)
Pozdrawiam wszystkich <3
Roxanne xD
wtorek, 30 grudnia 2014
Liebster Blogger Award po raz pierwszy i po raz drugi...
Misiaczki, dostałam dwie nominacje w tym samym czasie, więc postanowiłam, że odpowiem na nie w jednym poście i nominuję przepisową jedenastkę blogów, bo dwudziestu dwóch to nawet nie znajdę :P
Dziękuję serdecznie Hope i Nobody za nominacje :*** <3
Na początek pytania od Nobody:
1.Ile masz lat?
18 :)
2.Wierzysz w prawdziwą miłość?
Zdecydowanie tak ^^
3.Ile już piszesz?
Piszę od lutego 2014 roku, więc już dziesięć miesięcy z hakiem :P
4.Lubisz czytać książki,jeżeli tak to jaka jest twoja ulubiona/ulubiony autor/autorka?
Uwielbiam czytać książki! A ulubiony autor to na chwilę obecną chyba Harlan Coben, ewentualnie Tess Gerritsen i Suzanne Collins.
5.Ulubiony film?
"Opowieści z Narnii", "Listy do Julii" ;)
6.Ulubione zwierze?
Kot :D konkretnie tygrys xD
7.Twoje hobby?
Pisanie, czytanie książek, oglądanie filmów, słuchanie muzyki...
8.Kim chciałabyś zostać w przyszłości?
Lekarzem, na co się przygotowuję na studiach, ale ostatnio coraz częściej myślę o napisaniu własnej książki, więc pisarka ;D
9.Ulubiona piosenka?
Jest ich duuużo... "Act My Age", "Girl Almighty", "Where Do Broken Hearts Go", "Strong", "C'mon C'mon" One Direction, "Raise Your Glass" Pink, "Really Don't Care" Demi Lovato, "Superheroes" i "Hall Of Fame" The Script... Ciężko się zdecydować :P
10.Kto jest twoim idolem?
One Direction ^^
11.Co skłoniło cię do założenia bloga?
Zamiłowanie do pisania, chęć stworzenia własnej historii... Sprawdzenie, czy nadaję się do pisania <3
A teraz pytania od Hope:
1. Jedna z Twoich ulubionych książek.
"Igrzyska śmierci" Suzanne Collins ^^ właśnie czytam :D
2. Jaki jest Twój ulubiony zespół/wykonawca?
One Direction
3. Jaka była Twoja największa wpadka na imprezie?
Emm... Wstając od stołu na urodzinach przyjaciółki, potrąciłam torebkę innej dziewczyny. Spadła na podłogę, wypadł z niej puder czy cień do powiek, opakowanie się połamało, tak samo zawartość. Oczywiście na oczach wszystkich imprezowiczów musiałam to pozbierać. Gorszej rzeczy nie pamiętam :P
4. Jaki jest Twój ulubiony dzień tygodnia?
Sobota xD powrót do domciu po tygodniu studiowania, zero zajęć, zaliczeń, wolność...
5. Co zabrałabyś na bezludną wyspę?
Telefon z nieograniczonym zasięgiem do neta, najlepszą przyjaciółkę, coś do rozpalania ognia... Starczy :D
6. Lakier do paznokci czy lakier do włosów?
Lakier do paznokci.
7. Czy skorzystałabyś z porady wróżki?
Nie, nie wierzę w to.
8. Leżakowanie na słońcu czy spacer w deszczu?
Słoneczko... ^^
9. Wolisz obejrzeć film czy przeczytać książkę?
A można i to, i to? xD nie no, dobra, wybieram książkę :D
10. Czy wierzysz w miłość od pierwszego wejrzenia?
Tak.
11. Co robisz, gdy w życiu znów Ci coś nie wyszło?
Staram się nie poddawać, tylko iść dalej naprzód, bez względu na to, co mnie spotkało.
Moje pytania do nominowanych:
1. Jakie jest twoje życiowe motto?
2. Otrzymałeś milion dolarów. Jak je wykorzystasz?
3. Ulubiony dzień w roku?
4. Ulubiona potrawa?
5. Kawa czy herbata?
6. Ile czasu spędzasz dziennie przed komputerem?
7. Ulubiony sport?
8. Możesz przez pięć minut porozmawiać z dowolnie wybraną osobą na świecie. Kto to będzie?
9. Twój sposób na osiągnięcie celu?
10. Biblioteka czy księgarnia?
11. Miejsce na ziemi, które chcesz odwiedzić?
Nominowane blogi:
1. http://isabellaandlouis.blogspot.com/
2. http://followyourheart-ff.blogspot.com/
3. http://everything-has-its-price.blogspot.com/?zx=86b5a4facd1c5200
4. http://i-lost-my-direction.blogspot.com/
5. http://offthecoast-ff.blogspot.com/
6. http://anonfanfictions.blogspot.com/
7. http://the-policeman.blogspot.com/
8. http://violent-niall.blogspot.com/
9. http://motel6-niallhoranfanfiction.blogspot.com/
10. http://my-story-of-one-direction-saga.blogspot.com/
11. http://nie-kryminalni.blogspot.com/
Jeszcze raz dziękuję za nominację :***
Od razu pragnę oficjalne oznajmić, że
POWSTANIE DRUGA CZĘŚĆ OPOWIADANIA "EVERYTHING'S GONNA BE ALRIGHT..."!!! OKAZUJE SIĘ, ŻE MAM MASĘ POMYSŁÓW I TAK SAMO, JAK WY, NIE MOGĘ SIĘ ROZSTAĆ Z BOHATERAMI :)
Pzdr. <3
Roxanne xD
Dziękuję serdecznie Hope i Nobody za nominacje :*** <3
Na początek pytania od Nobody:
1.Ile masz lat?
18 :)
2.Wierzysz w prawdziwą miłość?
Zdecydowanie tak ^^
3.Ile już piszesz?
Piszę od lutego 2014 roku, więc już dziesięć miesięcy z hakiem :P
4.Lubisz czytać książki,jeżeli tak to jaka jest twoja ulubiona/ulubiony autor/autorka?
Uwielbiam czytać książki! A ulubiony autor to na chwilę obecną chyba Harlan Coben, ewentualnie Tess Gerritsen i Suzanne Collins.
5.Ulubiony film?
"Opowieści z Narnii", "Listy do Julii" ;)
6.Ulubione zwierze?
Kot :D konkretnie tygrys xD
7.Twoje hobby?
Pisanie, czytanie książek, oglądanie filmów, słuchanie muzyki...
8.Kim chciałabyś zostać w przyszłości?
Lekarzem, na co się przygotowuję na studiach, ale ostatnio coraz częściej myślę o napisaniu własnej książki, więc pisarka ;D
9.Ulubiona piosenka?
Jest ich duuużo... "Act My Age", "Girl Almighty", "Where Do Broken Hearts Go", "Strong", "C'mon C'mon" One Direction, "Raise Your Glass" Pink, "Really Don't Care" Demi Lovato, "Superheroes" i "Hall Of Fame" The Script... Ciężko się zdecydować :P
10.Kto jest twoim idolem?
One Direction ^^
11.Co skłoniło cię do założenia bloga?
Zamiłowanie do pisania, chęć stworzenia własnej historii... Sprawdzenie, czy nadaję się do pisania <3
A teraz pytania od Hope:
1. Jedna z Twoich ulubionych książek.
"Igrzyska śmierci" Suzanne Collins ^^ właśnie czytam :D
2. Jaki jest Twój ulubiony zespół/wykonawca?
One Direction
3. Jaka była Twoja największa wpadka na imprezie?
Emm... Wstając od stołu na urodzinach przyjaciółki, potrąciłam torebkę innej dziewczyny. Spadła na podłogę, wypadł z niej puder czy cień do powiek, opakowanie się połamało, tak samo zawartość. Oczywiście na oczach wszystkich imprezowiczów musiałam to pozbierać. Gorszej rzeczy nie pamiętam :P
4. Jaki jest Twój ulubiony dzień tygodnia?
Sobota xD powrót do domciu po tygodniu studiowania, zero zajęć, zaliczeń, wolność...
5. Co zabrałabyś na bezludną wyspę?
Telefon z nieograniczonym zasięgiem do neta, najlepszą przyjaciółkę, coś do rozpalania ognia... Starczy :D
6. Lakier do paznokci czy lakier do włosów?
Lakier do paznokci.
7. Czy skorzystałabyś z porady wróżki?
Nie, nie wierzę w to.
8. Leżakowanie na słońcu czy spacer w deszczu?
Słoneczko... ^^
9. Wolisz obejrzeć film czy przeczytać książkę?
A można i to, i to? xD nie no, dobra, wybieram książkę :D
10. Czy wierzysz w miłość od pierwszego wejrzenia?
Tak.
11. Co robisz, gdy w życiu znów Ci coś nie wyszło?
Staram się nie poddawać, tylko iść dalej naprzód, bez względu na to, co mnie spotkało.
Moje pytania do nominowanych:
1. Jakie jest twoje życiowe motto?
2. Otrzymałeś milion dolarów. Jak je wykorzystasz?
3. Ulubiony dzień w roku?
4. Ulubiona potrawa?
5. Kawa czy herbata?
6. Ile czasu spędzasz dziennie przed komputerem?
7. Ulubiony sport?
8. Możesz przez pięć minut porozmawiać z dowolnie wybraną osobą na świecie. Kto to będzie?
9. Twój sposób na osiągnięcie celu?
10. Biblioteka czy księgarnia?
11. Miejsce na ziemi, które chcesz odwiedzić?
Nominowane blogi:
1. http://isabellaandlouis.blogspot.com/
2. http://followyourheart-ff.blogspot.com/
3. http://everything-has-its-price.blogspot.com/?zx=86b5a4facd1c5200
4. http://i-lost-my-direction.blogspot.com/
5. http://offthecoast-ff.blogspot.com/
6. http://anonfanfictions.blogspot.com/
7. http://the-policeman.blogspot.com/
8. http://violent-niall.blogspot.com/
9. http://motel6-niallhoranfanfiction.blogspot.com/
10. http://my-story-of-one-direction-saga.blogspot.com/
11. http://nie-kryminalni.blogspot.com/
Jeszcze raz dziękuję za nominację :***
Od razu pragnę oficjalne oznajmić, że
POWSTANIE DRUGA CZĘŚĆ OPOWIADANIA "EVERYTHING'S GONNA BE ALRIGHT..."!!! OKAZUJE SIĘ, ŻE MAM MASĘ POMYSŁÓW I TAK SAMO, JAK WY, NIE MOGĘ SIĘ ROZSTAĆ Z BOHATERAMI :)
Pzdr. <3
Roxanne xD
CHAPTER 17: The way you lie when you look at me, so keep trying but you know I see all the little things that make you who you are...
-Nigdy nie sądziłam, że coś takiego się wydarzy. Wy to zaplanowaliście?- postawiłam z lekkim stukiem biały znicz na marmurowej płycie grobu rodziców.- Jeśli to wy suszyliście Panu Bogu głowę, żeby tak nam ułożył ścieżki, to bardzo wam za to dziękuję.- wyszczerzyłam się jak nienormalna w stronę zachmurzonego nieba.
Pojutrze będzie Wigilia. Z jednej strony bardzo się cieszę. Uwielbiam święta, Boże Narodzenie to taki magiczny okres, kiedy wszystko układa się jak trzeba, kiedy ludzie są razem i mogą spędzić spokojny, radosny czas w gronie najbliższych. "Ten rok jednak będzie inny..." Rodzice. Tak bardzo za nimi tęsknię. Minęło już pół roku od ich tragicznej śmierci, ale tak mocno odczuwałam ich brak chyba tuż po pogrzebie, gdy wróciłam z Jimem do pustego domu i ich tam nie było. No i teraz.
-Wiecie...- usiadłam na ławce przed grobem.- Nigdy nawet nie próbowałam sobie wyobrazić, jak będą wyglądały święta bez was. Kiedy myślałam, jak to będzie, gdy założę rodzinę, może zamieszkam w innym mieście... Zawsze byliście w tej wizji, tuż obok mnie, wspieraliście mnie, pomagaliście... A teraz was nie ma. Nie rozumiem, jak potrafię dalej sobie radzić, skoro was nie ma.- w kącikach oczu zaczęły mi się zbierać łzy.- Czy ja jestem ignorantką?- zapytałam głośniej.- Czy nie za szybko się otrząsnęłam? Na pewno za szybko, kto normalny idzie na imprezę w pół roku po śmierci rodziców, kto umawia się z chłopakiem, wygłupia z przyjaciółmi, nie nosi żałoby! Jestem egoistką.- wyszeptałam, pozwalając łzom spłynąć w dół twarzy.- Cały czas myślałam, że wy wolelibyście widzieć mnie roześmianą i szczęśliwą, ale... Chyba w ogóle nie widać było po mnie żalu. Przepraszam...
-Jenny, ja sobie tak stoję i słucham tych twoich bredni i się zastanawiam, czy cię do reszty pogrzało, czy jest jeszcze co ratować...- zza moich pleców dobiegł mnie głos mojego brata.
-Zawsze musisz się pojawiać w nieoczekiwanych momentach?
-Taka moja natura.- podszedł do mnie.- Cześć, staruszkowie. Co słychać?- objął mnie ramieniem i przytulił do swojego boku.- Weźcie mi powiedzcie, co ja mam z nią zrobić, bo mnie już brakuje pomysłów.
-Jim... Ja po prostu...
-Masz wyrzuty sumienia.- dokończył za mnie.- Zupełnie nie wiem, z jakiego powodu. Masz prawo być szczęśliwa, bez względu na to, co się stało. Mama i tata nie chcieliby, żebyś się ciągle zamartwiała, prawda?
-Zawsze chcieli, żebym się uśmiechała...- pociągnęłam nosem.
-No właśnie, a tu co? Smarkasz, płaczesz, łkasz, zamiast się przygotować na jutro na Wigilię, na którą wiem, że zaprosiłaś Zayna.
-Zrobiło mi się go szkoda, bo on nie obchodzi... Zaraz, skąd wiesz?!- ocknęłam się i spojrzałam na Jamesa. "Jasnowidz czy jak?"- Założyłeś w domu podsłuch?
-Chyba mnie przeceniasz.- prychnął.- Po prostu Zayn jest inteligentnym chłopakiem i wczoraj zadzwonił do mnie, żeby się spytać, czy nie mam nic przeciwko w związku z jego wyznaniem. Ja nie jestem bardzo konserwatywny, więc z przyjemnością będę gościł muzułmanina na katolickiej kolacji wigilijnej, licząc na to, że cudem się nawróci i przestanie planować zamachy terrorystyczne.
-Nie powiedziałeś tego!- aż podniosłam głos. "Nie zrobił tego. Nie nazwał Zayna terrorystą... prawda?"
-Nie powiedziałem.- przyznał.- Ale nie ukrywam, że domyślam się, że... Hmm, powiedzmy... Że Zayn ma jakiś problem... natury prawnej.
-Podobno jest dealerem narkotyków i odpowiada za kilka pobić.- wyznałam niechętnie.
-Trzeba oddzielić ziarno od plew. Co tu jest plotką, a co prawdą?
-Nie wiem.- wzruszyłam ramionami.- Nie mam pojęcia, nigdy nie przyłapałam go z narkotykami, ani nie widziałam, żeby kogoś... Zaraz. W szkole bił się z jakimś futbolistą. Przeszkodziłam im.
-Co?- Jim spojrzał na mnie zdumiony.- Wskoczyłaś między bad boya a futbolistę i posłałaś ich do kąta?!
-Niezupełnie... Po prostu im przerwałam bójkę. Poza tym, wtedy Scarlett skręciła kostkę, bo jeden z nich ją popchnął.
-Aha.- Jim zamyślił się, patrząc w niebo.- Czyli wynika z tego, że znasz, jakby to powiedzieć... Brutalną stronę osobowości Zayna. I nie odstrasza cię to?
-On nie jest taki przez cały czas!- zaprotestowałam.- Potrafi być troskliwy, czuły... Kiedy pomógł mi z tym skaleczeniem u Macy albo kiedy widział, jak płakałam w... W takim miejscu, które odkryłam za szkołą.
-Okej, nie wnikam. A kiedy płakałaś?- zainteresował go fragmencik mojej historii.
-Po tych plakatach...- nie lubiłam tego wspominać.- A Zayn zaraz się wkurzył, bo te plakaty oczerniały też jego... Jakoś nie miał ochoty być łączonym ze mną.
-A teraz?- poczułam na sobie bystry wzrok brata. Krzywo się uśmiechnęłam.
-Teraz chyba mu to nie przeszkadza.- wzruszyłam ramionami.- Wygląda, jakby nawet lubił ze mną przebywać.
-A ty? Lubisz z nim przebywać?
-Już ci mówiłam, Jim.- spojrzałam mu prosto w oczy.- Ja go kocham i to nie jest głupie zauroczenie.
-To masz odpowiedź na to wszystko.- zatoczył szeroki łuk ręką. "O czym on teraz gada?"
-Co?- zmarszczyłam brwi zdezorientowana.- Jaką odpowiedź?
-Jeżeli to naprawdę miłość, to masz prawo być szczęśliwa. Rodzice nigdy nie pozwoliliby, żebyś dla nich odsuwała się od tego, co cię uskrzydla, aniołku.
Harry Pieprzony Styles nie ruszył się z domu.
Sterczałam pod jego willą jak jakaś idiotka, a wszystko po to, żeby wyszpiegować, z kim się spotyka i po co. A przede wszystkim, czy chce zaszkodzić Jen. Nawet choinki nie kupiłam, ale przysięgłam mamie, że własnoręcznie i bez wymówek ją ubiorę. "Jeżeli tylko on raczy wyjść z domu przed południem..." pomyślałam, wciskając ręce do kieszeni. Nagle przyszło mi coś niepokojącego do głowy. "A jeśli on wyszedł wcześniej, zanim tu przybiegłam? Albo nie wrócił na noc?! Cały mój plan nie wypali na starcie!"
Nie zdążyłam wymyślić, co zrobić w.takiej skrajnej sytuacji, gdy zauważyłam jakiś ruch przy drzwiach wejściowych domu Stylesów. Przysunęłam się bliżej lodowatego pnia jakiejś topoli rosnącej przy chodniku i wytężyłam wzrok. "Jest..." Czułam się jak jakiś myśliwy polujący na zwierzynę. Harry przeszedł przez podjazd i stanął przy krawężniku. Zdrętwiałam. Przejdzie przez ulicę! Wejdzie prosto na mnie!!! Ekspresem dałam nurka w krzaki przy czyimś żywopłocie. "Rany, ale kłują..." skrzywiłam się, ale nie mogłam się bardzo ruszać, bo Styles rozejrzał się po jezdni i przebiegł przez ulicę w totalnie niedozwolonym miejscu. "Uuu... Mandacik się należy." Minął mnie i ruszył w stronę centrum miasta. W stronę szkoły, kościoła i domu Jen. Trzeba pójść za nim. Zrobiłam krok, ale zamiast bezszelestnego ruchu superszpiega wykonałam porządne, głośne plaśnięcie prosto w błoto. Super. Nie dość, że będą brudne buty, to jeszcze on mnie usłyszał! A nie, jednak nie. Harry szedł przed siebie, z rękami wciśniętymi do kieszeni. Nagle zatrzymał się, wyciągnął telefon i zaczął coś na nim wystukiwać. Ostrożnie zrobiłam kolejny krok, by być bliżej niego i nie wypaść z krzaków. Na dźwięk szelestu gałęzi i kolejnego plaśnięcia błota uniósł głowę i czujnie rozejrzał się wokół. Zamarłam i zacisnęłam z całej siły powieki. "Jestem niewidzialna, jestem niewidzialna, jestem niewidzialna!"
Kroki. Usłyszałam oddalające się kroki. Ostrożnie otworzyłam oczy. Skręcił za róg! "Nie zauważył mnie! Dzięki Bogu!" Poczekałam, aż zniknął całkiem za zakrętem i wyskoczyłam z krzaków, płosząc jakiegoś bezpańskiego kundla. Otrzepałam się z jakichś dziwnych pyłków i resztek kory z gałęzi i szybkim krokiem ruszyłam za Stylesem. Wyjrzałam zza rogu budynku. Jest... Idzie dalej, lekko przygarbiony, z rękami w kieszeniach, tak jak poprzednio. Wiatr potargał mu i tak roztrzepane włosy. Poprawiłam torbę na ramieniu i poszłam za nim, starając się utrzymywać minimum sto metrów odstępu. Jakby co, to idę do centrum na zakupy świąteczne. Nagle Harry stanął jak wryty, a ja automatycznie zanurkowałam za kolejne drzewo. "Co go tak wbiło w ziemię?" Rozejrzałam się i od razu znalazłam odpowiedź. Staliśmy przed domem Zayna. Malik właśnie wychodził. Spod rozpiętej kurtki wystawał sweter i kołnierzyk białej koszuli. "Cholera, to on ma takie ciuchy?! A gdzie postrzępione jeansy i skórzana kurtka?! I najważniejsze: gdzie on się wybiera popołudniu, w przeddzień Bożego Narodzenia???" Harry chyba też się nad tym zastanawiał, bo zrobił dokładnie to samo, co ja minutę wcześniej: schował się za drzewem. No bez jaj. Ja będę śledziła Harry'ego, który będzie śledził Zayna, który idzie... No właśnie. To też jest ciekawe. Gdzie to on poszedł...
Szczerze mówiąc, to zaczęła mnie bawić ta sytuacja. Ciąg skradających się za sobą osób. Szkoda, że nikt nie idzie za mną... Obejrzałam się kontrolnie za siebie. Nie, nikogo nie ma. Wszyscy siedzą w domu, w końcu komu by się chciało wychodzić na taką ciapę. Zimno, mokro, oprócz błota zaczęło jeszcze siąpić obrzydliwym, lodowatym kapuśniaczkiem. Brrr. Nagle zatrzymałam się raptownie, bo Harry zanurkował za kolejne drzewo. Zayn przeszedł przez ulicę i skierował się prosto do domu... Jennifer?! Aż przetarłam oczy ze zdumienia. Tak, bez wątpienia to była plebania, zaraz za nią widać było wieżę kościoła i światełka na choince przed wejściem do świątyni. W oknie domu mogłam bez trudu zauważyć sylwetkę Jima i jeszcze jakieś postacie. No tak... Przecież oni mają dziś Wigilię... Czy coś w tym guście. Nie wiem, jeszcze nie przeszłam na katolicyzm. Ale Zayn?! Przecież on jest muzułmaninem, do jasnej ciasnej!
Stanął przed drzwiami i widać było, że się waha. W końcu zebrał się w sobie i zadzwonił do drzwi. Za chwilę Jim otworzył drzwi i powitał go z szerokim uśmiechem. Poklepał go po ramieniu i zaprosił do środka. "To oni się przyjaźnią?!" Czułam się porządnie niedoinformowana. Przeniosłam spojrzenie na Harry'ego. Może i zapadł już zmrok, a latarnie dawały bardzo nikłe światło, ale nawet w tym kiepskim oświetleniu widziałam, jak przeklina pod nosem i zaciska pięści. Zbyt często widziałam go takiego, zwłaszcza przed naszym zerwaniem. Był wściekły, ale chciałam się jeszcze upewnić. Wyjęłam telefon i skierowałam się prosto na niego, udając zapatrzoną w ekran. Zrobiłam kilka kroków i z impetem na niego wpadłam. Zachwiał się, ale udało mu się utrzymać równowagę. Przytrzymał mnie za łokieć.
-Sorry, sorry! Nie zauważyłam cię!- mistrzowsko odegrałam swoją rolę. Wbił we mnie gniewne spojrzenie. "Miałam rację. Jest strasznie wściekły."
-Wielka szkoda, Scarlett.- warknął.- Co, nie możesz się powstrzymać przed wpadaniem na mnie?
-Spokojnie.- wyszarpnęłam rękaw z jego uścisku.- Zagapiłam się na telefon. Zresztą, czemu ja ci się tłumaczę?
-Może po prostu nie możesz się pogodzić z tym, że cię zostawiłem.- zmrużyłam oczy. To był błąd, że na niego wleciałam. Teraz byłam chyba bardziej zdenerwowana niż on.
-Nie pochlebiaj sobie.- wycedziłam.- Zerwałeś ze mną, bo chciałam ci pomóc wyjść z tych dragów, ale ty wolałeś się wciągać jeszcze bardziej. I wiesz co?- stuknęłam go palcem w klatkę piersiową.- Cieszę się. Cieszę się, bo mogłabym utonąć razem z tobą. A teraz... Nie zależy mi. Kompletnie mi nie zależy.- odsunęłam się od niego i spojrzałam z triumfem.- Wesołych świąt, Styles.- wyminęłam go i ruszyłam w dół ulicy. Na rogu schowałam się za budynkiem i zerknęłam, co zrobi. Stał samotnie na chodniku i nerwowo przeczesywał włosy palcami. Rzucił jeszcze okiem na rozświetlony dom Jenny i zawrócił. Odetchnęłam z ulgą i skierowałam się w stronę domu. Przez tego cholernego chłopaka musiałam wracać okrężną drogą. Ale przynajmniej mogłam spokojnie porozmyślać.
Punkt pierwszy. Harry'emu nie podobało się, że Zayn poszedł do Jenny. I to bardzo. Był zły jak osa albo jeszcze gorzej. Czy on kocha się w Jennifer, czy może jej nienawidzi i nie chce, żeby była szczęśliwa? Teraz byłam prawie pewna, że to on stoi za tymi wszystkimi akcjami ośmieszającymi dziewczynę.
Punkt drugi. Malik jest mile widziany w domu Jen. Albo go resocjalizują, albo on i Jennifer są razem. W sumie to było do przewidzenia, ale muszę to koniecznie z Jen obgadać. Jutro do niej zadzwonię.
Punkt trzeci. Skłamałam. Skłamałam Harry'emu o tym, co do niego czuję i to chyba wytrąciło go z równowagi. I mnie trochę też.
"A może by tak wrócić do domu?"
Stałem pod drzwiami Jennifer i wahałem się: zapukać czy odejść? Normalnie, dylemat jak u Hamleta, którego ostatnio przerabialiśmy na zajęciach teatralnych Hollinsa. Uniosłem rękę i w końcu nacisnąłem przycisk dzwonka. Raz kozie śmierć. Drzwi się otworzyły.
-Zayn, witaj!- James szeroko się uśmiechnął na mój widok.- Fajnie, że mogłeś przyjść.- praktycznie wciągnął mnie do środka.- Ściągaj kurtkę i chodź do salonu. Albo do kuchni. Jenny kończy przygotowywać kolację.
Skinąłem głową i skierowałem się do kuchni. Stanąłem w progu i przyglądałem się w milczeniu, jak dziewczyna kręci się po pomieszczeniu, przekłada na półmisek jakąś rybę i miesza sałatkę. Odchrząknąłem cicho.
-Cześć... Przyszedłem.- oznajmiłem i zaraz miałem ochotę dać sobie w twarz. "Aleś odkrywczy, Malik! Bo bez tego nie zauważyłaby, że tu jesteś!"
-Hej!- uśmiechnęła się do mnie. W zasadzie była uśmiechnięta od chwili, gdy zacząłem ją obserwować. Lubiłem ją taką. "A jakiej ty jej NIE lubiłeś, hę?"- Cieszę się, że przyszedłeś, mimo że nie obchodzisz świąt.
-W zasadzie to... Mama urządza coś takiego dla moich sióstr. Ale bardziej jak w Anglii, w sensie wiesz... Obiad jutro.
-Wiem. Mógłbyś to wziąć?- wskazała na jakąś tacę.- Reszta jest już na stole. Chodź.- zabrała salaterkę i pokierowała mnie do salonu. Przy stole stał Jim, a obok niego mężczyzna, kobieta i mała dziewczynka.
-O, jesteście. To chyba możemy zaczynać.- James przesunął szklankę i talerz, żeby zrobić miejsce na rybę i sałatkę.- Zayn, to są państwo Marshall. Winston, Agnes i Katie. Winston jest organistą w kościele. Moi drodzy, to Zayn Malik, przyjaciel Jennifer i jej korepetytor z matematyki.
-Witam.- Winston uścisnął mi rękę.- Nie widziałem chyba pana w kościele.
-Ehmm... Nie jestem katolikiem.- speszyłem się. "Cholera, uspokój się! Denerwujesz się, jakby mieli cię pożreć żywcem!" Ku mojemu zaskoczeniu Agnes uśmiechnęła się na moje słowa.
-Tym lepiej, że przyszedł pan tutaj, na kolację wigilijną. Może przekona się pan, że warto uwierzyć.
-Proszę mi mówić po imieniu.- zaproponowałem z ulgą. Już myślałem, że mnie publicznie zlinczują. Jim zajął miejsce przy swoim krześle i wziął do ręki grubą księgę.
-Kochani, zaczynamy.- otworzył książkę w miejscu oznaczonym zakładką.- Jak zawsze najpierw pomodlimy się, dziękując Bogu za te święta, za miniony rok, za wszystkie łaski, które od Niego otrzymaliśmy. Swoją modlitwą obejmujemy też zmarłych z naszych rodzin... Mamo, tato...- głos mu się lekko załamał.- Wierzę, że tu jesteście i tak jak kiedyś modlicie się z nami. Mam nadzieję, że jesteście teraz w niebie.- poczułem, jak Jennifer ściska mnie za rękę. Spojrzałem na nią, ale ona wpatrzona była w zdjęcie swojej rodziny. Odwzajemniłem uścisk, a ona uśmiechnęła się do mnie przez łzy i znów spojrzała na zdjęcie. "Nie wiem, czy mogę... Ale proszę, kimkolwiek jesteś... Wybacz mi. Nigdy nie chciałem nikogo zabić, a już na pewno nie tamtych ludzi..." pomyślałem na wspomnienie tamtego czerwcowego wieczoru.- Módlmy się także w intencji waszej. Rodziny Marshallów, rodziny Zayna i wszystkich, którzy teraz zasiadają do wieczerzy wigilijnej na pamiątkę Narodzenia Pańskiego. Ojcze Nasz, któryś jest w niebie...- wszyscy zaczęli powtarzać słowa księdza. Tylko ja milczałem. Skąd mogłem znać słowa tej modlitwy...
-Z Ewangelii według świętego Łukasza...- Jim zaczął czytać z księgi. Wsłuchałem się uważnie w te słowa. Jak to możliwe, że nigdy wcześniej nie słuchałem uważnie historii, którą żyją miliony ludzi na świecie? Prawdopodobnie mnie to w ogóle nie obchodziło, ale dzisiaj było inaczej. Starałem się zapamiętać jak najwięcej.
-Amen. Teraz podzielmy się opłatkiem i złóżmy sobie życzenia.- idąc za przykładem innych, wziąłem z talerzyka kawałek białego cieniutkiego jak kartka wafelka.
-Zayn.- odwróciłem się w stronę Jen.- To taki zwyczaj. Składasz życzenia innej osobie i odłamujesz kawałek opłatka od niej i zjadasz go. Ona robi to samo. Więc... Chciałabym ci życzyć wesołych świąt, żeby przyszły rok był dla ciebie jak najlepszy i... żebyś był bardziej otwarty na innych. Niezależnie od tego, jakie nosisz w sobie ciemne sekrety... Daj ludziom poznać takiego Zayna, jakiego ja poznałam. I uśmiechaj się częściej!- żartobliwie trąciła mnie w ramię. Nie mogłem się nie roześmiać. Ułamała kawałeczek mojego opłatka.
-Tak, no cóż...- chrząknąłem, próbując zebrać myśli. "Nie umiem składać życzeń!" pomyślałem spanikowany.- Nie wiem, czego mogę ci życzyć. Nigdy chyba tego nie robiłem.
-Spróbuj.
-Okej...- odetchnąłem, przymykając oczy.- Życzę ci, żeby spotykały cię same najlepsze rzeczy, bo zasługujesz na nie, jak nikt inny. Życzę ci, żebyś miała wspaniałe święta i fantastyczny nowy rok. I żebyś zawsze miała na twarzy ten anielski uśmiech.
-Czy ty powtarzasz życzenia po mnie?- parsknęła śmiechem.
-Wcale nie!- oburzyłem się.- Zaraz dodam ci coś od siebie! Życzę ci... życzę ci... życzę ci, żebyś zawsze pamiętała, niezależnie od tego, co się stanie, że możesz na mnie liczyć...- przez chwilę stała bez ruchu, a po chwili mocno mnie przytuliła.
-Wiem, Zayn. Ja to wiem. Już nie raz to pokazałeś i dziękuję ci za to.- pocałowała mnie w policzek. Odsunęliśmy się od siebie.
-Mam teraz ułamać opłatek?- upewniłem się, czy dobrze zapamiętałem jej instrukcje.
-Tak.- potwierdziła.- Ej! Ale zostaw mi jeszcze trochę!- po moim ułamaniu został jej w palcach tylko okruszek.
Reszta wieczoru minęła strasznie szybko. To dziwne, ale bardzo dobrze czułem się w ich towarzystwie. Jedzenie było wspaniałe, a Marshallowie i Jim chętnie tłumaczyli mi, o co chodzi w poszczególnych tradycjach wigilijnych. Wreszcie usiedliśmy koło wybranej i ubranej przeze mnie i Jen choince. Przyszedł czas na prezenty. Na szczęście, wziąłem coś dla Jima i Jennifer, ale było mi głupio, że nie przyniosłem nic dla Winstona, Agnes i Katie. Z drugiej strony, skąd mogłem wiedzieć, że będzie ktoś jeszcze? Wydaje mi się jednak, że mała była zadowolona, mimo że nie dałem jej prezentu, bo uparła się, żeby siedzieć u mnie na kolanach i bawić się z Jenny nowym misiem i lalką.
Nawet nie zauważyłem, kiedy wybiła jedenasta.
-No, Winston, czas się szykować na pasterkę.- James wstał z fotela i podszedł do okna.- Już nie pada. Może przyjdzie więcej ludzi.
-Przyjdą, proszę księdza, na pewno.- organista stanął koło niego.- W końcu to Boże Narodzenie. Zawsze w kościele jest więcej ludzi.
-Ostatnio odprawiałem mszę rano dla pięciu osób.- Jim westchnął.- Ludzie nie chcą Boga w swoim życiu.
-Chyba że "jak trwoga, to do Boga".- Agnes włączyła się do rozmowy.- Nie może się ksiądz poddawać.
-Nie mam zamiaru, po to wybrałem tę drogę. Żeby wskazać ją innym.- odwrócił się od okna i zwrócił się do mnie.- Chcesz pójść? Nie chcę cię zmuszać, ale zabraniać też nie będę. To, że wyznajesz islam nie znaczy, że masz zakaz wstępu do kościoła.
-W zasadzie to...- zawahałem się. "Iść? A co to w ogóle będzie?"- W sumie mogę pójść.
-Dobrze.- James skinął głową.- Ja idę teraz, żeby się przygotować i jeszcze pomodlić. Winston, idziesz ze mną?
-Tak, muszę sprawdzić, czy wszystko jest w porządku.
-Okej. Przyjdźcie za jakieś pół godziny, chyba że chcecie teraz... Ale ostrzegam, w kościele jest ziąb. Nie mamy ogrzewania. Jeszcze go nie wywalczyłem.
-Najpierw trochę posprzątamy.- odpowiedziała Jen.
-A ja pójdę i ubiorę trochę cieplej Katie, żeby się nie przeziębiła.- odezwała się Agnes i wzięła córeczkę na ręce.
-No, to idźcie.- Winston ucałował Katie w czoło i założył czapkę.- Do zobaczenia po mszy.- ruszył powoli za Jimem w stronę kościoła.
-Do widzenia, Jenny! Dziękujemy za gościnę.- Agnes uściskała dziewczynę.- Miło było cię poznać, Zayn.
-Mnie również.- podała mi rękę na pożegnanie.
-Pożegnaj się ładnie, skarbie.- zwróciła się do Katie. Mała pomachała nam na pożegnanie i niemal natychmiast wcisnęła palec do buzi.- No, nie ssij palca na zimnie, kotku... Do widzenia!
-Do widzenia!- odmachaliśmy dziewczynce i Jen zamknęła za nimi drzwi.
-Pomożesz mi posprzątać?
-Jasne.- zaczęliśmy zbierać brudne naczynia, torebki po prezentach, kolorowy papier, wstążki.
-Jak to w ogóle będzie wyglądało?- zapytałem zaciekawiony.
-Nie byłeś nigdy na mszy? Jakimś nabożeństwie?- zerknęła na mnie znad zmywanych właśnie talerzy.
-Kiedyś ojciec zabrał mnie na jakieś modlitwy rytualne. Klęczeliśmy na specjalnych dywanach, trzeba było się kłaniać i zawodzić jakieś pieśni. Nie podobało mi się.- skrzywiłem się na samo wspomnienie.
-No, mam nadzieję, że to ci się spodoba. Nie będziemy zawodzić, tylko śpiewać kolędy, modlić się, klęczeć tylko trochę, słuchać, co Jim będzie mówił z ołtarza... Możesz się wynudzić, ale możesz też znaleźć coś dla siebie.- stwierdziła, wycierając ręce w ściereczkę.- Gotowy? Czy tchórzysz i wracasz do domu?
-Nie tchórzę. Idę.- odpowiedziałem i po chwili razem, ramię w ramię poszliśmy w kierunku kościoła.
Weszliśmy do środka. Było już kilka osób siedzących lub klęczących w ławkach. Organy grały jakąś nawet wesołą melodię. Na środku stał stół przykryty białym obrusem, na nim jakaś wielka księga podobna do tej, którą miał James przed kolacją. Na ścianie zawieszony wielki, oświetlony od tyłu krzyż z drewna. Po lewej stronie ołtarza ogromna choinka, a pod nią szopka, jak ta, o której czytał dziś Jim. Nawet z daleka mogłem rozróżnić większość ustawionych tam figur. Usiadłem z Jen w jednej ławce.
Stopniowo schodziło się coraz więcej ludzi. Nagle organy zagrzmiały, wszyscy wstali i zaczęli śpiewać jakąś pieśń, której oczywiście nie znałem. Skupiłem się bardziej na księdzu wychodzącym właśnie z jakiegoś pomieszczenia. Ubrany był w białą, długą szatę, na rękach niósł figurkę małego dziecka. "To chyba ten mały Jezus..." Ludzie uklękli, gdy Jim kładł figurkę na sianie w małym żłobie, między postaciami, jeśli się nie mylę, Maryi i Józefa.
I wtedy rozejrzałem się dookoła. Popatrzyłem na Jennifer, na kobiety, mężczyzn i dzieci, którzy nielicznie, ale jednak przybyli na tę mszę o północy i teraz z czcią wpatrywali się w krzyż, w szopkę, w księdza, który właśnie przyklękał i całował stół. I pomyślałem, że chyba dobrze zrobiłem przychodząc tutaj...
__________________________________________________
Oto kolejny, świąteczny rozdział "Would..." :) Mam nadzieję, że spodobało wam się takie odkrywanie świąt z Zaynem i Jen. Troszeczkę różniło się od Bożego Narodzenia z 1D Team na "Everything's...", hmm? ;P
Chcę was serdecznie przeprosić za zwłokę przy dodawaniu tego rozdziału. Naprawdę mi przykro, chciałam dodać to przed świętami, ale najpierw nie było czasu, bo zaliczenia, potem kończyłam świąteczny rozdział na pierwszym blogu, trzeba było pomagać w domu, następnie święta, wyjazdy i tak to zleciało. Ostatecznie rozdział, w tym całą perspektywę Zayna i większość Scarlett napisałam dzisiaj :P
Zapraszam was na świąteczny rozdział na "Everything's gonna be alright..."--->
Chciałabym was też zaprosić na bloga pewnej dziewczyny, która niedawno założyła bloga i się nim ze mną podzieliła... Dodamy jej trochę wyświetleń? xD oto link-----> http://isabellaandlouis.blogspot.com/
Otrzymałam dwie nominacje do Liebster Blogger Award tutaj i jedną na "Everything's..." ^^ postaram się odpowiedzieć na nie dzisiaj ;)
Dziękuję za obserwowanie mnie na Twitterze, Ask'u, blogach, za nominacje, wszystkie życzenia i ciepłe słowa! Jesteście wspaniali, cieszę się, że czytacie i wspieracie mnie na każdym kroku i można z wami porozmawiać :***
Roxanne xD
Pojutrze będzie Wigilia. Z jednej strony bardzo się cieszę. Uwielbiam święta, Boże Narodzenie to taki magiczny okres, kiedy wszystko układa się jak trzeba, kiedy ludzie są razem i mogą spędzić spokojny, radosny czas w gronie najbliższych. "Ten rok jednak będzie inny..." Rodzice. Tak bardzo za nimi tęsknię. Minęło już pół roku od ich tragicznej śmierci, ale tak mocno odczuwałam ich brak chyba tuż po pogrzebie, gdy wróciłam z Jimem do pustego domu i ich tam nie było. No i teraz.
-Wiecie...- usiadłam na ławce przed grobem.- Nigdy nawet nie próbowałam sobie wyobrazić, jak będą wyglądały święta bez was. Kiedy myślałam, jak to będzie, gdy założę rodzinę, może zamieszkam w innym mieście... Zawsze byliście w tej wizji, tuż obok mnie, wspieraliście mnie, pomagaliście... A teraz was nie ma. Nie rozumiem, jak potrafię dalej sobie radzić, skoro was nie ma.- w kącikach oczu zaczęły mi się zbierać łzy.- Czy ja jestem ignorantką?- zapytałam głośniej.- Czy nie za szybko się otrząsnęłam? Na pewno za szybko, kto normalny idzie na imprezę w pół roku po śmierci rodziców, kto umawia się z chłopakiem, wygłupia z przyjaciółmi, nie nosi żałoby! Jestem egoistką.- wyszeptałam, pozwalając łzom spłynąć w dół twarzy.- Cały czas myślałam, że wy wolelibyście widzieć mnie roześmianą i szczęśliwą, ale... Chyba w ogóle nie widać było po mnie żalu. Przepraszam...
-Jenny, ja sobie tak stoję i słucham tych twoich bredni i się zastanawiam, czy cię do reszty pogrzało, czy jest jeszcze co ratować...- zza moich pleców dobiegł mnie głos mojego brata.
-Zawsze musisz się pojawiać w nieoczekiwanych momentach?
-Taka moja natura.- podszedł do mnie.- Cześć, staruszkowie. Co słychać?- objął mnie ramieniem i przytulił do swojego boku.- Weźcie mi powiedzcie, co ja mam z nią zrobić, bo mnie już brakuje pomysłów.
-Jim... Ja po prostu...
-Masz wyrzuty sumienia.- dokończył za mnie.- Zupełnie nie wiem, z jakiego powodu. Masz prawo być szczęśliwa, bez względu na to, co się stało. Mama i tata nie chcieliby, żebyś się ciągle zamartwiała, prawda?
-Zawsze chcieli, żebym się uśmiechała...- pociągnęłam nosem.
-No właśnie, a tu co? Smarkasz, płaczesz, łkasz, zamiast się przygotować na jutro na Wigilię, na którą wiem, że zaprosiłaś Zayna.
-Zrobiło mi się go szkoda, bo on nie obchodzi... Zaraz, skąd wiesz?!- ocknęłam się i spojrzałam na Jamesa. "Jasnowidz czy jak?"- Założyłeś w domu podsłuch?
-Chyba mnie przeceniasz.- prychnął.- Po prostu Zayn jest inteligentnym chłopakiem i wczoraj zadzwonił do mnie, żeby się spytać, czy nie mam nic przeciwko w związku z jego wyznaniem. Ja nie jestem bardzo konserwatywny, więc z przyjemnością będę gościł muzułmanina na katolickiej kolacji wigilijnej, licząc na to, że cudem się nawróci i przestanie planować zamachy terrorystyczne.
-Nie powiedziałeś tego!- aż podniosłam głos. "Nie zrobił tego. Nie nazwał Zayna terrorystą... prawda?"
-Nie powiedziałem.- przyznał.- Ale nie ukrywam, że domyślam się, że... Hmm, powiedzmy... Że Zayn ma jakiś problem... natury prawnej.
-Podobno jest dealerem narkotyków i odpowiada za kilka pobić.- wyznałam niechętnie.
-Trzeba oddzielić ziarno od plew. Co tu jest plotką, a co prawdą?
-Nie wiem.- wzruszyłam ramionami.- Nie mam pojęcia, nigdy nie przyłapałam go z narkotykami, ani nie widziałam, żeby kogoś... Zaraz. W szkole bił się z jakimś futbolistą. Przeszkodziłam im.
-Co?- Jim spojrzał na mnie zdumiony.- Wskoczyłaś między bad boya a futbolistę i posłałaś ich do kąta?!
-Niezupełnie... Po prostu im przerwałam bójkę. Poza tym, wtedy Scarlett skręciła kostkę, bo jeden z nich ją popchnął.
-Aha.- Jim zamyślił się, patrząc w niebo.- Czyli wynika z tego, że znasz, jakby to powiedzieć... Brutalną stronę osobowości Zayna. I nie odstrasza cię to?
-On nie jest taki przez cały czas!- zaprotestowałam.- Potrafi być troskliwy, czuły... Kiedy pomógł mi z tym skaleczeniem u Macy albo kiedy widział, jak płakałam w... W takim miejscu, które odkryłam za szkołą.
-Okej, nie wnikam. A kiedy płakałaś?- zainteresował go fragmencik mojej historii.
-Po tych plakatach...- nie lubiłam tego wspominać.- A Zayn zaraz się wkurzył, bo te plakaty oczerniały też jego... Jakoś nie miał ochoty być łączonym ze mną.
-A teraz?- poczułam na sobie bystry wzrok brata. Krzywo się uśmiechnęłam.
-Teraz chyba mu to nie przeszkadza.- wzruszyłam ramionami.- Wygląda, jakby nawet lubił ze mną przebywać.
-A ty? Lubisz z nim przebywać?
-Już ci mówiłam, Jim.- spojrzałam mu prosto w oczy.- Ja go kocham i to nie jest głupie zauroczenie.
-To masz odpowiedź na to wszystko.- zatoczył szeroki łuk ręką. "O czym on teraz gada?"
-Co?- zmarszczyłam brwi zdezorientowana.- Jaką odpowiedź?
-Jeżeli to naprawdę miłość, to masz prawo być szczęśliwa. Rodzice nigdy nie pozwoliliby, żebyś dla nich odsuwała się od tego, co cię uskrzydla, aniołku.
Harry Pieprzony Styles nie ruszył się z domu.
Sterczałam pod jego willą jak jakaś idiotka, a wszystko po to, żeby wyszpiegować, z kim się spotyka i po co. A przede wszystkim, czy chce zaszkodzić Jen. Nawet choinki nie kupiłam, ale przysięgłam mamie, że własnoręcznie i bez wymówek ją ubiorę. "Jeżeli tylko on raczy wyjść z domu przed południem..." pomyślałam, wciskając ręce do kieszeni. Nagle przyszło mi coś niepokojącego do głowy. "A jeśli on wyszedł wcześniej, zanim tu przybiegłam? Albo nie wrócił na noc?! Cały mój plan nie wypali na starcie!"
Nie zdążyłam wymyślić, co zrobić w.takiej skrajnej sytuacji, gdy zauważyłam jakiś ruch przy drzwiach wejściowych domu Stylesów. Przysunęłam się bliżej lodowatego pnia jakiejś topoli rosnącej przy chodniku i wytężyłam wzrok. "Jest..." Czułam się jak jakiś myśliwy polujący na zwierzynę. Harry przeszedł przez podjazd i stanął przy krawężniku. Zdrętwiałam. Przejdzie przez ulicę! Wejdzie prosto na mnie!!! Ekspresem dałam nurka w krzaki przy czyimś żywopłocie. "Rany, ale kłują..." skrzywiłam się, ale nie mogłam się bardzo ruszać, bo Styles rozejrzał się po jezdni i przebiegł przez ulicę w totalnie niedozwolonym miejscu. "Uuu... Mandacik się należy." Minął mnie i ruszył w stronę centrum miasta. W stronę szkoły, kościoła i domu Jen. Trzeba pójść za nim. Zrobiłam krok, ale zamiast bezszelestnego ruchu superszpiega wykonałam porządne, głośne plaśnięcie prosto w błoto. Super. Nie dość, że będą brudne buty, to jeszcze on mnie usłyszał! A nie, jednak nie. Harry szedł przed siebie, z rękami wciśniętymi do kieszeni. Nagle zatrzymał się, wyciągnął telefon i zaczął coś na nim wystukiwać. Ostrożnie zrobiłam kolejny krok, by być bliżej niego i nie wypaść z krzaków. Na dźwięk szelestu gałęzi i kolejnego plaśnięcia błota uniósł głowę i czujnie rozejrzał się wokół. Zamarłam i zacisnęłam z całej siły powieki. "Jestem niewidzialna, jestem niewidzialna, jestem niewidzialna!"
Kroki. Usłyszałam oddalające się kroki. Ostrożnie otworzyłam oczy. Skręcił za róg! "Nie zauważył mnie! Dzięki Bogu!" Poczekałam, aż zniknął całkiem za zakrętem i wyskoczyłam z krzaków, płosząc jakiegoś bezpańskiego kundla. Otrzepałam się z jakichś dziwnych pyłków i resztek kory z gałęzi i szybkim krokiem ruszyłam za Stylesem. Wyjrzałam zza rogu budynku. Jest... Idzie dalej, lekko przygarbiony, z rękami w kieszeniach, tak jak poprzednio. Wiatr potargał mu i tak roztrzepane włosy. Poprawiłam torbę na ramieniu i poszłam za nim, starając się utrzymywać minimum sto metrów odstępu. Jakby co, to idę do centrum na zakupy świąteczne. Nagle Harry stanął jak wryty, a ja automatycznie zanurkowałam za kolejne drzewo. "Co go tak wbiło w ziemię?" Rozejrzałam się i od razu znalazłam odpowiedź. Staliśmy przed domem Zayna. Malik właśnie wychodził. Spod rozpiętej kurtki wystawał sweter i kołnierzyk białej koszuli. "Cholera, to on ma takie ciuchy?! A gdzie postrzępione jeansy i skórzana kurtka?! I najważniejsze: gdzie on się wybiera popołudniu, w przeddzień Bożego Narodzenia???" Harry chyba też się nad tym zastanawiał, bo zrobił dokładnie to samo, co ja minutę wcześniej: schował się za drzewem. No bez jaj. Ja będę śledziła Harry'ego, który będzie śledził Zayna, który idzie... No właśnie. To też jest ciekawe. Gdzie to on poszedł...
Szczerze mówiąc, to zaczęła mnie bawić ta sytuacja. Ciąg skradających się za sobą osób. Szkoda, że nikt nie idzie za mną... Obejrzałam się kontrolnie za siebie. Nie, nikogo nie ma. Wszyscy siedzą w domu, w końcu komu by się chciało wychodzić na taką ciapę. Zimno, mokro, oprócz błota zaczęło jeszcze siąpić obrzydliwym, lodowatym kapuśniaczkiem. Brrr. Nagle zatrzymałam się raptownie, bo Harry zanurkował za kolejne drzewo. Zayn przeszedł przez ulicę i skierował się prosto do domu... Jennifer?! Aż przetarłam oczy ze zdumienia. Tak, bez wątpienia to była plebania, zaraz za nią widać było wieżę kościoła i światełka na choince przed wejściem do świątyni. W oknie domu mogłam bez trudu zauważyć sylwetkę Jima i jeszcze jakieś postacie. No tak... Przecież oni mają dziś Wigilię... Czy coś w tym guście. Nie wiem, jeszcze nie przeszłam na katolicyzm. Ale Zayn?! Przecież on jest muzułmaninem, do jasnej ciasnej!
Stanął przed drzwiami i widać było, że się waha. W końcu zebrał się w sobie i zadzwonił do drzwi. Za chwilę Jim otworzył drzwi i powitał go z szerokim uśmiechem. Poklepał go po ramieniu i zaprosił do środka. "To oni się przyjaźnią?!" Czułam się porządnie niedoinformowana. Przeniosłam spojrzenie na Harry'ego. Może i zapadł już zmrok, a latarnie dawały bardzo nikłe światło, ale nawet w tym kiepskim oświetleniu widziałam, jak przeklina pod nosem i zaciska pięści. Zbyt często widziałam go takiego, zwłaszcza przed naszym zerwaniem. Był wściekły, ale chciałam się jeszcze upewnić. Wyjęłam telefon i skierowałam się prosto na niego, udając zapatrzoną w ekran. Zrobiłam kilka kroków i z impetem na niego wpadłam. Zachwiał się, ale udało mu się utrzymać równowagę. Przytrzymał mnie za łokieć.
-Sorry, sorry! Nie zauważyłam cię!- mistrzowsko odegrałam swoją rolę. Wbił we mnie gniewne spojrzenie. "Miałam rację. Jest strasznie wściekły."
-Wielka szkoda, Scarlett.- warknął.- Co, nie możesz się powstrzymać przed wpadaniem na mnie?
-Spokojnie.- wyszarpnęłam rękaw z jego uścisku.- Zagapiłam się na telefon. Zresztą, czemu ja ci się tłumaczę?
-Może po prostu nie możesz się pogodzić z tym, że cię zostawiłem.- zmrużyłam oczy. To był błąd, że na niego wleciałam. Teraz byłam chyba bardziej zdenerwowana niż on.
-Nie pochlebiaj sobie.- wycedziłam.- Zerwałeś ze mną, bo chciałam ci pomóc wyjść z tych dragów, ale ty wolałeś się wciągać jeszcze bardziej. I wiesz co?- stuknęłam go palcem w klatkę piersiową.- Cieszę się. Cieszę się, bo mogłabym utonąć razem z tobą. A teraz... Nie zależy mi. Kompletnie mi nie zależy.- odsunęłam się od niego i spojrzałam z triumfem.- Wesołych świąt, Styles.- wyminęłam go i ruszyłam w dół ulicy. Na rogu schowałam się za budynkiem i zerknęłam, co zrobi. Stał samotnie na chodniku i nerwowo przeczesywał włosy palcami. Rzucił jeszcze okiem na rozświetlony dom Jenny i zawrócił. Odetchnęłam z ulgą i skierowałam się w stronę domu. Przez tego cholernego chłopaka musiałam wracać okrężną drogą. Ale przynajmniej mogłam spokojnie porozmyślać.
Punkt pierwszy. Harry'emu nie podobało się, że Zayn poszedł do Jenny. I to bardzo. Był zły jak osa albo jeszcze gorzej. Czy on kocha się w Jennifer, czy może jej nienawidzi i nie chce, żeby była szczęśliwa? Teraz byłam prawie pewna, że to on stoi za tymi wszystkimi akcjami ośmieszającymi dziewczynę.
Punkt drugi. Malik jest mile widziany w domu Jen. Albo go resocjalizują, albo on i Jennifer są razem. W sumie to było do przewidzenia, ale muszę to koniecznie z Jen obgadać. Jutro do niej zadzwonię.
Punkt trzeci. Skłamałam. Skłamałam Harry'emu o tym, co do niego czuję i to chyba wytrąciło go z równowagi. I mnie trochę też.
"A może by tak wrócić do domu?"
Stałem pod drzwiami Jennifer i wahałem się: zapukać czy odejść? Normalnie, dylemat jak u Hamleta, którego ostatnio przerabialiśmy na zajęciach teatralnych Hollinsa. Uniosłem rękę i w końcu nacisnąłem przycisk dzwonka. Raz kozie śmierć. Drzwi się otworzyły.
-Zayn, witaj!- James szeroko się uśmiechnął na mój widok.- Fajnie, że mogłeś przyjść.- praktycznie wciągnął mnie do środka.- Ściągaj kurtkę i chodź do salonu. Albo do kuchni. Jenny kończy przygotowywać kolację.
Skinąłem głową i skierowałem się do kuchni. Stanąłem w progu i przyglądałem się w milczeniu, jak dziewczyna kręci się po pomieszczeniu, przekłada na półmisek jakąś rybę i miesza sałatkę. Odchrząknąłem cicho.
-Cześć... Przyszedłem.- oznajmiłem i zaraz miałem ochotę dać sobie w twarz. "Aleś odkrywczy, Malik! Bo bez tego nie zauważyłaby, że tu jesteś!"
-Hej!- uśmiechnęła się do mnie. W zasadzie była uśmiechnięta od chwili, gdy zacząłem ją obserwować. Lubiłem ją taką. "A jakiej ty jej NIE lubiłeś, hę?"- Cieszę się, że przyszedłeś, mimo że nie obchodzisz świąt.
-W zasadzie to... Mama urządza coś takiego dla moich sióstr. Ale bardziej jak w Anglii, w sensie wiesz... Obiad jutro.
-Wiem. Mógłbyś to wziąć?- wskazała na jakąś tacę.- Reszta jest już na stole. Chodź.- zabrała salaterkę i pokierowała mnie do salonu. Przy stole stał Jim, a obok niego mężczyzna, kobieta i mała dziewczynka.
-O, jesteście. To chyba możemy zaczynać.- James przesunął szklankę i talerz, żeby zrobić miejsce na rybę i sałatkę.- Zayn, to są państwo Marshall. Winston, Agnes i Katie. Winston jest organistą w kościele. Moi drodzy, to Zayn Malik, przyjaciel Jennifer i jej korepetytor z matematyki.
-Witam.- Winston uścisnął mi rękę.- Nie widziałem chyba pana w kościele.
-Ehmm... Nie jestem katolikiem.- speszyłem się. "Cholera, uspokój się! Denerwujesz się, jakby mieli cię pożreć żywcem!" Ku mojemu zaskoczeniu Agnes uśmiechnęła się na moje słowa.
-Tym lepiej, że przyszedł pan tutaj, na kolację wigilijną. Może przekona się pan, że warto uwierzyć.
-Proszę mi mówić po imieniu.- zaproponowałem z ulgą. Już myślałem, że mnie publicznie zlinczują. Jim zajął miejsce przy swoim krześle i wziął do ręki grubą księgę.
-Kochani, zaczynamy.- otworzył książkę w miejscu oznaczonym zakładką.- Jak zawsze najpierw pomodlimy się, dziękując Bogu za te święta, za miniony rok, za wszystkie łaski, które od Niego otrzymaliśmy. Swoją modlitwą obejmujemy też zmarłych z naszych rodzin... Mamo, tato...- głos mu się lekko załamał.- Wierzę, że tu jesteście i tak jak kiedyś modlicie się z nami. Mam nadzieję, że jesteście teraz w niebie.- poczułem, jak Jennifer ściska mnie za rękę. Spojrzałem na nią, ale ona wpatrzona była w zdjęcie swojej rodziny. Odwzajemniłem uścisk, a ona uśmiechnęła się do mnie przez łzy i znów spojrzała na zdjęcie. "Nie wiem, czy mogę... Ale proszę, kimkolwiek jesteś... Wybacz mi. Nigdy nie chciałem nikogo zabić, a już na pewno nie tamtych ludzi..." pomyślałem na wspomnienie tamtego czerwcowego wieczoru.- Módlmy się także w intencji waszej. Rodziny Marshallów, rodziny Zayna i wszystkich, którzy teraz zasiadają do wieczerzy wigilijnej na pamiątkę Narodzenia Pańskiego. Ojcze Nasz, któryś jest w niebie...- wszyscy zaczęli powtarzać słowa księdza. Tylko ja milczałem. Skąd mogłem znać słowa tej modlitwy...
-Z Ewangelii według świętego Łukasza...- Jim zaczął czytać z księgi. Wsłuchałem się uważnie w te słowa. Jak to możliwe, że nigdy wcześniej nie słuchałem uważnie historii, którą żyją miliony ludzi na świecie? Prawdopodobnie mnie to w ogóle nie obchodziło, ale dzisiaj było inaczej. Starałem się zapamiętać jak najwięcej.
-Amen. Teraz podzielmy się opłatkiem i złóżmy sobie życzenia.- idąc za przykładem innych, wziąłem z talerzyka kawałek białego cieniutkiego jak kartka wafelka.
-Zayn.- odwróciłem się w stronę Jen.- To taki zwyczaj. Składasz życzenia innej osobie i odłamujesz kawałek opłatka od niej i zjadasz go. Ona robi to samo. Więc... Chciałabym ci życzyć wesołych świąt, żeby przyszły rok był dla ciebie jak najlepszy i... żebyś był bardziej otwarty na innych. Niezależnie od tego, jakie nosisz w sobie ciemne sekrety... Daj ludziom poznać takiego Zayna, jakiego ja poznałam. I uśmiechaj się częściej!- żartobliwie trąciła mnie w ramię. Nie mogłem się nie roześmiać. Ułamała kawałeczek mojego opłatka.
-Tak, no cóż...- chrząknąłem, próbując zebrać myśli. "Nie umiem składać życzeń!" pomyślałem spanikowany.- Nie wiem, czego mogę ci życzyć. Nigdy chyba tego nie robiłem.
-Spróbuj.
-Okej...- odetchnąłem, przymykając oczy.- Życzę ci, żeby spotykały cię same najlepsze rzeczy, bo zasługujesz na nie, jak nikt inny. Życzę ci, żebyś miała wspaniałe święta i fantastyczny nowy rok. I żebyś zawsze miała na twarzy ten anielski uśmiech.
-Czy ty powtarzasz życzenia po mnie?- parsknęła śmiechem.
-Wcale nie!- oburzyłem się.- Zaraz dodam ci coś od siebie! Życzę ci... życzę ci... życzę ci, żebyś zawsze pamiętała, niezależnie od tego, co się stanie, że możesz na mnie liczyć...- przez chwilę stała bez ruchu, a po chwili mocno mnie przytuliła.
-Wiem, Zayn. Ja to wiem. Już nie raz to pokazałeś i dziękuję ci za to.- pocałowała mnie w policzek. Odsunęliśmy się od siebie.
-Mam teraz ułamać opłatek?- upewniłem się, czy dobrze zapamiętałem jej instrukcje.
-Tak.- potwierdziła.- Ej! Ale zostaw mi jeszcze trochę!- po moim ułamaniu został jej w palcach tylko okruszek.
Reszta wieczoru minęła strasznie szybko. To dziwne, ale bardzo dobrze czułem się w ich towarzystwie. Jedzenie było wspaniałe, a Marshallowie i Jim chętnie tłumaczyli mi, o co chodzi w poszczególnych tradycjach wigilijnych. Wreszcie usiedliśmy koło wybranej i ubranej przeze mnie i Jen choince. Przyszedł czas na prezenty. Na szczęście, wziąłem coś dla Jima i Jennifer, ale było mi głupio, że nie przyniosłem nic dla Winstona, Agnes i Katie. Z drugiej strony, skąd mogłem wiedzieć, że będzie ktoś jeszcze? Wydaje mi się jednak, że mała była zadowolona, mimo że nie dałem jej prezentu, bo uparła się, żeby siedzieć u mnie na kolanach i bawić się z Jenny nowym misiem i lalką.
Nawet nie zauważyłem, kiedy wybiła jedenasta.
-No, Winston, czas się szykować na pasterkę.- James wstał z fotela i podszedł do okna.- Już nie pada. Może przyjdzie więcej ludzi.
-Przyjdą, proszę księdza, na pewno.- organista stanął koło niego.- W końcu to Boże Narodzenie. Zawsze w kościele jest więcej ludzi.
-Ostatnio odprawiałem mszę rano dla pięciu osób.- Jim westchnął.- Ludzie nie chcą Boga w swoim życiu.
-Chyba że "jak trwoga, to do Boga".- Agnes włączyła się do rozmowy.- Nie może się ksiądz poddawać.
-Nie mam zamiaru, po to wybrałem tę drogę. Żeby wskazać ją innym.- odwrócił się od okna i zwrócił się do mnie.- Chcesz pójść? Nie chcę cię zmuszać, ale zabraniać też nie będę. To, że wyznajesz islam nie znaczy, że masz zakaz wstępu do kościoła.
-W zasadzie to...- zawahałem się. "Iść? A co to w ogóle będzie?"- W sumie mogę pójść.
-Dobrze.- James skinął głową.- Ja idę teraz, żeby się przygotować i jeszcze pomodlić. Winston, idziesz ze mną?
-Tak, muszę sprawdzić, czy wszystko jest w porządku.
-Okej. Przyjdźcie za jakieś pół godziny, chyba że chcecie teraz... Ale ostrzegam, w kościele jest ziąb. Nie mamy ogrzewania. Jeszcze go nie wywalczyłem.
-Najpierw trochę posprzątamy.- odpowiedziała Jen.
-A ja pójdę i ubiorę trochę cieplej Katie, żeby się nie przeziębiła.- odezwała się Agnes i wzięła córeczkę na ręce.
-No, to idźcie.- Winston ucałował Katie w czoło i założył czapkę.- Do zobaczenia po mszy.- ruszył powoli za Jimem w stronę kościoła.
-Do widzenia, Jenny! Dziękujemy za gościnę.- Agnes uściskała dziewczynę.- Miło było cię poznać, Zayn.
-Mnie również.- podała mi rękę na pożegnanie.
-Pożegnaj się ładnie, skarbie.- zwróciła się do Katie. Mała pomachała nam na pożegnanie i niemal natychmiast wcisnęła palec do buzi.- No, nie ssij palca na zimnie, kotku... Do widzenia!
-Do widzenia!- odmachaliśmy dziewczynce i Jen zamknęła za nimi drzwi.
-Pomożesz mi posprzątać?
-Jasne.- zaczęliśmy zbierać brudne naczynia, torebki po prezentach, kolorowy papier, wstążki.
-Jak to w ogóle będzie wyglądało?- zapytałem zaciekawiony.
-Nie byłeś nigdy na mszy? Jakimś nabożeństwie?- zerknęła na mnie znad zmywanych właśnie talerzy.
-Kiedyś ojciec zabrał mnie na jakieś modlitwy rytualne. Klęczeliśmy na specjalnych dywanach, trzeba było się kłaniać i zawodzić jakieś pieśni. Nie podobało mi się.- skrzywiłem się na samo wspomnienie.
-No, mam nadzieję, że to ci się spodoba. Nie będziemy zawodzić, tylko śpiewać kolędy, modlić się, klęczeć tylko trochę, słuchać, co Jim będzie mówił z ołtarza... Możesz się wynudzić, ale możesz też znaleźć coś dla siebie.- stwierdziła, wycierając ręce w ściereczkę.- Gotowy? Czy tchórzysz i wracasz do domu?
-Nie tchórzę. Idę.- odpowiedziałem i po chwili razem, ramię w ramię poszliśmy w kierunku kościoła.
Weszliśmy do środka. Było już kilka osób siedzących lub klęczących w ławkach. Organy grały jakąś nawet wesołą melodię. Na środku stał stół przykryty białym obrusem, na nim jakaś wielka księga podobna do tej, którą miał James przed kolacją. Na ścianie zawieszony wielki, oświetlony od tyłu krzyż z drewna. Po lewej stronie ołtarza ogromna choinka, a pod nią szopka, jak ta, o której czytał dziś Jim. Nawet z daleka mogłem rozróżnić większość ustawionych tam figur. Usiadłem z Jen w jednej ławce.
Stopniowo schodziło się coraz więcej ludzi. Nagle organy zagrzmiały, wszyscy wstali i zaczęli śpiewać jakąś pieśń, której oczywiście nie znałem. Skupiłem się bardziej na księdzu wychodzącym właśnie z jakiegoś pomieszczenia. Ubrany był w białą, długą szatę, na rękach niósł figurkę małego dziecka. "To chyba ten mały Jezus..." Ludzie uklękli, gdy Jim kładł figurkę na sianie w małym żłobie, między postaciami, jeśli się nie mylę, Maryi i Józefa.
I wtedy rozejrzałem się dookoła. Popatrzyłem na Jennifer, na kobiety, mężczyzn i dzieci, którzy nielicznie, ale jednak przybyli na tę mszę o północy i teraz z czcią wpatrywali się w krzyż, w szopkę, w księdza, który właśnie przyklękał i całował stół. I pomyślałem, że chyba dobrze zrobiłem przychodząc tutaj...
__________________________________________________
Oto kolejny, świąteczny rozdział "Would..." :) Mam nadzieję, że spodobało wam się takie odkrywanie świąt z Zaynem i Jen. Troszeczkę różniło się od Bożego Narodzenia z 1D Team na "Everything's...", hmm? ;P
Chcę was serdecznie przeprosić za zwłokę przy dodawaniu tego rozdziału. Naprawdę mi przykro, chciałam dodać to przed świętami, ale najpierw nie było czasu, bo zaliczenia, potem kończyłam świąteczny rozdział na pierwszym blogu, trzeba było pomagać w domu, następnie święta, wyjazdy i tak to zleciało. Ostatecznie rozdział, w tym całą perspektywę Zayna i większość Scarlett napisałam dzisiaj :P
Zapraszam was na świąteczny rozdział na "Everything's gonna be alright..."--->
Zachęcam was do zajrzenia, nawet jeżeli nie czytaliście pierwszej części opowiadania. Ten rozdział jest całkowicie niezależny. Od razu też oficjalnie potwierdzam, że druga część "Everything's..." powstanie! Pierwsze rozdziały spróbuję dodać na wiosnę. Najpierw chcę skończyć "Would..." i aktywować "Dance with me tonight...", które może was odrobinkę zaskoczyć... :D
Chciałabym was też zaprosić na bloga pewnej dziewczyny, która niedawno założyła bloga i się nim ze mną podzieliła... Dodamy jej trochę wyświetleń? xD oto link-----> http://isabellaandlouis.blogspot.com/
Otrzymałam dwie nominacje do Liebster Blogger Award tutaj i jedną na "Everything's..." ^^ postaram się odpowiedzieć na nie dzisiaj ;)
Dziękuję za obserwowanie mnie na Twitterze, Ask'u, blogach, za nominacje, wszystkie życzenia i ciepłe słowa! Jesteście wspaniali, cieszę się, że czytacie i wspieracie mnie na każdym kroku i można z wami porozmawiać :***
Chciałabym też życzyć wam wspaniałego, zarąbistego, szczęśliwego Nowego Roku, poprzedzonego odjechanym Sylwestrem, szampańską zabawą do białego rana, a w kolejnym 2015 roku samym sukcesów, spełnienia marzeń, w tym nowej, genialnej płyty One Direction i koncertu najlepszego zespołu tutaj, w Polsce! ^.^
A wam, chłopaki, chociaż pewnie tego nie przeczytacie, życzę, abyście zawsze śpiewali razem, bo jak widzieliśmy niedawno, bez Zayna albo bez Louisa nie jesteście już tym samym zespołem. One Direction składa się z pięciu chłopaków, czyli Zayna, Louisa, Liama, Nialla i Harry'ego, i tak ma pozostać. A przede wszystkim... ŻYCZĘ WAM, ABYŚCIE W TYM ROKU ZDOBYLI MINIMUM JEDNĄ NAGRODĘ GRAMMY! ZASŁUGUJECIE NA TO!
<3 <3 <3 HAPPY NEW YEAR <3 <3 <3
Roxanne xD
czwartek, 27 listopada 2014
CHAPTER 16: Baby, look, what you've done to me...
Ha! I kto odgadnie, słowa jakiej piosenki zostały zawarte w tytule rozdziału? :D
_____________________________________________________
-Jenny, Jenny, Jenny!- Macy wpadła do domu i prawie stratowała mnie, gdy schodziłam ze schodów. Z trudem odzyskałam równowagę i przytuliłam dziewczynkę.
-Hej, skarbie. Jim cię przywiózł?
-Tak, ksiądz powiedział, że nie możesz się doczekać, kiedy mnie zobaczysz, to ja powiedziałam, żeby mnie teraz do ciebie zawiózł i prosiłam, i prosiłam, i on powiedział Rebece, że mnie weźmie na kilka godzin i teraz wyjmuje zakupy z samochodu, bo wstąpiliśmy do sklep...
-Powoli, powoli.- zaśmiałam się. "Tęskniłam za jej szczebiotem."
-Ale nie mogę powoli, bo muszę powiedzieć dużo rzeczy.
-Może opowiesz je później, co?
-A kiedy? Bo ksiądz Jim mówił, że wybierasz się po choinkę, więc może wtedy i ja pomogę ci wybrać najładniejsze drzewko, bo u nas już stoi i sypie igłami!- mogłam się domyślić, że Jim wymyśli coś, żebyśmy nie mieli chwilki spokoju na pogadanie. Ech, mam dość.
-Jen? Słuchaj, tu mamy zakupy, postawię je w kuchni i lecę...
-Jim, stop!- zatrzymałam go w ostatniej chwili.- Wiesz, że chciałam pogadać z Zaynem na osobności, znowu nam się nie uda!- powiedziałam przyciszonym głosem.
-To akurat nie był mój pomysł.- założył czapkę.- Coś wymyślicie. Ja muszę iść. Growtersowie wydają córkę za mąż, ślub w Boże Narodzenie, potrzebne im nauki przedmałżeńskie. Pa!- wybiegł z domu i pognał przez brejowaty śnieg w kierunku kościoła. W połowie drogi obejrzał się i biegnąc tyłem, wrzasnął na cały głos.- Jennifer, Zayn jedzie!!!
Faktycznie, zza zakrętu wyłoniło się znajome auto. "Ciekawe, czy Jim dałby radę ogłosić to odrobinę ciszej?" zakpiłam w myślach. Krzyknął tak, że pan Malik bankowo słyszał to w zamkniętym samochodzie.
-Cześć.- usłyszałam cichy głos. Spojrzałam na chłopaka wysiadającego z auta.
-Hej.- uśmiechnęłam się szeroko na jego widok. "Mimo wszystko, mimo tego stresu spowodowanego czekającą mnie rozmową... Tak straszne się cieszę, że cię widzę!"
-Cześć, Zayn!- pisnęła Macy, wyskakując z jakiegoś pokoju. Zdziwił się na jej widok, ale zaraz uśmiechnął się krzywo.
-Widzę, że mieliśmy tego samego pecha.- mruknął, pokazując na samochód. Ze środka energicznie machała do mnie Safaa. "No, to może dziewczynki czymś się zajmą, a my spokojnie pogadamy..."
-Taa. To my się już ubieramy i możemy jechać.- skinął głową i wrócił do samochodu. Pospiesznie obwiązałam szyję Macy kolorowym szaliczkiem, wcisnęłam jej czapkę na głowę i podałam rękawiczki. Na szczęście nie zdążyła zdjąć kurtki. Ekspresowo złapałam swój płaszcz, torbę i pobiegłyśmy w stronę auta.
-Nie zamierzasz zamknąć domu?- Zayn popatrzył na mnie kpiąco. Strzeliłam się z otwartej dłoni w czoło i potruchtałam z powrotem pod drzwi, by zorientować się, że klucze były w torebce, którą zostawiłam inteligentnie w samochodzie. "No, cholera jasna!" Klnąc pod nosem, wróciłam do auta, wzięłam torebkę i ignorując tłumiony śmiech Zayna i bardzo głośny chichot dwóch smarkul na tylnym siedzeniu, przekręciłam klucz w zamku.
-Jedziemy.- wymamrotałam, pakując się na siedzenie pasażera.
-A tylne drzwi?- spojrzałam na niego morderczo. Wybuchnął śmiechem. "I teraz dylemat: zabić go za te drwiny czy utonąć w jego boskim uśmiechu???"
-A może wreszcie ruszysz?- odpaliłam. Pokręcił głową i ciągle chichocząc, uruchomił silnik i ruszyliśmy w drogę. Byłam odwrócona do okna, ale i tak widziałam jego odbicie na szybie. I nie mogłam powstrzymać szerokiego uśmiechu. "Znów się śmiał! Przy mnie!" Jakby mi ktoś normalnie dodał skrzydeł.
-Masz jakieś konkretne miejsce?- spytał, zatrzymując się na czerwonym świetle.
-Nie wiem.- zerknęłam na niego.- Jestem tu dopiero od czerwca, nie mam pojęcia, gdzie się kupuje choinki.
-To chyba... Sam nie wiem... Za miastem jest chyba szkółka. Tak mi się wydaje.
-Nigdy nie kupowałeś choinki?- popatrzyłam na Zayna jak na kosmitę. "Mega przystojnego kosmitę... Jezu, rzuca mi się na mózg!!!"
-Nie.- okeeej.
-Niemożliwe.
-Możliwe.
-Ale jakim cudem?
-Jestem muzułmaninem.- moja szczęka chyba spadła pod koła samochodu. Zayn zerknął na mnie niespokojnie.- Przeszkadza ci to?
-Co? Nie. Nie! Tylko... jakby to... No, nie spodziewałam się.
-Wiesz, nie wrzeszczę na całą szkołę, jakiego jestem wyznania.- prychnął.
-Czyli nie obchodzisz świąt?- spytałam, otrząsając się z szoku.
-Nie. Chociaż ze względu na Saafę i Waliyhę mama wymyśliła, że będziemy organizować jakieś prezenty, choinkę... Ale to ona się tym zajmowała. Wiesz, bez tej otoczki bożonarodzeniowej.
-Zayn, a weźmiemy dla nas choinkę?- zapytała z tylnego siedzenia Saafa.
-Przecież już stoi na balkonie, dziś ją będziesz ubierać. Mam wczoraj przywiozła.
-Nie wiedziałam!
-To teraz już wiesz.
-Chcesz nam pomóc ubierać?- Saafa zwróciła się do Macy. Oczy dziewczynki aż rozbłysły.
-Mogę?!
-Saafa, Macy będzie musiała wrócić do domu.- odezwałam się cicho. Moja przyjaciółka posmutniała. Trzeba coś zrobić.- Ale mogę zadzwonić do Rebeki, czy pozwoli ci zostać trochę dłużej z nami.- dodałam szybko. Macy znowu się uśmiechnęła.
-Tak, tak, tak! Dzwoń! Dzwoń!- nie miałam wyjścia, musiałam wyciągnąć telefon i wykręcić numer opiekunki domu dziecka.
-Tak, Jenny? Coś się stało? Znowu jesteście, nie daj Boże, na izbie przyjęć?!
-Nie, nie, nie... Spokojnie, Rebecco. Wszystko jest pod kontrolą, tylko chciałam się zapytać, czy Macy nie mogłaby zostać ze mną trochę dłużej.
-Trochę dłużej, czyli...?
-Do osiemnastej?- zaproponowałam. "Chyba przesadziłam, nie zgodzi się..."
-Siedemnasta, dobrze? Osiemnasta to troszkę za późno. I pilnuj, proszę, żeby sobie nic nie zrobiła.
-Załatwione, dziękuję bardzo.- rozłączyłam się i odwróciłam do Macy.- Masz trzy dodatkowe godziny. Zadowolona?
-Jeszcze jak!- wrzasnęła radośnie i razem z Saafą mocno się uściskały. W życiu bym nie pomyślała, że mogą się dogadać, przecież Saafa jest od niej parę ładnych lat starsza.
-Dojeżdżamy.- oznajmił Zayn, skręcając w szeroką leśną drogę.
Byliśmy poza miastem, śnieg tutaj nie stopniał i tworzył cudowne, skrzące się w słońcu zaspy i białe czapy na gałęziach drzew. Za chwilę las się przerzedził i przejechaliśmy przez dużą bramę. Zayn zaparkował obok kilku innych samochodów i wysiedliśmy z auta. Przed nami rozciągał się ogromny plac, cały zapełniony iglakami różnej wielkości i gatunku. Z domku obok bramy wyszedł jakiś gruby, niski mężczyzna i podszedł do nas z szerokim uśmiechem.
-Choineczkę dla państwa?
-Tak.- wszyscy razem przytaknęliśmy.
-Jaką? Jodełka, świerk, może daglezja?
-A... możemy się rozejrzeć sami? Jak nam coś wpadnie w oko, to powiemy.- Zayn posłał gościowi wymowne spojrzenie.
-Nie ma sprawy. Jakby co, to w budce jestem.- i wrócił do domku.
-To co?- Saafa rozglądała się wokół uradowana.- Którą bierzemy?
-Trzeba się zastanowić.- powiedziałam, rozglądając się dookoła.- Może popatrzycie tam i powiecie, która wam się najbardziej podoba? My pójdziemy tu.- specjalnie wskazałam na dwie różne strony placu. W końcu mieliśmy dziś z Zaynem pogadać, co nie?!
-Dobra!
-Saafa, czekaj chwilę,- dziewczynka zatrzymała się, patrząc na mnie z niecierpliwością.- Uważaj na Macy, bardzo cię proszę. Nie chcę znowu jechać z nią do szpitala.
-Jasna sprawa.- i pobiegła za moją małą przyjaciółką.
Staliśmy przez chwilę w milczeniu, nawet na siebie nie patrząc. Teraz, kiedy wreszcie byliśmy sami, wyleciały mi z głowy wszystkie scenariusze, które ułożyłam dziś w nocy, żeby jakoś się przygotować do tej rozmowy. "Zayn, ty zacznij!" błagałam go w myślach. Mam nadzieję, że telepatia w tym wypadku podziała. Niestety. "Nadzieja matką głupich."
-Więc...
-Jen...- zaczęliśmy jednocześnie. Spojrzeliśmy szybko na siebie i zaraz spuściliśmy głowy.
-Mów pierwszy.
-Chyba powinniśmy zacząć szukać tej choinki.- och. Liczyłam na to, że powie coś innego.
-Okej.- westchnęłam i poczłapałam za nim w róg placu.
Szliśmy wzdłuż rzędów drzewek, od czasu do czasu pokazując sobie ładniejsze jodły albo świerki. Sosny były okropne, na jakieś inne nie miałam ochoty. Tylko klasyczna choinka.
-A może ta?- dotknęłam ostrożnie gałązki srebrnego świerku.
-Nie, zobacz, z tej strony już się sypie.
-Okej.
-A tamta?
-Za wysoka. Połowę trzeba będzie uciąć. Szkoda.
-Aha.- w końcu straciłam cierpliwość.
-Zayn, mieliśmy pogadać, zapomniałeś?- przez chwilę szedł w milczeniu.
-Nie, nie zapomniałem.- powiedział zachrypniętym głosem.- Boję się zacząć.
-Zayn Malik się czegoś boi?- uniosłam brwi zdziwiona.
-Tak.- podniósł głowę i spojrzał mi prosto w oczy.- Ciebie.
Aż wstrzymałam oddech.
W końcu to powiedziałem. "Boję się ciebie i tego, co mi robisz."
-C-co...?- patrzyła na mnie oniemiała, jakbym zrobił przed chwilą nie wiadomo jak szaloną rzecz. "A ja tylko przyznałem się, co tak naprawdę czuję w jej obecności..."
-Posłuchaj.- położyłem rękę na jej ramieniu.- Ja... ja po prostu nie wiem, jak się zachowywać, kiedy jesteś w pobliżu. Normalne dziewczyny... To znaczy takie... No... nie wiem, podobne do ciebie... Nigdy by się do mnie nie zbliżyły. A ty... Na tamtej pierwszej lekcji angielskiego od razu się do mnie odezwałaś, nie zraziło cię nic, co powiedziałem, nie odrzuciło cię moje zachowanie... Chciałaś znać moje imię. Nie wiedziałem, po co, przecież jestem dla ciebie kimś z zupełnie innej planety, nie należę do twojego świata, a właściwie nieba. Bo ty, Jen, jesteś jak jakiś anioł. To, co robisz, jak się uśmiechasz... To wszystko... Nie wiem, jakim trzeba być idiotą, żeby nie zwrócić na ciebie uwagi.
-Co ty mówisz, Zayn?- wyszeptała, patrząc na mnie szeroko otwartymi oczami.- Przecież ty mnie cały czas unikałeś. Nie chciałeś, żebym się zbliżała, bałeś się, że jeszcze ktoś nas razem zobaczy, bo ci popsuję reputację...
-Mam w dupie reputację.- przerwałem jej.- Nie chciałem, żebyś się do mnie zbliżała, bo bałem się, że cię zmienię, jasne? Że staniesz się taka jak ja, zepsuta do szpiku kości. Bo ja nienawidzę siebie. Próbuję wrócić do tego, kim byłem kiedyś, ale nie umiem. To, co robię... Wszystko mnie niszczy. Jestem potworem i nienawidzę siebie.- przez chwilę milczała. Spuściła głowę. "Powiedz coś..." W końcu znów spojrzała mi prosto w oczy.
-A ja cię kocham.- powiedziała pewnym głosem, ale z wyczuwalną nutką strachu.
Wbiło mnie w ziemię. "Że... że co?!!! Kocha mnie?!" Nie wiedziałem, co jej odpowiedzieć. Jakby ktoś zabrał mi głos, wyciął krtań, zostawił tylko pustkę w gardle i głowie. "No, próżnia w głowie to nic nowego..." Jak można wyłączyć ten irytujący głos podświadomości?! No, mniejsza.
Patrzyłem się na nią przerażony, a w jej oczach zaczął pojawiać się coraz wyraźniej strach. Musiałem coś powiedzieć, żeby to wszystko wyjaśnić...
-Hej! Znalazłyśmy idealna choinkę, chodźcie!- zanim się obejrzałem byłem ciągnięty w stronę niewielkiej jodły kalifornijskiej przez Macy, a moja siostra popychała przed sobą Jen. Chyba pierwszy raz w życiu byłem tak wdzięczny Saafie za pojawienie się w nieoczekiwanym momencie.
-Jest pięęęknaaa!- krzyknęła Macy.- Zobaczcie!- faktycznie, drzewko było śliczne. Ale serio, w tej chwili mam myśleć o choince?! Bez kitu, to jakaś jedna wielka farsa.
-Tak. Wspaniała.- potwierdziła Jennifer nieswoim głosem. "Ty durniu, to przez ciebie i twoje..."- Pójdę po właściciela. Kupujemy i wracamy.- patrzyłem za nią, jak odchodzi w stronę budki. Westchnąłem. Jak będę się zbierał do odpowiedzenia jej jak ta sójka za morze, to niedługo zobaczę, jak faktycznie ode mnie odchodzi i nigdy nie wraca.
-To co, zabieramy? Którą? Tą?- jednym szybkim ruchem złapał za gałęzie i wyciągnął choinkę z niewielkiego dołka w ziemi. Zaciągnął ją po zaspach w stronę maszyny zakładającej na nią siatkę i zawiązał na końcu.
-Nic jej nie będzie po takim targaniu?- Saafa patrzyła podejrzliwie na właściciela szkółki,
-Nic nie będzie!- roześmiał się tubalnie.- Każde drzewko jest odporne na masę rzeczy, spokojna głowa. 30 funtów się należy.- Jen wyjęła banknot i mu podała.- No, polecam się na przyszłość. A może pomóc przymocować? Bo trzeba to jakoś dowieźć.
-Dzięki, poradzimy sobie.- powiedziałem i wziąłem drzewko, żeby przymocować do uchwytów na dachu samochodu. Dziewczyny podreptały za mną. Gdy się obejrzałem, zobaczyłem, że Jen idzie parę kroków za nimi ze spuszczoną nisko głową. Czułem wyrzuty sumienia. "To przez to, że cię tak zamurowało i nic nie powiedziałeś. Wstydź się."
-Wsiadajcie, bo zmarzniecie.- Saafa i Macy mnie posłuchały. Jen stanęła koło mnie.
-Pomóc ci?- spytała cicho, nawet nie podnosząc wzroku. W sumie to dobrze, bo czułem, że ma oczy pełne łez.
-Nie, dzięki.- odsunęła się, żeby wsiąść do samochodu, ale złapałem ją za rękę.- Jenny? Dokończymy naszą rozmowę później, tylko odwieziemy dziewczynki do mnie, żeby ubrały tę choinkę, okej?
Przytaknęła bez słów i wsunęła się na miejsce pasażera. Za minutę w milczeniu ruszyliśmy samochodem w stronę Bradford. Powiedziałem "w milczeniu"? Taaa. Cisza panowała między mną a Jen, dziewczynki na tylnym siedzeniu nadawały za całe przedszkole.
"Boże, ale się wygłupiłam! Po co ja mu to powiedziałam?! Przecież on mnie teraz wyśmieje!!!" katowałam się tymi myślami od chwili, gdy zobaczyłam zmieniający się wyraz twarzy Zayna i strach w jego oczach. No, bo tylko ktoś taki jak ja mógł schrzanić tamtą chwilę. Teraz, w samochodzie z trudem powstrzymywałam płacz. Jak można być takim głupim i zdradzić swój największy sekret komuś, kto może z niego zrobić użytek i cię wyśmiać? Chociaż tak naprawdę nie wierzyłam, że Zayn mógłby to wywlec na forum na przykład szkoły, bo to odbiłoby się też na nim. Poza tym... to jego zachowanie ostatnio. On chyba też coś do mnie czuje. Może nie ma tego tak sprecyzowanego, ale...
-Zaczekasz? Odstawię je do domu, mama jest w środku.
-Jasne.- obserwowałam, jak odprowadza je do drzwi, krzyczy coś do kogoś, kto jest wewnątrz i za chwilę truchtem wraca do auta. Mało się nie wywalił na chodniku, ale jakoś utrzymał równowagę.
-To teraz jedziemy do ciebie.- znowu cisza. Zaraz normalnie coś rozwalę. Minęła mi faza na płacz. Teraz byłam wściekła. I to bardzo. Mój dom wyłonił się zza zakrętu. Przy kościele stał Jim z nowym organistą i o czymś z ożywieniem dyskutowali. Nawet nie zauważyli naszego przyjazdu. Po chwili ruszyli w stronę kościoła i zniknęli za drzwiami.
-Zostajesz czy wysiadasz?- zorientowałam się, że Zayn już jest na zewnątrz, a ja siedzę jak sierota i wgapiam się w okno. Wygramoliłam się z auta i po sekundzie obok mnie stanęła też choinka.- To gdzie macie stojak?
-Już niosę.- otworzyłam drzwi do domu i rzuciłam w biegu torebkę na podłogę. Popędziłam schodami w dół do piwnicy i zaczęłam grzebać w pudłach, w których przywieźliśmy stare bombki i światełka na choinkę. Zaraz, za chwilę... Mam. Wyciągnęłam zakurzony stojak i dmuchnęłam na niego, wzniecając ogromną chmurę kurzu. "Rany, zaraz zacznę kichać..." Wróciłam z powrotem na podwórko. Zayn zdjął już z choinki siatkę i naprostowywał jej gałązki.
-Chodź od tyłu domu, lepiej będzie ją wnieść przez taras do salonu.- powiedziałam i pokierowałam chłopaka na tyły podwórka. Położyliśmy choinkę na ziemi.
-Przytrzymaj pień, żebym prosto nałożył stojak.
Tak możemy rozmawiać. Zero głupich komentarzy o uczuciach, zwłaszcza tych prawdopodobnie nieodwzajemnionych, zero kontaktu wzrokowego, co się równa brak zakłopotania, plączącego się języka i problemów z oddychaniem czy niekontrolowanym płaczem. Niestety, przykręcanie stojaczka trwało zaledwie parę sekund. No jasne, Zayn jako dobry matematyk na pewno wie, pod jakim kątem ułożyć podstawkę, aby choinka stała idealnie prostopadle do podłoża. Może nawet zna na pamięć sinusa i cosinusa tego kąta... "Co ja chrzanię?!"
-No, gotowe.- mruknął i doprowadził drzewko do pionu.- Gdzie to stawiamy?
-W środku...
-A już myślałem, że na zewnątrz.- drwina czy żartem próbował rozładować sytuację? Nie wiem, tak czy owak mu nie wyszło.
-Wejdę do domu i otworzę balkon, a ty ją wniesiesz.- i nie patrząc na niego, ruszyłam z powrotem do domu. Nie zdejmując butów, weszłam do salonu i przekręciłam klamkę drzwi balkonowych. Zayn wsunął ostrożnie choinkę, prawie łamiąc jej dolne gałęzie.- Uważaj!- pisnęłam, gdy mało co nie wywalił się na choinkę, bo stanął na roztopionej grudce śniegu.
-Uważam przecież.- sapnął.- Gdzie ma stać?
-Tu w kącie.- wskazałam. Chłopak posłusznie przeciągnął drzewko na miejsce.
-Może być?- wyłączyłam myślenie o nim i całej naszej sytuacji. Musiałam się skupić na choince.
-Może przekręć troszkę w lewo...
-O tak?- wykonał polecenie.
-Jeszcze odrobinę...- przesunął.- Nie, parę centymetrów w prawo.
-Tak dobrze?- przekręciłam głowę na bok.
-Nie wiem, weź zobacz.- stanął tuż za mną. Wstrzymałam oddech. Czułam ciepło jego ciała przebijające przez nasze kurtki. "O rany, Zayn... Co ty ze mną robisz?"
-Co ty ze mną robisz?- to ja powiedziałam? Nie, to on. O Boże, to on to powiedział!
-Ja...?
-Nie, święty Mikołaj.- prychnął. No tak. Romantyzm jak zwykle szlag trafił.
-No jasne. Zawsze wszystko moja wina. Ale to ty, kiedy ci powiedziałam... coś bardzo ważnego, to nic nie powiedziałeś. Zamierzasz mnie teraz ośmieszyć? Przed innymi? Może to ty stałeś za tymi wszystkimi durnymi dowcipami, a teraz chciałeś mnie w sobie rozkochać, żeby tylko mocniej zranić? Przyznaj się!- okej, może za ostro na niego naskoczyłam. Ale mu się należało!
-Jen.
-Dobrze się z tym czujesz?! Fajnie jest ranić innych, co? Ty to wiesz, prawda?!
-Jen, przestań!- złapał mnie za ręce, którymi machałam mu przed twarzą i przycisnął je sobie do piersi.- Jestem zły, ale aż tak mnie jeszcze nie popierdoliło, jasne? I nigdy nie zrobiłbym takiego świństwa osobie, na której mi zależy!- znieruchomiałam.
-Zależy ci na mnie?- wyjąkałam cicho. "Chyba się przesłyszałam..."
-Jak cholera. Bardzo.- "Tlenu, BŁAGAM!!!"- Nie mogę ci powiedzieć, czy cię kocham, bo jeszcze tego zwyczajnie nie odkryłem, ale... Wiem, że zależy mi na tobie bardziej niż na kimkolwiek innym. Pomijając moją rodzinę.
Dobra, teraz się poryczę ze szczęścia. Patrzyłam mu w oczy i na nasze twarze powoli wypłynęły radosne uśmiechy. W pewnej chwili Zayn puścił jedną moją rękę i wyjął coś z kieszeni kurtki.
-Leżała na jednej z choinek. Może nikt nie zauważy, że ją zwinąłem.- popatrzyłam na jego dłoń. Jemioła. Parsknęłam śmiechem.
-Serio?
-A czemu nie?- odpowiedział pytaniem na pytanie i podniósł gałązkę nad naszymi głowami.
Nie czekałam na dalsze słowa. Po prostu go pocałowałam. A on to odwzajemnił.
________________________________________________________
Bardzo Was przepraszam za zwłokę :( miało być szybko, a wyszło jak zwykle...
Sorry też za błędy, jakie się pojawiają, bo na bank wszystkich nie wychwyciłam. Ogólnie nie tak miał ten rozdział wyglądać i nie jestem z niego zadowolona, ale cóż... Chciałam po prostu coś dodać. Nie wiem, kiedy kolejny. Wolę nie podawać konkretnego terminu, bo znowu mogę nie dotrzymać obietnicy, a tego bym nie chciała, naprawdę *.*
Dziękuję za obserwacje bloga, Twittera, Ask'a, za komentarze... Na dzisiaj to chyba tyle. Jestem wykończona, muszę iść spać, bo 4-5 godzin snu na dobę to nic fajnego. Zwłaszcza, gdy codziennie trzeba się zwlec o szóstej, żeby coś jeszcze powtórzyć -.-
Buziaki i jeszcze raz przepraszam :*** <3
Roxanne xD
_____________________________________________________
-Jenny, Jenny, Jenny!- Macy wpadła do domu i prawie stratowała mnie, gdy schodziłam ze schodów. Z trudem odzyskałam równowagę i przytuliłam dziewczynkę.
-Hej, skarbie. Jim cię przywiózł?
-Tak, ksiądz powiedział, że nie możesz się doczekać, kiedy mnie zobaczysz, to ja powiedziałam, żeby mnie teraz do ciebie zawiózł i prosiłam, i prosiłam, i on powiedział Rebece, że mnie weźmie na kilka godzin i teraz wyjmuje zakupy z samochodu, bo wstąpiliśmy do sklep...
-Powoli, powoli.- zaśmiałam się. "Tęskniłam za jej szczebiotem."
-Ale nie mogę powoli, bo muszę powiedzieć dużo rzeczy.
-Może opowiesz je później, co?
-A kiedy? Bo ksiądz Jim mówił, że wybierasz się po choinkę, więc może wtedy i ja pomogę ci wybrać najładniejsze drzewko, bo u nas już stoi i sypie igłami!- mogłam się domyślić, że Jim wymyśli coś, żebyśmy nie mieli chwilki spokoju na pogadanie. Ech, mam dość.
-Jen? Słuchaj, tu mamy zakupy, postawię je w kuchni i lecę...
-Jim, stop!- zatrzymałam go w ostatniej chwili.- Wiesz, że chciałam pogadać z Zaynem na osobności, znowu nam się nie uda!- powiedziałam przyciszonym głosem.
-To akurat nie był mój pomysł.- założył czapkę.- Coś wymyślicie. Ja muszę iść. Growtersowie wydają córkę za mąż, ślub w Boże Narodzenie, potrzebne im nauki przedmałżeńskie. Pa!- wybiegł z domu i pognał przez brejowaty śnieg w kierunku kościoła. W połowie drogi obejrzał się i biegnąc tyłem, wrzasnął na cały głos.- Jennifer, Zayn jedzie!!!
Faktycznie, zza zakrętu wyłoniło się znajome auto. "Ciekawe, czy Jim dałby radę ogłosić to odrobinę ciszej?" zakpiłam w myślach. Krzyknął tak, że pan Malik bankowo słyszał to w zamkniętym samochodzie.
-Cześć.- usłyszałam cichy głos. Spojrzałam na chłopaka wysiadającego z auta.
-Hej.- uśmiechnęłam się szeroko na jego widok. "Mimo wszystko, mimo tego stresu spowodowanego czekającą mnie rozmową... Tak straszne się cieszę, że cię widzę!"
-Cześć, Zayn!- pisnęła Macy, wyskakując z jakiegoś pokoju. Zdziwił się na jej widok, ale zaraz uśmiechnął się krzywo.
-Widzę, że mieliśmy tego samego pecha.- mruknął, pokazując na samochód. Ze środka energicznie machała do mnie Safaa. "No, to może dziewczynki czymś się zajmą, a my spokojnie pogadamy..."
-Taa. To my się już ubieramy i możemy jechać.- skinął głową i wrócił do samochodu. Pospiesznie obwiązałam szyję Macy kolorowym szaliczkiem, wcisnęłam jej czapkę na głowę i podałam rękawiczki. Na szczęście nie zdążyła zdjąć kurtki. Ekspresowo złapałam swój płaszcz, torbę i pobiegłyśmy w stronę auta.
-Nie zamierzasz zamknąć domu?- Zayn popatrzył na mnie kpiąco. Strzeliłam się z otwartej dłoni w czoło i potruchtałam z powrotem pod drzwi, by zorientować się, że klucze były w torebce, którą zostawiłam inteligentnie w samochodzie. "No, cholera jasna!" Klnąc pod nosem, wróciłam do auta, wzięłam torebkę i ignorując tłumiony śmiech Zayna i bardzo głośny chichot dwóch smarkul na tylnym siedzeniu, przekręciłam klucz w zamku.
-Jedziemy.- wymamrotałam, pakując się na siedzenie pasażera.
-A tylne drzwi?- spojrzałam na niego morderczo. Wybuchnął śmiechem. "I teraz dylemat: zabić go za te drwiny czy utonąć w jego boskim uśmiechu???"
-A może wreszcie ruszysz?- odpaliłam. Pokręcił głową i ciągle chichocząc, uruchomił silnik i ruszyliśmy w drogę. Byłam odwrócona do okna, ale i tak widziałam jego odbicie na szybie. I nie mogłam powstrzymać szerokiego uśmiechu. "Znów się śmiał! Przy mnie!" Jakby mi ktoś normalnie dodał skrzydeł.
-Masz jakieś konkretne miejsce?- spytał, zatrzymując się na czerwonym świetle.
-Nie wiem.- zerknęłam na niego.- Jestem tu dopiero od czerwca, nie mam pojęcia, gdzie się kupuje choinki.
-To chyba... Sam nie wiem... Za miastem jest chyba szkółka. Tak mi się wydaje.
-Nigdy nie kupowałeś choinki?- popatrzyłam na Zayna jak na kosmitę. "Mega przystojnego kosmitę... Jezu, rzuca mi się na mózg!!!"
-Nie.- okeeej.
-Niemożliwe.
-Możliwe.
-Ale jakim cudem?
-Jestem muzułmaninem.- moja szczęka chyba spadła pod koła samochodu. Zayn zerknął na mnie niespokojnie.- Przeszkadza ci to?
-Co? Nie. Nie! Tylko... jakby to... No, nie spodziewałam się.
-Wiesz, nie wrzeszczę na całą szkołę, jakiego jestem wyznania.- prychnął.
-Czyli nie obchodzisz świąt?- spytałam, otrząsając się z szoku.
-Nie. Chociaż ze względu na Saafę i Waliyhę mama wymyśliła, że będziemy organizować jakieś prezenty, choinkę... Ale to ona się tym zajmowała. Wiesz, bez tej otoczki bożonarodzeniowej.
-Zayn, a weźmiemy dla nas choinkę?- zapytała z tylnego siedzenia Saafa.
-Przecież już stoi na balkonie, dziś ją będziesz ubierać. Mam wczoraj przywiozła.
-Nie wiedziałam!
-To teraz już wiesz.
-Chcesz nam pomóc ubierać?- Saafa zwróciła się do Macy. Oczy dziewczynki aż rozbłysły.
-Mogę?!
-Saafa, Macy będzie musiała wrócić do domu.- odezwałam się cicho. Moja przyjaciółka posmutniała. Trzeba coś zrobić.- Ale mogę zadzwonić do Rebeki, czy pozwoli ci zostać trochę dłużej z nami.- dodałam szybko. Macy znowu się uśmiechnęła.
-Tak, tak, tak! Dzwoń! Dzwoń!- nie miałam wyjścia, musiałam wyciągnąć telefon i wykręcić numer opiekunki domu dziecka.
-Tak, Jenny? Coś się stało? Znowu jesteście, nie daj Boże, na izbie przyjęć?!
-Nie, nie, nie... Spokojnie, Rebecco. Wszystko jest pod kontrolą, tylko chciałam się zapytać, czy Macy nie mogłaby zostać ze mną trochę dłużej.
-Trochę dłużej, czyli...?
-Do osiemnastej?- zaproponowałam. "Chyba przesadziłam, nie zgodzi się..."
-Siedemnasta, dobrze? Osiemnasta to troszkę za późno. I pilnuj, proszę, żeby sobie nic nie zrobiła.
-Załatwione, dziękuję bardzo.- rozłączyłam się i odwróciłam do Macy.- Masz trzy dodatkowe godziny. Zadowolona?
-Jeszcze jak!- wrzasnęła radośnie i razem z Saafą mocno się uściskały. W życiu bym nie pomyślała, że mogą się dogadać, przecież Saafa jest od niej parę ładnych lat starsza.
-Dojeżdżamy.- oznajmił Zayn, skręcając w szeroką leśną drogę.
Byliśmy poza miastem, śnieg tutaj nie stopniał i tworzył cudowne, skrzące się w słońcu zaspy i białe czapy na gałęziach drzew. Za chwilę las się przerzedził i przejechaliśmy przez dużą bramę. Zayn zaparkował obok kilku innych samochodów i wysiedliśmy z auta. Przed nami rozciągał się ogromny plac, cały zapełniony iglakami różnej wielkości i gatunku. Z domku obok bramy wyszedł jakiś gruby, niski mężczyzna i podszedł do nas z szerokim uśmiechem.
-Choineczkę dla państwa?
-Tak.- wszyscy razem przytaknęliśmy.
-Jaką? Jodełka, świerk, może daglezja?
-A... możemy się rozejrzeć sami? Jak nam coś wpadnie w oko, to powiemy.- Zayn posłał gościowi wymowne spojrzenie.
-Nie ma sprawy. Jakby co, to w budce jestem.- i wrócił do domku.
-To co?- Saafa rozglądała się wokół uradowana.- Którą bierzemy?
-Trzeba się zastanowić.- powiedziałam, rozglądając się dookoła.- Może popatrzycie tam i powiecie, która wam się najbardziej podoba? My pójdziemy tu.- specjalnie wskazałam na dwie różne strony placu. W końcu mieliśmy dziś z Zaynem pogadać, co nie?!
-Dobra!
-Saafa, czekaj chwilę,- dziewczynka zatrzymała się, patrząc na mnie z niecierpliwością.- Uważaj na Macy, bardzo cię proszę. Nie chcę znowu jechać z nią do szpitala.
-Jasna sprawa.- i pobiegła za moją małą przyjaciółką.
Staliśmy przez chwilę w milczeniu, nawet na siebie nie patrząc. Teraz, kiedy wreszcie byliśmy sami, wyleciały mi z głowy wszystkie scenariusze, które ułożyłam dziś w nocy, żeby jakoś się przygotować do tej rozmowy. "Zayn, ty zacznij!" błagałam go w myślach. Mam nadzieję, że telepatia w tym wypadku podziała. Niestety. "Nadzieja matką głupich."
-Więc...
-Jen...- zaczęliśmy jednocześnie. Spojrzeliśmy szybko na siebie i zaraz spuściliśmy głowy.
-Mów pierwszy.
-Chyba powinniśmy zacząć szukać tej choinki.- och. Liczyłam na to, że powie coś innego.
-Okej.- westchnęłam i poczłapałam za nim w róg placu.
Szliśmy wzdłuż rzędów drzewek, od czasu do czasu pokazując sobie ładniejsze jodły albo świerki. Sosny były okropne, na jakieś inne nie miałam ochoty. Tylko klasyczna choinka.
-A może ta?- dotknęłam ostrożnie gałązki srebrnego świerku.
-Nie, zobacz, z tej strony już się sypie.
-Okej.
-A tamta?
-Za wysoka. Połowę trzeba będzie uciąć. Szkoda.
-Aha.- w końcu straciłam cierpliwość.
-Zayn, mieliśmy pogadać, zapomniałeś?- przez chwilę szedł w milczeniu.
-Nie, nie zapomniałem.- powiedział zachrypniętym głosem.- Boję się zacząć.
-Zayn Malik się czegoś boi?- uniosłam brwi zdziwiona.
-Tak.- podniósł głowę i spojrzał mi prosto w oczy.- Ciebie.
Aż wstrzymałam oddech.
W końcu to powiedziałem. "Boję się ciebie i tego, co mi robisz."
-C-co...?- patrzyła na mnie oniemiała, jakbym zrobił przed chwilą nie wiadomo jak szaloną rzecz. "A ja tylko przyznałem się, co tak naprawdę czuję w jej obecności..."
-Posłuchaj.- położyłem rękę na jej ramieniu.- Ja... ja po prostu nie wiem, jak się zachowywać, kiedy jesteś w pobliżu. Normalne dziewczyny... To znaczy takie... No... nie wiem, podobne do ciebie... Nigdy by się do mnie nie zbliżyły. A ty... Na tamtej pierwszej lekcji angielskiego od razu się do mnie odezwałaś, nie zraziło cię nic, co powiedziałem, nie odrzuciło cię moje zachowanie... Chciałaś znać moje imię. Nie wiedziałem, po co, przecież jestem dla ciebie kimś z zupełnie innej planety, nie należę do twojego świata, a właściwie nieba. Bo ty, Jen, jesteś jak jakiś anioł. To, co robisz, jak się uśmiechasz... To wszystko... Nie wiem, jakim trzeba być idiotą, żeby nie zwrócić na ciebie uwagi.
-Co ty mówisz, Zayn?- wyszeptała, patrząc na mnie szeroko otwartymi oczami.- Przecież ty mnie cały czas unikałeś. Nie chciałeś, żebym się zbliżała, bałeś się, że jeszcze ktoś nas razem zobaczy, bo ci popsuję reputację...
-Mam w dupie reputację.- przerwałem jej.- Nie chciałem, żebyś się do mnie zbliżała, bo bałem się, że cię zmienię, jasne? Że staniesz się taka jak ja, zepsuta do szpiku kości. Bo ja nienawidzę siebie. Próbuję wrócić do tego, kim byłem kiedyś, ale nie umiem. To, co robię... Wszystko mnie niszczy. Jestem potworem i nienawidzę siebie.- przez chwilę milczała. Spuściła głowę. "Powiedz coś..." W końcu znów spojrzała mi prosto w oczy.
-A ja cię kocham.- powiedziała pewnym głosem, ale z wyczuwalną nutką strachu.
Wbiło mnie w ziemię. "Że... że co?!!! Kocha mnie?!" Nie wiedziałem, co jej odpowiedzieć. Jakby ktoś zabrał mi głos, wyciął krtań, zostawił tylko pustkę w gardle i głowie. "No, próżnia w głowie to nic nowego..." Jak można wyłączyć ten irytujący głos podświadomości?! No, mniejsza.
Patrzyłem się na nią przerażony, a w jej oczach zaczął pojawiać się coraz wyraźniej strach. Musiałem coś powiedzieć, żeby to wszystko wyjaśnić...
-Hej! Znalazłyśmy idealna choinkę, chodźcie!- zanim się obejrzałem byłem ciągnięty w stronę niewielkiej jodły kalifornijskiej przez Macy, a moja siostra popychała przed sobą Jen. Chyba pierwszy raz w życiu byłem tak wdzięczny Saafie za pojawienie się w nieoczekiwanym momencie.
-Jest pięęęknaaa!- krzyknęła Macy.- Zobaczcie!- faktycznie, drzewko było śliczne. Ale serio, w tej chwili mam myśleć o choince?! Bez kitu, to jakaś jedna wielka farsa.
-Tak. Wspaniała.- potwierdziła Jennifer nieswoim głosem. "Ty durniu, to przez ciebie i twoje..."- Pójdę po właściciela. Kupujemy i wracamy.- patrzyłem za nią, jak odchodzi w stronę budki. Westchnąłem. Jak będę się zbierał do odpowiedzenia jej jak ta sójka za morze, to niedługo zobaczę, jak faktycznie ode mnie odchodzi i nigdy nie wraca.
-To co, zabieramy? Którą? Tą?- jednym szybkim ruchem złapał za gałęzie i wyciągnął choinkę z niewielkiego dołka w ziemi. Zaciągnął ją po zaspach w stronę maszyny zakładającej na nią siatkę i zawiązał na końcu.
-Nic jej nie będzie po takim targaniu?- Saafa patrzyła podejrzliwie na właściciela szkółki,
-Nic nie będzie!- roześmiał się tubalnie.- Każde drzewko jest odporne na masę rzeczy, spokojna głowa. 30 funtów się należy.- Jen wyjęła banknot i mu podała.- No, polecam się na przyszłość. A może pomóc przymocować? Bo trzeba to jakoś dowieźć.
-Dzięki, poradzimy sobie.- powiedziałem i wziąłem drzewko, żeby przymocować do uchwytów na dachu samochodu. Dziewczyny podreptały za mną. Gdy się obejrzałem, zobaczyłem, że Jen idzie parę kroków za nimi ze spuszczoną nisko głową. Czułem wyrzuty sumienia. "To przez to, że cię tak zamurowało i nic nie powiedziałeś. Wstydź się."
-Wsiadajcie, bo zmarzniecie.- Saafa i Macy mnie posłuchały. Jen stanęła koło mnie.
-Pomóc ci?- spytała cicho, nawet nie podnosząc wzroku. W sumie to dobrze, bo czułem, że ma oczy pełne łez.
-Nie, dzięki.- odsunęła się, żeby wsiąść do samochodu, ale złapałem ją za rękę.- Jenny? Dokończymy naszą rozmowę później, tylko odwieziemy dziewczynki do mnie, żeby ubrały tę choinkę, okej?
Przytaknęła bez słów i wsunęła się na miejsce pasażera. Za minutę w milczeniu ruszyliśmy samochodem w stronę Bradford. Powiedziałem "w milczeniu"? Taaa. Cisza panowała między mną a Jen, dziewczynki na tylnym siedzeniu nadawały za całe przedszkole.
"Boże, ale się wygłupiłam! Po co ja mu to powiedziałam?! Przecież on mnie teraz wyśmieje!!!" katowałam się tymi myślami od chwili, gdy zobaczyłam zmieniający się wyraz twarzy Zayna i strach w jego oczach. No, bo tylko ktoś taki jak ja mógł schrzanić tamtą chwilę. Teraz, w samochodzie z trudem powstrzymywałam płacz. Jak można być takim głupim i zdradzić swój największy sekret komuś, kto może z niego zrobić użytek i cię wyśmiać? Chociaż tak naprawdę nie wierzyłam, że Zayn mógłby to wywlec na forum na przykład szkoły, bo to odbiłoby się też na nim. Poza tym... to jego zachowanie ostatnio. On chyba też coś do mnie czuje. Może nie ma tego tak sprecyzowanego, ale...
-Zaczekasz? Odstawię je do domu, mama jest w środku.
-Jasne.- obserwowałam, jak odprowadza je do drzwi, krzyczy coś do kogoś, kto jest wewnątrz i za chwilę truchtem wraca do auta. Mało się nie wywalił na chodniku, ale jakoś utrzymał równowagę.
-To teraz jedziemy do ciebie.- znowu cisza. Zaraz normalnie coś rozwalę. Minęła mi faza na płacz. Teraz byłam wściekła. I to bardzo. Mój dom wyłonił się zza zakrętu. Przy kościele stał Jim z nowym organistą i o czymś z ożywieniem dyskutowali. Nawet nie zauważyli naszego przyjazdu. Po chwili ruszyli w stronę kościoła i zniknęli za drzwiami.
-Zostajesz czy wysiadasz?- zorientowałam się, że Zayn już jest na zewnątrz, a ja siedzę jak sierota i wgapiam się w okno. Wygramoliłam się z auta i po sekundzie obok mnie stanęła też choinka.- To gdzie macie stojak?
-Już niosę.- otworzyłam drzwi do domu i rzuciłam w biegu torebkę na podłogę. Popędziłam schodami w dół do piwnicy i zaczęłam grzebać w pudłach, w których przywieźliśmy stare bombki i światełka na choinkę. Zaraz, za chwilę... Mam. Wyciągnęłam zakurzony stojak i dmuchnęłam na niego, wzniecając ogromną chmurę kurzu. "Rany, zaraz zacznę kichać..." Wróciłam z powrotem na podwórko. Zayn zdjął już z choinki siatkę i naprostowywał jej gałązki.
-Chodź od tyłu domu, lepiej będzie ją wnieść przez taras do salonu.- powiedziałam i pokierowałam chłopaka na tyły podwórka. Położyliśmy choinkę na ziemi.
-Przytrzymaj pień, żebym prosto nałożył stojak.
Tak możemy rozmawiać. Zero głupich komentarzy o uczuciach, zwłaszcza tych prawdopodobnie nieodwzajemnionych, zero kontaktu wzrokowego, co się równa brak zakłopotania, plączącego się języka i problemów z oddychaniem czy niekontrolowanym płaczem. Niestety, przykręcanie stojaczka trwało zaledwie parę sekund. No jasne, Zayn jako dobry matematyk na pewno wie, pod jakim kątem ułożyć podstawkę, aby choinka stała idealnie prostopadle do podłoża. Może nawet zna na pamięć sinusa i cosinusa tego kąta... "Co ja chrzanię?!"
-No, gotowe.- mruknął i doprowadził drzewko do pionu.- Gdzie to stawiamy?
-W środku...
-A już myślałem, że na zewnątrz.- drwina czy żartem próbował rozładować sytuację? Nie wiem, tak czy owak mu nie wyszło.
-Wejdę do domu i otworzę balkon, a ty ją wniesiesz.- i nie patrząc na niego, ruszyłam z powrotem do domu. Nie zdejmując butów, weszłam do salonu i przekręciłam klamkę drzwi balkonowych. Zayn wsunął ostrożnie choinkę, prawie łamiąc jej dolne gałęzie.- Uważaj!- pisnęłam, gdy mało co nie wywalił się na choinkę, bo stanął na roztopionej grudce śniegu.
-Uważam przecież.- sapnął.- Gdzie ma stać?
-Tu w kącie.- wskazałam. Chłopak posłusznie przeciągnął drzewko na miejsce.
-Może być?- wyłączyłam myślenie o nim i całej naszej sytuacji. Musiałam się skupić na choince.
-Może przekręć troszkę w lewo...
-O tak?- wykonał polecenie.
-Jeszcze odrobinę...- przesunął.- Nie, parę centymetrów w prawo.
-Tak dobrze?- przekręciłam głowę na bok.
-Nie wiem, weź zobacz.- stanął tuż za mną. Wstrzymałam oddech. Czułam ciepło jego ciała przebijające przez nasze kurtki. "O rany, Zayn... Co ty ze mną robisz?"
-Co ty ze mną robisz?- to ja powiedziałam? Nie, to on. O Boże, to on to powiedział!
-Ja...?
-Nie, święty Mikołaj.- prychnął. No tak. Romantyzm jak zwykle szlag trafił.
-No jasne. Zawsze wszystko moja wina. Ale to ty, kiedy ci powiedziałam... coś bardzo ważnego, to nic nie powiedziałeś. Zamierzasz mnie teraz ośmieszyć? Przed innymi? Może to ty stałeś za tymi wszystkimi durnymi dowcipami, a teraz chciałeś mnie w sobie rozkochać, żeby tylko mocniej zranić? Przyznaj się!- okej, może za ostro na niego naskoczyłam. Ale mu się należało!
-Jen.
-Dobrze się z tym czujesz?! Fajnie jest ranić innych, co? Ty to wiesz, prawda?!
-Jen, przestań!- złapał mnie za ręce, którymi machałam mu przed twarzą i przycisnął je sobie do piersi.- Jestem zły, ale aż tak mnie jeszcze nie popierdoliło, jasne? I nigdy nie zrobiłbym takiego świństwa osobie, na której mi zależy!- znieruchomiałam.
-Zależy ci na mnie?- wyjąkałam cicho. "Chyba się przesłyszałam..."
-Jak cholera. Bardzo.- "Tlenu, BŁAGAM!!!"- Nie mogę ci powiedzieć, czy cię kocham, bo jeszcze tego zwyczajnie nie odkryłem, ale... Wiem, że zależy mi na tobie bardziej niż na kimkolwiek innym. Pomijając moją rodzinę.
Dobra, teraz się poryczę ze szczęścia. Patrzyłam mu w oczy i na nasze twarze powoli wypłynęły radosne uśmiechy. W pewnej chwili Zayn puścił jedną moją rękę i wyjął coś z kieszeni kurtki.
-Leżała na jednej z choinek. Może nikt nie zauważy, że ją zwinąłem.- popatrzyłam na jego dłoń. Jemioła. Parsknęłam śmiechem.
-Serio?
-A czemu nie?- odpowiedział pytaniem na pytanie i podniósł gałązkę nad naszymi głowami.
Nie czekałam na dalsze słowa. Po prostu go pocałowałam. A on to odwzajemnił.
________________________________________________________
Bardzo Was przepraszam za zwłokę :( miało być szybko, a wyszło jak zwykle...
Sorry też za błędy, jakie się pojawiają, bo na bank wszystkich nie wychwyciłam. Ogólnie nie tak miał ten rozdział wyglądać i nie jestem z niego zadowolona, ale cóż... Chciałam po prostu coś dodać. Nie wiem, kiedy kolejny. Wolę nie podawać konkretnego terminu, bo znowu mogę nie dotrzymać obietnicy, a tego bym nie chciała, naprawdę *.*
Dziękuję za obserwacje bloga, Twittera, Ask'a, za komentarze... Na dzisiaj to chyba tyle. Jestem wykończona, muszę iść spać, bo 4-5 godzin snu na dobę to nic fajnego. Zwłaszcza, gdy codziennie trzeba się zwlec o szóstej, żeby coś jeszcze powtórzyć -.-
Buziaki i jeszcze raz przepraszam :*** <3
Roxanne xD
Subskrybuj:
Posty (Atom)