Dzień pierwszy po wyjawieniu prawdy.
Wypaliłem trzy paczki papierosów. Nie poszedłem do tej pieprzonej szkoły. Olałem zajęcia teatralne. Zresztą nie ja jeden. Niall usłużnie mnie poinformował, że Jennifer również się nie pojawiła.
Dzień drugi.
Tym razem dwie i pół paczki. Safaa wyciągnęła mnie na plac zabaw. Nigdzie jej nie widziałem, a specjalnie wybrałem drogę na piechotę.
Dzień trzeci.
Rozchorowałem się po tym, jak wystawałem późnym wieczorem pod jej bramą. Była tam. U siebie na boisku. Rzucała do kosza z zawziętością godną zawodnika ligi NBA. Nie przepuściła żadnej okazji. Za to ja zmarnowałem szansę na wykrzyczenie jeszcze jednego "przepraszam". Wróciłem, przeklinając pod nosem siebie, swoje tchórzostwo, tamten czerwcowy wieczór i deszcz, który jak na złość lunął z nieba. Pewnie przez niego dziś przeleżałem w łóżku cały dzień.
Dzień czwarty.
Mama wygoniła mnie do szkoły. Powlokłem się tam, jak na ścięcie. I w sumie mogłem zostać w domu.
Była tam. Cudowna, piękna, jak zwykle. Ale widać było, jak bardzo odbiły się na niej ostatnie wydarzenia. Miała podkrążone oczy, chyba zapadnięte policzki... I zero uśmiechu. Przez cały dzień nie uśmiechnęła się ani razu. Chyba każdy to spostrzegł, bo zwykle swoim przepięknym uśmiechem wręcz rozświetlała szkolny korytarz.
Na mój widok odwróciła się i odeszła. Z zaszklonymi oczami.
Dzień piąty.
Znów nie poszedłem na zajęcia. Hollins mnie zabije.
"Chociaż w sumie to nie byłoby takie złe, gdybym wreszcie zniknął z powierzchni ziemi." Zamiast tego poszedłem do kościoła. Miałem pewność, że Jenny była w audytorium. Dzięki temu mogłem na spokojnie pogadać z Jimem. O ile na wstępie nie da mi w gębę i nie zadzwoni po policję.
W kościele było cicho i ciemno. Tylko mała lampka świeciła przed ołtarzem, tworząc cienie na wiszącym krzyżu. Rozejrzałem się za księdzem, ale nigdzie nie mogłem go dostrzec. W końcu usiadłem w jednej z ławek. W końcu musiał się pojawić. Mimowolnie zerknąłem na krzyż. Ten człowiek wiszący na nim... Jezus, chyba. Ależ to musiało cholernie boleć. To znaczy, strasznie, strasznie boleć. Może lepiej, żebym nie przeklinał w kościele. Nawet w myślach.
"Czy ją bolało tak samo, gdy okazało się, że jestem mordercą?" Chyba nie aż tak.
-No, tutaj się ciebie nie spodziewałem.- Głos Jima odbił się echem w całym kościele. Zerwałem się na równe nogi, ale powstrzymał mnie gestem ręki.- Siedź.
Wsunął się w ławkę przede mną i usiadł bokiem, żeby nie odwracać się tyłem ani do mnie, ani do ołtarza. Przez chwilę siedzieliśmy w ciszy.
-Jenny... Powiedziała ci?- Wychrypiałem po chyba pół godzinie milczenia.
-O wypadku? Tak, powiedziała.- Odpowiedział spokojnie. Podniosłem na niego wzrok.
-I nic cię to nie obeszło?- Zdziwiłem się. Uśmiechnął się drwiąco pod nosem.
-Nie jestem nieczuły, Zayn. Ja po prostu się z tym pogodziłem. Trudno. Stało się.
-Ja naprawdę nie chciałem...- Jęknąłem i pozwoliłem tym tłumionym przez pięć dni łzom wypłynąć z moich oczu.
-Wiem. Jennifer nie powiedziała mi dokładnie całej historii, ale wiem, że nie chciałeś tego zrobić. Nie potrafiłbyś. Nie jesteś takim człowiekiem.
-Skąd wiesz?- Oparłem łokcie na kolanach i schowałem twarz w dłoniach.- Ja jestem złym człowiekiem. Zrobiłem tyle rzeczy, których żałuję... Ale ta jest najgorsza. Nie potrafię... Nie potrafię się pogodzić z myślą, że kogoś zabiłem.- Ksiądz przez moment się nie odzywał.
-Wiesz, co to jest spowiedź, Zayn? To wyznanie wszystkich grzechów, wszystkich złych uczynków, których się w życiu dokonało. I jest pięć warunków, żeby ją dobrze wypełnić. Chcesz to zrobić?
-Nie jestem przecież katolikiem.- Popatrzyłem na niego niepewnie.- Nie jestem chyba nawet dobrym muzułmaninem. Ja już sam, cholera, nie wiem, kim jestem!- Załamałem się totalnie. Jim położył rękę na moim ramieniu.
-Na pewno jesteś człowiekiem. A każdy człowiek, każdy z nas jest dzieckiem Boga. Jeżeli jesteś dobry, to nie ma znaczenia, czy jesteś ateistą, buddystą czy innym wyznawcą. Jeżeli postępujesz w zgodzie z sumieniem, nawet nieświadomie według przykazań, to jesteś kimś wiele wartym w oczach Boga.
-To co mam zrobić?- Przygryzłem wargę, mocno się nad tym zastanawiając. Może nie był to taki zły pomysł.
-Pierwszy krok to rachunek sumienia. Musisz wyznać wszystkie swoje grzechy, wszystko, co źle zrobiłeś. Jeżeli czegoś zapomnisz, to nic nie szkodzi. Potem żal za grzechy. Ja już widzę, że tego żałujesz. Widać to po twojej postawie, ciężar tego, co zrobiłeś cię przygniata, nie pozwala dobrze żyć. Kolejny punkt to mocne postanowienie poprawy. Ten etap chyba też mamy już za sobą. No, to zostaje szczera spowiedź i zadośćuczynienie.
-Zadośćuczynienie?- Zmarszczyłem brwi.
-Rewanż. Zrób wszystko, żeby wynagrodzić to, co zrobiłeś. Niekoniecznie odbyć karę. Czasem starczy dać coś od siebie w zamian.
Krok po kroku, od słowa do słowa, z pomocą Jima udało mi się przebrnąć przez ten paskudny okres w moim życiu, jakim był ostatnie lata. Nigdy jeszcze z taką szczerością nie powiedziałem nikomu o tym wszystkim, co zrobiłem, o ludziach, których zraniłem, o rzeczach, które zniszczyłem. Dopiero teraz w pełni uświadomiłem sobie, jak bardzo nie rozumiałem siebie samego i jak często ulegałem innym, nie wiedząc nawet, po co to robię. Znów polały się łzy bezsilności i wielkiego żalu. Znów czułem się jak dziecko, które oczekuje kary za jakąś psotę. Tylko, że moja kara powinna być sto razy większa, proporcjonalnie do tego, co nawyczyniałem.
-Zayn.- Podniosłem czerwone, załzawione oczy na Jima, który jeszcze przed chwilą modlił się w skupieniu, a teraz uśmiechał się do mnie z radością. Położył rękę na mojej głowie.- Bóg odpuścił tobie wszystkie twoje grzechy.
Poczułem, jakby wielki kamień spadł mi z serca. Od razu lżej. Tablica wymazana gumką, czyste konto na przyszłość.
-Dziękuję.- Niewiele myśląc, pochyliłem się i mocno go uściskałem.
-Dobra, spokojnie.- Zaśmiał się i odsunął mnie od siebie.- Podziękuj Jemu, nie mnie. Ja jestem tylko pośrednikiem.- Wskazał ręką na krzyż.
-A co z tym zadośćuczynieniem?- Zapytałem szybko, widząc, że Jim podnosi się i wychodzi z ławki.
-On ci powie, co zrobić. Będziesz wiedział. A ja... Ja ci już dawno wybaczyłem. U mnie masz luz, stary.- Mrugnął do mnie porozumiewawczo i przyklęknął przed ołtarzem, by za chwilę zniknąć za drzwiami zakrystii.
-Dlaczego nie pójdziemy do Safy?- Marudziła Macy, a ja miałam ochotę krzyczeć na cały głos.
"Nie! Nie pójdziemy do Safy, bo tam jest Zayn! Morderca! Niszczyciel rodzin!"
-Nie możemy odwiedzić Safy bez zapowiedzi... Poza tym, obiecałam Jimowi, że zaniosę te książki.
-Muszę iść z tobą?
-Jesteś pod moją opieką, chcę cię mieć na oku. Nie zostawię cię przecież samej.- Żartobliwie poczochrałam jej grzywkę.
-Może Zayn mógłby ze mną zostać.- Zacisnęłam powieki i powoli wypuściłam powietrze z płuc.
"Nie, Macy, Zayn nie może z tobą zostać!"
-Macy... Zayn jest teraz trochę zajęty...
-Pokłóciliście się, prawda?- Dzieci mnie zadziwiają. Potrafią dostrzec tyle szczegółów, o wiele więcej niż dorośli. Jakim cudem potem się traci tę umiejętność?
-Tak. Nie rozmawiamy ze sobą.- Przyznałam cicho, przeprowadzając dziewczynkę przez ulicę.
-On cię kocha, wiesz?- Jeszcze jedno takie zdanie, a wybuchnę płaczem. I tak już dużo łez wypłakałam w tym tygodniu. Wystarczy.
-Chcesz zadzwonić do drzwi?- Zaproponowałam, zmieniając temat. Macy podbiegła do furtki i nacisnęła kilka razy dzwonek.
-Już idę!- Drzwi się otworzyły i na podwórko wyszła Agnes.- Dzień dobry, Jennifer.- Przywitała się, ustępując nam miejsca w wejściu.
-Jim prosił mnie, żebym ci to przyniosła.- Podałam jej sporą paczkę z książkami.- Jak się czujesz?
-Dobrze. Fizycznie, bo psychicznie nie bardzo.- Biedna kobieta. Tak bardzo współczułam jej utraty córki. Doskonale wiedziałam, jak się czuje, w końcu też zmarli moi bliscy.
"I znów o nim myślisz..."
-Będzie dobrze.- Pogłaskałam ją uspokajająco po ramieniu.
-Mam nadzieję.
-Co się pani stało?- Macy z zafascynowaniem obserwowała szeroką bliznę na policzku Agnes. Pozostałość po wypadku.
-Nic takiego.- Agnes jakby dopiero teraz zauważyła dziewczynkę.- Jak masz na imię?
-Macy. Jestem jej przyjaciółką!- Pochwaliła się, wskazując na mnie palcem.
-A masz może ochotę na ciasteczka?
-A jakie?
-Ulubione ciasteczka Kat...- Ugryzła się w język.
-Pewnie, że mam ochotę!- Macy nie czekając na zaproszenie, wcisnęła się do domu.- Ale tu ładnie!
-Mam nadzieję, że nie będziemy przeszkadzać.- Odezwałam się, wchodząc do domu.
-Nie, skąd. Teraz, gdy Winston jest w pracy, a nie ma Katie jest tu tak pusto.- Westchnęła, zamykając drzwi.- Dlatego prosiłam księdza o jakieś książki. Żeby czymś się zająć. Na pracę jeszcze za wcześnie, ciągle jestem na zwolnieniu.
-Co to za dziewczynka?- Dobiegł nas głos Macy. Weszłyśmy do salonu. Moja mała przyjaciółka wpatrywała się w zdjęcie Katie, stojące na regale.
-To moja córeczka.- Odpowiedziała cicho Agnes.
-I gdzie ona teraz jest?
-Macy.- Upomniałam ją, ale nie zwróciła nawet uwagi na mój stanowczy ton.
-W niebie.
-Jak moi rodzice...- Macy wróciła do oglądania zdjęć, a Agnes nie spuszczała z niej uważnego wzroku.
Stałam pod koszem, próbując skupić się na celnych rzutach. Nie wychodziło. Przez moje nieobecności wywalono mnie z drużyny. Nie będę mogła zagrać w zawodach. Dziś trenerka mi to powiedziała.
Rzuciłam z wyskoku, ale piłka tylko odbiła się od obręczy. Złapałam ją i spróbowałam wykonać dwutakt. Piłka przeleciała nad koszem. Szlag. Rzuciłam nią z całej siły o ścianę domu i gwizdnęłam umówiony sygnał. Jim zaraz wybiegł z domu.
-Co ty robisz? Bawisz się buldożera? Prawie nam chatkę przewróciło.- Podniósł piłkę i szybkim ruchem umieścił ją w koszu. Dwa punkty. Farciarz.
-Wyrzucili mnie z drużyny.- Powiedziałam ponuro, kładąc się na trawie.
-A mówiłem, nie siedź w domu, tylko rusz ten tyłek do szkoły.- Zaczął kozłować pomiędzy nogami. Śmiesznie to wyglądało, koniec sutanny trzymał zwinięty w kłębek w jednej ręce, a drugą próbował odbijać piłkę.
-Pocieszaj mnie dalej.- Warknęłam i zasłoniłam oczy ręką.
-Zayn u mnie był.- Powiedział Jim po chwili milczenia. Odsunęłam rękę z twarzy.
-Kiedy?
-Jakieś dwa tygodnie temu.- Puścił piłkę wolno i usiadł naprzeciwko mnie.- Przyszedł do kościoła.
-Wow. Myślałby kto, że taki święty.- Zakpiłam, zamykając ponownie oczy. Temat Zayna dalej bolał jak cholera i miałam dosyć tego, że co pięć sekund każdy go porusza. Scarlett pyta, co się stało, Danielle próbuje wymyślić sposób na pogodzenie nas, Eleanor jest smutna, bo wszystkie związki, włącznie z jej, się rozpadają, Liam dziwi się, że takie całkowicie różne osoby wytrzymały ze sobą tak długo, Niall nic nie ogarnia i próbuje wyciągnąć ze mnie prawdę, a Harry, od kiedy wczłapał do szkoły o kulach, próbuje zrobić wszystko, żeby mi wynagrodzić to, co do tej pory robił, czym doprowadza mnie do białej gorączki. W ogóle cały świat zmówił się, żeby mnie wkurzyć.
-Jennifer Angel Sorset!- Oho, będzie pogadanka.- Możesz się ogarnąć i porozmawiać ze mną jak człowiek.
-A teraz to jestem małpa?- Jim sapnął z oburzenia i pociągnął mnie za rękę do pozycji siedzącej.
-Od kiedy dowiedziałaś się prawdy o wypadku, warczysz na wszystkich naokoło. Kim jesteś i co zrobiłaś z moją siostrą?
-Bardzo śmieszne, James.- Wywróciłam oczami.
-Aha, czyli teraz walimy pełnymi imionami, tak? Dobrze, Jennifer, skoro rozmowa jest taka poważna, to powiedz, co ci zrobiliśmy, że wszystkich nagle odtrącasz?
-Wszyscy mnie wkurzacie! Jesteście jak cholerny wrzód na dupie, mam was wszystkich dosyć! On jest mordercą, a wy wpychacie go w moje ramiona!- Zerwałam się na równe nogi i gestykulując, chodziłam w tę i z powrotem przed nabuzowanym Jimem.
-Nie jest mordercą! Nie zrobił tego specjalnie!
-Nienawidzę go za to, rozumiesz?! Zniszczył mi życie!- Wydarłam się tak głośno, aż spłoszyłam sikorki, siedzące na gałęziach brzozy.
-A wiesz, że nienawiść jest grzechem? A on, ze łzami w oczach przyszedł do kościoła i błagał mnie o wybaczenie! A ja mu wybaczyłem, gdy tylko się dowiedziałem o wypadku!
-Jak mogłeś?! Przecież on ich zabił!!! Gdyby nie to, mama i tata by tu byli! To on powinien zginąć, nie oni! I co, uwierzyłeś w te krokodyle łzy?
-Tak, uwierzyłem. Bo były szczere.
-Jasne.- Założyłam ręce na piersi i wpatrywałam się buntowniczo w okna domu.
-Wiesz co, Jennifer?- Jim wstał z trawy i otrzepał sutannę z jakichś pyłków.- Myślałem, że jesteś mądrzejsza. Nic na świecie nie dzieje się bez przyczyny, to po pierwsze. Po drugie, jego nienawidzisz, to jeszcze byłbym w stanie zrozumieć, chociaż nienawiść to za mocne słowo, ale inni? Co oni ci zrobili? Nie wiedzieli o tym, więc cię nie okłamali, nie pomagali mu, próbują za to pomóc tobie. I po trzecie... Czytasz książki, prawda? W takim razie wiesz, że praktycznie w każdej książce, nie tylko w Biblii, piszą, że trzeba wybaczać. Teraz tylko się zastanów, czy czytałaś uważnie. A teraz przepraszam, ale idę przeczytać książkę o miłosierdziu.- Położył nacisk na ostatnie zdanie.- Tobie też radziłbym się udać do biblioteki.
Wszedł do domu, zostawiając mnie na środku trawnika, bez możliwości wymyślenia jakiejś ciętej riposty. Zawsze musiał mieć ostatnie zdanie. I mu się to udawało. Zacisnęłam zęby i poszłam do pokoju się przebrać. Idę do tej biblioteki.
-Wiesz, czego on chce?- Zapytałem Nialla, gdy wjeżdżaliśmy na teren szefa.
-Pewnie znów ma dla nas towar do rozprowadzenia. Boże, jak ja zazdroszczę Hazzie, że nie musi mieć z tą szumowiną już do czynienia.
-Okoliczności rozwiązania umowy też mu zazdrościsz?- Zaparkowałem za czarnym BMW należącym do Gregory'ego.
-Nie no, tego akurat nie.
-Nie licz, że rozwiążesz układ w pokojowy sposób. On może mieć na nas haka i trzymać w garści przez całe życie.- Stwierdziłem ponuro, wysiadając z auta. Za chwilę weszliśmy do biura.
-Dzwoniłeś.- Niall lakonicznie wyjaśnił przyczynę naszego przyjazdu.
-Szybko jesteście.- Facet zerknął na zegarek. Oczywiście. Złoty rolex.- To dobrze. Załatwicie to jeszcze dzisiaj.
-O co chodzi?
-Macie nastraszyć jednego dzieciaka. Wisi mi sporo forsy. Macie mu powiedzieć, że czekam na spłatę za ostatnie dragi i że już więcej nie dostanie, jeśli nie będzie kasy w terminie. A, i poharatajcie go odrobinę. Niech zapamięta tę lekcję. Najlepiej nożem.
Nie chciałem tego robić. Obiecałem sobie, że się zmienię. Ta cała spowiedź naprawdę coś mi dała i nie chciałem, żeby poszło to na marne. Miałem nadzieję szybko skończyć z tym całym interesem i jednocześnie miałem świadomość, że to, co przed chwilą mówiłem Niallowi, jest prawdą. Wdepnęliśmy w niezłe bagno i ten brud już na nas zostanie.
-Malik, jakieś zastrzeżenia?
-Żadnych.- Odpowiedziałem szybko.
-Świetnie.- Gregory otworzył szufladę.- Dla lepszego efektu przestrzel mu nogę.- Przesunął po blacie biurka pistolet. Zacisnąłem zęby.
-O kogo chodzi?- Zapytałem, wyciągając rękę po broń.
-Nazywa się Louis Tomlinson.- Szybko cofnąłem dłoń.
-Nie zrobimy tego!- Niall zaprotestował szybciej niż zdążyłem mrugnąć. Wymieniliśmy przerażone spojrzenia.
-A to niby dlaczego?- Gregory wydawał się być tym rozbawiony. Przewidział to, cholerny manipulator.
-To nasz znajomy! Były przyjaciel!- Horan był bardziej tym zestresowany niż ja.
-Pracujecie dla mnie, nie dla ligi ochrony człowieka czy innej Amnesty International. Radzę ci, weź tę broń.
-A jak nie, to co?- Zacisnąłem pięści i spojrzałem mu odważnie w oczy.
-Masz ładną siostrę. Mała, ale ładna. Twoja też, Horan. Jak to jest, poznać efekt wyskoku twojego tatuśka?- Cała odwaga w mgnieniu oka mnie opuściła. Safaa. Scarlett. On nie może im zrobić krzywdy.
-Jaka decyzja?- Zapytał ten sukinsyn po kilku minutach ciężkiego milczenia.
-Zgoda.- Wziąłem pistolet i razem opuściliśmy dom szefa.
-Nie możemy tego zrobić.- Niall kręcił głową, przerażony.- Przecież to nasz kumpel.
-Nie gadasz z nim od paru lat.- Mruknąłem, odpalając silnik.
-Gdyby nie te dragi, to znowu bylibyśmy kumplami. Jakoś z Liamem się zaczęliśmy dogadywać, jak kiedyś.
-Horan, ten skurwiel zrobi coś mojej siostrze, jeśli tego nie zrobię. Rozumiesz to? Twojej też. Nawiasem mówiąc, obgadaliście już tę sytuację?
-Nie. Nie ma odpowiedniego momentu.- Odchylił głowę na oparcie fotela.
-Zrób to jak najszybciej, bo znając Gregory'ego niedługo będziemy wąchali kwiatki od spodu.
-A może byśmy go oszukali?- Wyprostował się gwałtownie.
-Co masz na myśli?- Zmarszczyłem brwi.
-Nie strzelaj albo strzel w powietrze. Nie próbuj go ranić nożem. Postraszymy go, uderzymy kilka razy i zwiejemy, a Gregory'emu powiemy, że ktoś nas spłoszył. Albo jeszcze lepiej. Nic mu nie mówmy.
-Wiesz, że to samobójstwo?
-Wiem, Zayn.
Jechaliśmy dalej przez miasto w milczeniu. Zapadł już zmrok i zapaliły się latarnie. Myślałem nad tym, co powiedział Nialler. Oszukać Gregory'ego to naprawdę samobójstwo. Ten człowiek miał swoje wtyki wszędzie, mógł nas wytropić na drugim końcu planety. Jednak mimo wszystko... Nie chciałem robić Louisowi krzywdy. Nie chciałem już nikogo krzywdzić. Nawet jeśli byłem zmuszony to zrobić, ślepo wykonać polecenie szefa. Nie potrafiłem już spojrzeć na to tak beznamiętnie, jak kiedyś. Nagle Niall wskazał na jakąś postać.
-To on.- Pojechałem trochę dalej i zaparkowałem za zakrętem. Wysiedliśmy z samochodu i skierowaliśmy się w stronę, z której nadchodził Louis.
"Nie trać równowagi. Nie zrób nic, czego będziesz potem żałował do końca życia!"
-Masz pozdrowienia od Gregory'ego.- Rzucił na powitanie Nialler. Louis zatrzymał się i spojrzał na nas z lekkim strachem.
-Czyli to prawda? Pracujecie dla niego?
-Zgadnij.- Wyjąłem broń, a Horan nóż. Nie mieliśmy zamiaru ich używać. Tylko nastraszyć.
-Czego chcecie?- Zapytał drżącym głosem, cofając się o kilka kroków.
-Forsa za dragi. Ma być gotowa za trzy dni.
-Nie mam tyle...
-To masz pecha.- Horan rąbnął go prawym prostym w brzuch. Tomlinson padł na kolana, wciągając mocno powietrze i sycząc z bólu. Odbezpieczyłem pistolet i wycelowałem.
-Wiesz co, Zayn?- Jęknął, podnosząc na mnie wzrok.- Zawsze wiedziałem, że taki właśnie jesteś. Zimny morderca. Ilu już masz na sumieniu?- Zatrząsłem się z gniewu. Trafił w czuły punkt. W tamtej chwili, naprawdę miałem ochotę go zastrzelić. Walić postanowienia i dobre rady.
-No, dalej. Zrób to. Ja i tak spieprzyłem wszystko. Zawiodłem Eleanor, rodziców, rodzeństwo, przyjaciół. Dawaj, pozbędziesz się śmiecia. Co to dla ciebie.
Oddychałem ciężko, kierując lufę na klęczącego chłopaka.
-Zayn.- Powiedział ostrzegawczo Niall.
-Strzel.- Powtórzył Louis.
-STÓJ!!!- Wrzasnął ktoś.- Nie pozwolę ci na to!
Przed oczami mignęło mi coś kolorowego. Ktoś zasłonił sobą Louisa.
-Nie zrobisz tego.- Z przerażeniem patrzyłem na Jennifer, która zdyszana patrzyła na mnie z wściekłością.
-Jen, odsuń się.
-Nie ruszę się stąd! Jak masz do kogoś strzelić, strzel do mnie. Moich rodziców już zabiłeś, teraz sprzątnij mnie.- Spojrzała mi wyzywająco prosto w oczy.
_______________________________________________
Bam! Kolejny rozdział :D
NIESPRAWDZONY!!!
Spodziewał się ktoś tego? Mam nadzieję, że nie. I wiecie co? Do końca zostało dwa rozdziały i epilog. Obym was nie rozczarowała dalszym ciągiem :P
Rozpisałabym się bardziej, ale jestem wykończona po całym dniu harówki. Do tego jeszcze ten tydzień, który się zbliża... Zwłaszcza weekend. Czas ostrego zapieprzania. W czwartek kolokwium z histologii, w piątek praktyczny z głowy z anatomii, sobota i niedziela zakuwamy do testu z głowy z anaty i pierwszego kolokwium z biochemii, oba w poniedziałek. Chyba się pochlastam. Albo pożyczę od Zayna broń, żeby się zastrzelić -.-
Dziękuję za obserwacje i komentarze, staram się na wszystkie odpowiadać, ale nie zawsze mi wychodzi, za co przepraszam. Jeśli nie dostałeś/aś odpowiedzi na kom- przepraszam, może nie zauważyłam, może się nie władował, a może zapomniałam odpisać, ale się nie zrażaj! Naprawdę się staram, ale nie jestem robotem, żeby wykonywać wszystko, co mam w planie. Chociaż czasem chciałabym się sklonować i nadrobić wszystkie życiowe zaległości.
Pozdrawia was zmęczony pracuś-student
Roxanne xD