czwartek, 27 listopada 2014

CHAPTER 16: Baby, look, what you've done to me...

Ha! I kto odgadnie, słowa jakiej piosenki zostały zawarte w tytule rozdziału? :D


_____________________________________________________
-Jenny, Jenny, Jenny!- Macy wpadła do domu i prawie stratowała mnie, gdy schodziłam ze schodów. Z trudem odzyskałam równowagę i przytuliłam dziewczynkę.
-Hej, skarbie. Jim cię przywiózł?
-Tak, ksiądz powiedział, że nie możesz się doczekać, kiedy mnie zobaczysz, to ja powiedziałam, żeby mnie teraz do ciebie zawiózł i prosiłam, i prosiłam, i on powiedział Rebece, że mnie weźmie na kilka godzin i teraz wyjmuje zakupy z samochodu, bo wstąpiliśmy do sklep...
-Powoli, powoli.- zaśmiałam się. "Tęskniłam za jej szczebiotem."
-Ale nie mogę powoli, bo muszę powiedzieć dużo rzeczy.
-Może opowiesz je później, co?
-A kiedy? Bo ksiądz Jim mówił, że wybierasz się po choinkę, więc może wtedy i ja pomogę ci wybrać najładniejsze drzewko, bo u nas już stoi i sypie igłami!- mogłam się domyślić, że Jim wymyśli coś, żebyśmy nie mieli chwilki spokoju na pogadanie. Ech, mam dość.
-Jen? Słuchaj, tu mamy zakupy, postawię je w kuchni i lecę...
-Jim, stop!- zatrzymałam go w ostatniej chwili.- Wiesz, że chciałam pogadać z Zaynem na osobności, znowu nam się nie uda!- powiedziałam przyciszonym głosem.
-To akurat nie był mój pomysł.- założył czapkę.- Coś wymyślicie. Ja muszę iść. Growtersowie wydają córkę za mąż, ślub w Boże Narodzenie, potrzebne im nauki przedmałżeńskie. Pa!- wybiegł z domu i pognał przez brejowaty śnieg w kierunku kościoła. W połowie drogi obejrzał się i biegnąc tyłem, wrzasnął na cały głos.- Jennifer, Zayn jedzie!!!
Faktycznie, zza zakrętu wyłoniło się znajome auto. "Ciekawe, czy Jim dałby radę ogłosić to odrobinę ciszej?" zakpiłam w myślach. Krzyknął tak, że pan Malik bankowo słyszał to w zamkniętym samochodzie.
-Cześć.- usłyszałam cichy głos. Spojrzałam na chłopaka wysiadającego z auta.
-Hej.- uśmiechnęłam się szeroko na jego widok. "Mimo wszystko, mimo tego stresu spowodowanego czekającą mnie rozmową... Tak straszne się cieszę, że cię widzę!"
-Cześć, Zayn!- pisnęła Macy, wyskakując z jakiegoś pokoju. Zdziwił się na jej widok, ale zaraz uśmiechnął się krzywo.
-Widzę, że mieliśmy tego samego pecha.- mruknął, pokazując na samochód. Ze środka energicznie machała do mnie Safaa. "No, to może dziewczynki czymś się zajmą, a my spokojnie pogadamy..."
-Taa. To my się już ubieramy i możemy jechać.- skinął głową i wrócił do samochodu. Pospiesznie obwiązałam szyję Macy kolorowym szaliczkiem, wcisnęłam jej czapkę na głowę i podałam rękawiczki. Na szczęście nie zdążyła zdjąć kurtki. Ekspresowo złapałam swój płaszcz, torbę i pobiegłyśmy w stronę auta.
-Nie zamierzasz zamknąć domu?- Zayn popatrzył na mnie kpiąco. Strzeliłam się z otwartej dłoni w czoło i potruchtałam z powrotem pod drzwi, by zorientować się, że klucze były w torebce, którą zostawiłam inteligentnie w samochodzie. "No, cholera jasna!" Klnąc pod nosem, wróciłam do auta, wzięłam torebkę i ignorując tłumiony śmiech Zayna i bardzo głośny chichot dwóch smarkul na tylnym siedzeniu, przekręciłam klucz w zamku.
-Jedziemy.- wymamrotałam, pakując się na siedzenie pasażera.
-A tylne drzwi?- spojrzałam na niego morderczo. Wybuchnął śmiechem. "I teraz dylemat: zabić go za te drwiny czy utonąć w jego boskim uśmiechu???"
-A może wreszcie ruszysz?- odpaliłam. Pokręcił głową i ciągle chichocząc, uruchomił silnik i ruszyliśmy w drogę. Byłam odwrócona do okna, ale i tak widziałam jego odbicie na szybie. I nie mogłam powstrzymać szerokiego uśmiechu. "Znów się śmiał! Przy mnie!" Jakby mi ktoś normalnie dodał skrzydeł.
-Masz jakieś konkretne miejsce?- spytał, zatrzymując się na czerwonym świetle.
-Nie wiem.- zerknęłam na niego.- Jestem tu dopiero od czerwca, nie mam pojęcia, gdzie się kupuje choinki.
-To chyba... Sam nie wiem... Za miastem jest chyba szkółka. Tak mi się wydaje.
-Nigdy nie kupowałeś choinki?- popatrzyłam na Zayna jak na kosmitę. "Mega przystojnego kosmitę... Jezu, rzuca mi się na mózg!!!"
-Nie.- okeeej.
-Niemożliwe.
-Możliwe.
-Ale jakim cudem?
-Jestem muzułmaninem.- moja szczęka chyba spadła pod koła samochodu. Zayn zerknął na mnie niespokojnie.- Przeszkadza ci to?
-Co? Nie. Nie! Tylko... jakby to... No, nie spodziewałam się.
-Wiesz, nie wrzeszczę na całą szkołę, jakiego jestem wyznania.- prychnął.
-Czyli nie obchodzisz świąt?- spytałam, otrząsając się z szoku.
-Nie. Chociaż ze względu na Saafę i Waliyhę mama wymyśliła, że będziemy organizować jakieś prezenty, choinkę... Ale to ona się tym zajmowała. Wiesz, bez tej otoczki bożonarodzeniowej.
-Zayn, a weźmiemy dla nas choinkę?- zapytała z tylnego siedzenia Saafa.
-Przecież już stoi na balkonie, dziś ją będziesz ubierać. Mam wczoraj przywiozła.
-Nie wiedziałam!
-To teraz już wiesz.
-Chcesz nam pomóc ubierać?- Saafa zwróciła się do Macy. Oczy dziewczynki aż rozbłysły.
-Mogę?!
-Saafa, Macy będzie musiała wrócić do domu.- odezwałam się cicho. Moja przyjaciółka posmutniała. Trzeba coś zrobić.- Ale mogę zadzwonić do Rebeki, czy pozwoli ci zostać trochę dłużej z nami.- dodałam szybko. Macy znowu się uśmiechnęła.
-Tak, tak, tak! Dzwoń! Dzwoń!- nie miałam wyjścia, musiałam wyciągnąć telefon i wykręcić numer opiekunki domu dziecka.
-Tak, Jenny? Coś się stało? Znowu jesteście, nie daj Boże, na izbie przyjęć?!
-Nie, nie, nie... Spokojnie, Rebecco. Wszystko jest pod kontrolą, tylko chciałam się zapytać, czy Macy nie mogłaby zostać ze mną trochę dłużej.
-Trochę dłużej, czyli...?
-Do osiemnastej?- zaproponowałam. "Chyba przesadziłam, nie zgodzi się..."
-Siedemnasta, dobrze? Osiemnasta to troszkę za późno. I pilnuj, proszę, żeby sobie nic nie zrobiła.
-Załatwione, dziękuję bardzo.- rozłączyłam się i odwróciłam do Macy.- Masz trzy dodatkowe godziny. Zadowolona?
-Jeszcze jak!- wrzasnęła radośnie i razem z Saafą mocno się uściskały. W życiu bym nie pomyślała, że mogą się dogadać, przecież Saafa jest od niej parę ładnych lat starsza.
-Dojeżdżamy.- oznajmił Zayn, skręcając w szeroką leśną drogę.
Byliśmy poza miastem, śnieg tutaj nie stopniał i tworzył cudowne, skrzące się w słońcu zaspy i białe czapy na gałęziach drzew. Za chwilę las się przerzedził i przejechaliśmy przez dużą bramę. Zayn zaparkował obok kilku innych samochodów i wysiedliśmy z auta. Przed nami rozciągał się ogromny plac, cały zapełniony iglakami różnej wielkości i gatunku. Z domku obok bramy wyszedł jakiś gruby, niski mężczyzna i podszedł do nas z szerokim uśmiechem.
-Choineczkę dla państwa?
-Tak.- wszyscy razem przytaknęliśmy.
-Jaką? Jodełka, świerk, może daglezja?
-A... możemy się rozejrzeć sami? Jak nam coś wpadnie w oko, to powiemy.- Zayn posłał gościowi wymowne spojrzenie.
-Nie ma sprawy. Jakby co, to w budce jestem.- i wrócił do domku.
-To co?- Saafa rozglądała się wokół uradowana.- Którą bierzemy?
-Trzeba się zastanowić.- powiedziałam, rozglądając się dookoła.- Może popatrzycie tam i powiecie, która wam się najbardziej podoba? My pójdziemy tu.- specjalnie wskazałam na dwie różne strony placu. W końcu mieliśmy dziś z Zaynem pogadać, co nie?!
-Dobra!
-Saafa, czekaj chwilę,- dziewczynka zatrzymała się, patrząc na mnie z niecierpliwością.- Uważaj na Macy, bardzo cię proszę. Nie chcę znowu jechać z nią do szpitala.
-Jasna sprawa.- i pobiegła za moją małą przyjaciółką.
Staliśmy przez chwilę w milczeniu, nawet na siebie nie patrząc. Teraz, kiedy wreszcie byliśmy sami, wyleciały mi z głowy wszystkie scenariusze, które ułożyłam dziś w nocy, żeby jakoś się przygotować do tej rozmowy. "Zayn, ty zacznij!" błagałam go w myślach. Mam nadzieję, że telepatia w tym wypadku podziała. Niestety. "Nadzieja matką głupich."
-Więc...
-Jen...- zaczęliśmy jednocześnie. Spojrzeliśmy szybko na siebie i zaraz spuściliśmy głowy.
-Mów pierwszy.
-Chyba powinniśmy zacząć szukać tej choinki.- och. Liczyłam na to, że powie coś innego.
-Okej.- westchnęłam i poczłapałam za nim w róg placu.
Szliśmy wzdłuż rzędów drzewek, od czasu do czasu pokazując sobie ładniejsze jodły albo świerki. Sosny były okropne, na jakieś inne nie miałam ochoty. Tylko klasyczna choinka.
-A może ta?- dotknęłam ostrożnie gałązki srebrnego świerku.
-Nie, zobacz, z tej strony już się sypie.
-Okej.
-A tamta?
-Za wysoka. Połowę trzeba będzie uciąć. Szkoda.
-Aha.- w końcu straciłam cierpliwość.
-Zayn, mieliśmy pogadać, zapomniałeś?- przez chwilę szedł w milczeniu.
-Nie, nie zapomniałem.- powiedział zachrypniętym głosem.- Boję się zacząć.
-Zayn Malik się czegoś boi?- uniosłam brwi zdziwiona.
-Tak.- podniósł głowę i spojrzał mi prosto w oczy.- Ciebie.
Aż wstrzymałam oddech.




W końcu to powiedziałem. "Boję się ciebie i tego, co mi robisz."
-C-co...?- patrzyła na mnie oniemiała, jakbym zrobił przed chwilą nie wiadomo jak szaloną rzecz. "A ja tylko przyznałem się, co tak naprawdę czuję w jej obecności..."
-Posłuchaj.- położyłem rękę na jej ramieniu.- Ja... ja po prostu nie wiem, jak się zachowywać, kiedy jesteś w pobliżu. Normalne dziewczyny... To znaczy takie... No... nie wiem, podobne do ciebie... Nigdy by się do mnie nie zbliżyły. A ty... Na tamtej pierwszej lekcji angielskiego od razu się do mnie odezwałaś, nie zraziło cię nic, co powiedziałem, nie odrzuciło cię moje zachowanie... Chciałaś znać moje imię. Nie wiedziałem, po co, przecież jestem dla ciebie kimś z zupełnie innej planety, nie należę do twojego świata, a właściwie nieba. Bo ty, Jen, jesteś jak jakiś anioł. To, co robisz, jak się uśmiechasz... To wszystko... Nie wiem, jakim trzeba być idiotą, żeby nie zwrócić na ciebie uwagi.
-Co ty mówisz, Zayn?- wyszeptała, patrząc na mnie szeroko otwartymi oczami.- Przecież ty mnie cały czas unikałeś. Nie chciałeś, żebym się zbliżała, bałeś się, że jeszcze ktoś nas razem zobaczy, bo ci popsuję reputację...
-Mam w dupie reputację.- przerwałem jej.- Nie chciałem, żebyś się do mnie zbliżała, bo bałem się, że cię zmienię, jasne? Że staniesz się taka jak ja, zepsuta do szpiku kości. Bo ja nienawidzę siebie. Próbuję wrócić do tego, kim byłem kiedyś, ale nie umiem. To, co robię... Wszystko mnie niszczy. Jestem potworem i nienawidzę siebie.- przez chwilę milczała. Spuściła głowę. "Powiedz coś..." W końcu znów spojrzała mi prosto w oczy.
-A ja cię kocham.- powiedziała pewnym głosem, ale z wyczuwalną nutką strachu.
Wbiło mnie w ziemię. "Że... że co?!!! Kocha mnie?!" Nie wiedziałem, co jej odpowiedzieć. Jakby ktoś zabrał mi głos, wyciął krtań, zostawił tylko pustkę w gardle i głowie. "No, próżnia w głowie to nic nowego..." Jak można wyłączyć ten irytujący głos podświadomości?! No, mniejsza.
Patrzyłem się na nią przerażony, a w jej oczach zaczął pojawiać się coraz wyraźniej strach. Musiałem coś powiedzieć, żeby to wszystko wyjaśnić...
-Hej! Znalazłyśmy idealna choinkę, chodźcie!- zanim się obejrzałem byłem ciągnięty w stronę niewielkiej jodły kalifornijskiej przez Macy, a moja siostra popychała przed sobą Jen. Chyba pierwszy raz w życiu byłem tak wdzięczny Saafie za pojawienie się w nieoczekiwanym momencie.
-Jest pięęęknaaa!- krzyknęła Macy.- Zobaczcie!- faktycznie, drzewko było śliczne. Ale serio, w tej chwili mam myśleć o choince?! Bez kitu, to jakaś jedna wielka farsa.
-Tak. Wspaniała.- potwierdziła Jennifer nieswoim głosem. "Ty durniu, to przez ciebie i twoje..."- Pójdę po właściciela. Kupujemy i wracamy.- patrzyłem za nią, jak odchodzi w stronę budki. Westchnąłem. Jak będę się zbierał do odpowiedzenia jej jak ta sójka za morze, to niedługo zobaczę, jak faktycznie ode mnie odchodzi i nigdy nie wraca.
-To co, zabieramy? Którą? Tą?- jednym szybkim ruchem złapał za gałęzie i wyciągnął choinkę z niewielkiego dołka w ziemi. Zaciągnął ją po zaspach w stronę maszyny zakładającej na nią siatkę i zawiązał na końcu.
-Nic jej nie będzie po takim targaniu?- Saafa patrzyła podejrzliwie na właściciela szkółki,
-Nic nie będzie!- roześmiał się tubalnie.- Każde drzewko jest odporne na masę rzeczy, spokojna głowa. 30 funtów się należy.- Jen wyjęła banknot i mu podała.- No, polecam się na przyszłość. A może pomóc przymocować? Bo trzeba to jakoś dowieźć.
-Dzięki, poradzimy sobie.- powiedziałem i wziąłem drzewko, żeby przymocować do uchwytów na dachu samochodu. Dziewczyny podreptały za mną. Gdy się obejrzałem, zobaczyłem, że Jen idzie parę kroków za nimi ze spuszczoną nisko głową. Czułem wyrzuty sumienia. "To przez to, że cię tak zamurowało i nic nie powiedziałeś. Wstydź się."
-Wsiadajcie, bo zmarzniecie.- Saafa i Macy mnie posłuchały. Jen stanęła koło mnie.
-Pomóc ci?- spytała cicho, nawet nie podnosząc wzroku. W sumie to dobrze, bo czułem, że ma oczy pełne łez.
-Nie, dzięki.- odsunęła się, żeby wsiąść do samochodu, ale złapałem ją za rękę.- Jenny? Dokończymy naszą rozmowę później, tylko odwieziemy dziewczynki do mnie, żeby ubrały tę choinkę, okej?
Przytaknęła bez słów i wsunęła się na miejsce pasażera. Za minutę w milczeniu ruszyliśmy samochodem w stronę Bradford. Powiedziałem "w milczeniu"? Taaa. Cisza panowała między mną a Jen, dziewczynki na tylnym siedzeniu nadawały za całe przedszkole.





"Boże, ale się wygłupiłam! Po co ja mu to powiedziałam?! Przecież on mnie teraz wyśmieje!!!" katowałam się tymi myślami od chwili, gdy zobaczyłam zmieniający się wyraz twarzy Zayna i strach w jego oczach. No, bo tylko ktoś taki jak ja mógł schrzanić tamtą chwilę. Teraz, w samochodzie z trudem powstrzymywałam płacz. Jak można być takim głupim i zdradzić swój największy sekret komuś, kto może z niego zrobić użytek i cię wyśmiać? Chociaż tak naprawdę nie wierzyłam, że Zayn mógłby to wywlec na forum na przykład szkoły, bo to odbiłoby się też na nim. Poza tym... to jego zachowanie ostatnio. On chyba też coś do mnie czuje. Może nie ma tego tak sprecyzowanego, ale...
-Zaczekasz? Odstawię je do domu, mama jest w środku.
-Jasne.- obserwowałam, jak odprowadza je do drzwi, krzyczy coś do kogoś, kto jest wewnątrz i za chwilę truchtem wraca do auta. Mało się nie wywalił na chodniku, ale jakoś utrzymał równowagę.
-To teraz jedziemy do ciebie.- znowu cisza. Zaraz normalnie coś rozwalę. Minęła mi faza na płacz. Teraz byłam wściekła. I to bardzo. Mój dom wyłonił się zza zakrętu. Przy kościele stał Jim z nowym organistą i o czymś z ożywieniem dyskutowali. Nawet nie zauważyli naszego przyjazdu. Po chwili ruszyli w stronę kościoła i zniknęli za drzwiami.
-Zostajesz czy wysiadasz?- zorientowałam się, że Zayn już jest na zewnątrz, a ja siedzę jak sierota i wgapiam się w okno. Wygramoliłam się z auta i po sekundzie obok mnie stanęła też choinka.- To gdzie macie stojak?
-Już niosę.- otworzyłam drzwi do domu i rzuciłam w biegu torebkę na podłogę. Popędziłam schodami w dół do piwnicy i zaczęłam grzebać w pudłach, w których przywieźliśmy stare bombki i światełka na choinkę. Zaraz, za chwilę... Mam. Wyciągnęłam zakurzony stojak i dmuchnęłam na niego, wzniecając ogromną chmurę kurzu. "Rany, zaraz zacznę kichać..." Wróciłam z powrotem na podwórko. Zayn zdjął już z choinki siatkę i naprostowywał jej gałązki.
-Chodź od tyłu domu, lepiej będzie ją wnieść przez taras do salonu.- powiedziałam i pokierowałam chłopaka na tyły podwórka. Położyliśmy choinkę na ziemi.
-Przytrzymaj pień, żebym prosto nałożył stojak.
Tak możemy rozmawiać. Zero głupich komentarzy o uczuciach, zwłaszcza tych prawdopodobnie nieodwzajemnionych, zero kontaktu wzrokowego, co się równa brak zakłopotania, plączącego się języka i problemów z oddychaniem czy niekontrolowanym płaczem. Niestety, przykręcanie stojaczka trwało zaledwie parę sekund. No jasne, Zayn jako dobry matematyk na pewno wie, pod jakim kątem ułożyć podstawkę, aby choinka stała idealnie prostopadle do podłoża. Może nawet zna na pamięć sinusa i cosinusa tego kąta... "Co ja chrzanię?!"
-No, gotowe.- mruknął i doprowadził drzewko do pionu.- Gdzie to stawiamy?
-W środku...
-A już myślałem, że na zewnątrz.- drwina czy żartem próbował rozładować sytuację? Nie wiem, tak czy owak mu nie wyszło.
-Wejdę do domu i otworzę balkon, a ty ją wniesiesz.- i nie patrząc na niego, ruszyłam z powrotem do domu. Nie zdejmując butów, weszłam do salonu i przekręciłam klamkę drzwi balkonowych. Zayn wsunął ostrożnie choinkę, prawie łamiąc jej dolne gałęzie.- Uważaj!- pisnęłam, gdy mało co nie wywalił się na choinkę, bo stanął na roztopionej grudce śniegu.
-Uważam przecież.- sapnął.- Gdzie ma stać?
-Tu w kącie.- wskazałam. Chłopak posłusznie przeciągnął drzewko na miejsce.
-Może być?- wyłączyłam myślenie o nim i całej naszej sytuacji. Musiałam się skupić na choince.
-Może przekręć troszkę w lewo...
-O tak?- wykonał polecenie.
-Jeszcze odrobinę...- przesunął.- Nie, parę centymetrów w prawo.
-Tak dobrze?- przekręciłam głowę na bok.
-Nie wiem, weź zobacz.- stanął tuż za mną. Wstrzymałam oddech. Czułam ciepło jego ciała przebijające przez nasze kurtki. "O rany, Zayn... Co ty ze mną robisz?"
-Co ty ze mną robisz?- to ja powiedziałam? Nie, to on. O Boże, to on to powiedział!
-Ja...?
-Nie, święty Mikołaj.- prychnął. No tak. Romantyzm jak zwykle szlag trafił.
-No jasne. Zawsze wszystko moja wina. Ale to ty, kiedy ci powiedziałam... coś bardzo ważnego, to nic nie powiedziałeś. Zamierzasz mnie teraz ośmieszyć? Przed innymi? Może to ty stałeś za tymi wszystkimi durnymi dowcipami, a teraz chciałeś mnie w sobie rozkochać, żeby tylko mocniej zranić? Przyznaj się!- okej, może za ostro na niego naskoczyłam. Ale mu się należało!
-Jen.
-Dobrze się z tym czujesz?! Fajnie jest ranić innych, co? Ty to wiesz, prawda?!
-Jen, przestań!- złapał mnie za ręce, którymi machałam mu przed twarzą i przycisnął je sobie do piersi.- Jestem zły, ale aż tak mnie jeszcze nie popierdoliło, jasne? I nigdy nie zrobiłbym takiego świństwa osobie, na której mi zależy!- znieruchomiałam.
-Zależy ci na mnie?- wyjąkałam cicho. "Chyba się przesłyszałam..."
-Jak cholera. Bardzo.- "Tlenu, BŁAGAM!!!"- Nie mogę ci powiedzieć, czy cię kocham, bo jeszcze tego zwyczajnie nie odkryłem, ale... Wiem, że zależy mi na tobie bardziej niż na kimkolwiek innym. Pomijając moją rodzinę.
Dobra, teraz się poryczę ze szczęścia. Patrzyłam mu w oczy i na nasze twarze powoli wypłynęły radosne uśmiechy. W pewnej chwili Zayn puścił jedną moją rękę i wyjął coś z kieszeni kurtki.
-Leżała na jednej z choinek. Może nikt nie zauważy, że ją zwinąłem.- popatrzyłam na jego dłoń. Jemioła. Parsknęłam śmiechem.
-Serio?
-A czemu nie?- odpowiedział pytaniem na pytanie i podniósł gałązkę nad naszymi głowami.
Nie czekałam na dalsze słowa. Po prostu go pocałowałam. A on to odwzajemnił.




________________________________________________________
Bardzo Was przepraszam za zwłokę :( miało być szybko, a wyszło jak zwykle...

Sorry też za błędy, jakie się pojawiają, bo na bank wszystkich nie wychwyciłam. Ogólnie nie tak miał ten rozdział wyglądać i nie jestem z niego zadowolona, ale cóż... Chciałam po prostu coś dodać. Nie wiem, kiedy kolejny. Wolę nie podawać konkretnego terminu, bo znowu mogę nie dotrzymać obietnicy, a tego bym nie chciała, naprawdę *.*

Dziękuję za obserwacje bloga, Twittera, Ask'a, za komentarze... Na dzisiaj to chyba tyle. Jestem wykończona, muszę iść spać, bo 4-5 godzin snu na dobę to nic fajnego. Zwłaszcza, gdy codziennie trzeba się zwlec o szóstej, żeby coś jeszcze powtórzyć -.-

Buziaki i jeszcze raz przepraszam :*** <3
Roxanne xD

poniedziałek, 10 listopada 2014

CHAPTER 15: Never felt like this before... Are we friends or are we more?

Ja chyba zaraz umrę. Chłopak, o którym myślę w dzień i w nocy, w którym najprawdopodobniej się zakochałam i za którym tęsknię, gdy znajduje się pół kilometra ode mnie, trzyma mnie w ramionach i całuje! "Oh my God. Oh My God. OH MY GOD!" Wszystko było dokładnie tak, jak zapamiętałam po balu. Ten sam zapach, ta sama skóra, te same usta, intensywnie wpasowujące się w moje wargi, doprowadzające mnie do szaleństwa jednym muśnięciem. Bez zastanowienia podniosłam rękę i wplotłam palce we włosy Zayna. Lekko się na nim opierając, stanęłam pewniej i położyłam drugą rękę, która do tej pory kurczowo ściskała rękaw bluzy Malika, na jego ramieniu. "Ciekawe, czy on ćwiczy na siłowni, bo mięśnie ma... wow." pomyślałam z rozmarzeniem.
Prawie jęknęłam niechętnie, gdy Zayn po dłuższej chwili przerwał pocałunek i z westchnieniem oparł swoje czoło o moje.
-Co ty mi, do cholery, robisz?- spytał zachrypniętym głosem, nie otwierając oczu.
-Mogłabym cię spytać o to samo.- odszepnęłam.
-Jenny, jestem! Mogłabyś... O, święta Barbaro!- odskoczyliśmy od siebie jak oparzeni. Spojrzałam przerażona na Jima, który stał w progu kuchni i próbował znaleźć swoją szczękę leżącą gdzieś na podłodze. Zaraz jednak odzyskał równowagę i podszedł bliżej.
-Cześć, jestem James Sorset, ale możesz mi mówić Jim.- uśmiechnął się szeroko do skołowanego Zayna.
-Zayn Malik.- wymamrotał, ściskając rękę mojego braciszka.
-Aaa, to ty jesteś Zayn!- zerknął na mnie kątem oka. "Nie, Jim, błagam, nie rób mi obciachu!!!"- To ty jesteś tym...
-James!- krzyknęłam rozpaczliwie, bojąc się zerknąć na Malika.
-... korepetytorem Jen, to chciałem powiedzieć. Przecież wiesz, że to chciałem powiedzieć, prawda, siostra?- zabiję drania. Posłał mi niewinne spojrzenie i nagle zmarszczył brwi.- Co ci się stało, Jenny?- podszedł bliżej, potykając się o sutannę i przesunął moją głowę w stronę światła.- Chryste, Jen! Kto ci to zrobił?
-Nikt. Nic się nie stało.- wykręciłam się z jego uścisku i stanęłam parę kroków dalej.
-Zayn, co tu się stało?- o proszę, powstaje komitywa męska przeciwko mnie. Braciszku, twoje dni są policzone.
-Cóż, Jen oberwała od Caitlyn, której się nie spodobało, że się spotykamy. Znaczy, na matmie! Uczymy się razem matmy.- poprawił się zaraz. No tak, bo jeszcze Jim pomyśli, że jesteśmy parą.
-Ahaaa...- rzucił mi przeciągłe spojrzenie.- Przyłożyłaś lód?
-Zayn już o tym pomyślał.- mruknęłam pod nosem.
-Jasne... Ale wiesz, że w wypadku stłuczenia metoda usta-usta nie jest konieczna?- niech mnie ktoś stąd zabierze. Błagam!
-Emm... To ja chyba... Chyba powinienem już iść...- Zayn nerwowym ruchem potarł sobie kark i wbił spojrzenie w podłogę.
-Ale czekaj, Zayn! Nie zostaniesz na obiedzie? Jenny, co jest do jedzonka? Twój braciszek pada z głodu.
-Mój braciszek zaraz padnie trupem, ale nie z powodu pustego żołądka.- syknęłam.- Zaraz coś przygotuję.- ruszyłam wściekle w kierunku lodówki. "Oby tu były jakieś mrożonki na szybko, nie zostawię Zayna samego z moim krwiożerczym bratem!"
-No, to super. Chodź, nie przeszkadzajmy jej, bo jak jest zła, to potrafi rzucać nożami...- dobrze, że już wyszli. Bo na serio rzuciłabym nożem, chociaż wcześniej tego nie robiłam. "Czy ksiądz nie powinien być prawdomówny?!" Niestety, mrożonek w lodówce nie było. Ale za to znalazłam pierś z kurczaka na kotlety i warzywa na sałatkę. Zaczęłam przyprawiać mięso, zerkając co chwila za okno, gdzie Zayn i Jim korzystali z w miarę ładnej jak na grudzień pogody i grali w kosza. "Boże, dałabym wszystko, żeby wiedzieć, o czym gadają!"
Z furią mieszałam składniki sałatki i jedną ręką przykręcałam gaz pod patelnią. Na drugiej patelni smażyły się już frytki z torebki, które znalazłam po dłuższych poszukiwaniach wciśnięte w kąt zamrażarki. Już nawet nie zwracałam uwagi na sytuację za oknem po tym, jak faceci wybuchnęli śmiechem na jakiś durny komentarz Jima. "Przy mnie się nawet się uśmiechnął. Jakim cudem Jim umie tak przekonywać do siebie ludzi? Jak dotarł do Zayna?"
-To co? Jedzonko jest?- James wkroczył z uśmiechem do kuchni i nachylił się nad patelnią.- Mmm, pachnie bosko.- uchylił się od lecącej w jego kierunku ścierki.- To lecę umyć rączki, jestem grzecznym dzieckiem!- pisnął i popędził w stronę łazienki. Prychnęłam śmiechem pod nosem i odwróciłam się od blatu, żeby postawić salaterkę na stole. O mały włos, a bym ją upuściła prosto pod nogi pana Malika.
-Rany, przestraszyłeś mnie.- wymamrotałam, podchodząc do stołu. Zayn siedział na krześle naprzeciwko mnie.
-Jak się uśmiecham, to jestem taki straszny?- uniósł brwi.
-Raczej jest to dziwne.- odparłam, wracając do kuchenki.
-Masz świetnego brata. Mimo że księdza.
-A co to ma do rzeczy?- spytałam zdumiona.- Ksiądz czy nie ksiądz, każdy jest człowiekiem i zachowuje się tak, jak został stworzony.
-No właśnie nie każdy.- mruknął cicho. Okej, trzeba poruszyć wcześniejszy temat, póki wścibski członek mojej rodziny pluszcze swoje lepkie łapy w wodzie.
-Zayn?- podniósł głowę i spojrzał na mnie.- Jeśli chodzi o...
-Jestem!- "Słowo daję, jeszcze chwila, a Jim będzie martwy..."
-Czy ty serio nie możesz wybierać lepszych momentów na wchodzenie?!- zapytałam sfrustrowana.
-Nie.- stwierdził zadowolony.- Lubię mieć wejście smoka.
-To się przebierz za jakiegoś stwora lub dziewczynę, gwarantuję, że zrobisz wejście, ale wybieraj inne momenty!
-A co chciałaś zrobić?- i zaraz się poprawił, widząc moja mordercze spojrzenie.- Lub powiedzieć?
-Już nic.- jęknęłam i postawiłam przed rozbawionym Zaynem talerz.- Smacznego.



Dawno nie czułem się tak dobrze. A już myślałem, że w towarzystwie Jen nie będzie to możliwe. Bałem się, że dostatecznie ją do siebie zraziłem, ale ona jakoś nie mogła się powstrzymać od przebywania w moim towarzystwie. "I ja miałem tak samo..." Jim okazał się zajebistym gościem, choć sam fakt, że był księdzem działał z lekka odpychająco. Ale zachowywał się jak równy gość i dobrze mi się z nim gadało. No... pomijając moment wstępny, gdy prawie przyłapał mnie z Jen. "Taaa... Właśnie... Ten moment." W jednej chwili zepsuł mi się humor. "Chociaż z drugiej strony... nie było tak źle, stary! Na to czekałeś!" I co teraz? Mamy o tym zapomnieć, czyli innymi słowy okłamywać się, że zapomnieliśmy, czy przejść z tym do porządku dziennego? Tak, to był twardy orzech do zgryzienia, z którym sobie ewidentnie nie poradziłem w drodze do wyjścia.
-Mam nadzieję, że się dobrze bawiłeś.- Jennifer lekko się uśmiechnęła. "Jak to jest, że jej uśmiech przyprawiał o palpitacje serca? Może ona o tym wiedziała i robiła to specjalnie?!"
-Chyba dawno się tak nie śmiałem.- przyznałem, mimowolnie odwzajemniając uśmiech.
-Nigdy nie widziałam, jak się śmiejesz... Dopiero dzisiaj. I chyba nigdy bym nie przypuszczała, że zrobisz to w mojej obecności.- powiedziała cicho. Westchnąłem. Czas przejść do najtrudniejszego etapu.
-Jen, co do tego pocałunku...
-Nie, ja wiem.- przerwała mi.- Chcesz, żebym o tym zapomniała. Nie wiem, czemu uważasz, że nie powinniśmy się widywać, spotykać czy cokolwiek, ale nie będę umiała tego zrobić, jasne? Nie zapomnę. Zwyczajnie mi się to nie uda.- popatrzyła mi w oczy z dziwną determinacją. Przygryzłem wargę i obejrzałem się za siebie na korytarz. Jim w każdej chwili mógł wyjść z gabinetu.
-Możemy o tym pogadać kiedy indziej?- spytałem, zwracając się z powrotem do dziewczyny.- To nie jest odpowiedni moment.
-Jasne, a ten odpowiedni nigdy nie nadejdzie? Będziesz mnie unikał, byle tylko nie rozmawiać na kłopotliwe tematy.
-Nie, obiecuję. Pogadamy o tym cał...
-Jeżeli chcecie rozmawiać na osobności, to zróbcie to podczas wyprawy po choinkę, co?
-JIM! Normalnie cię kiedyś zamorduję!- Jennifer miała wyraźną ochotę na rozszarpanie swojego brata gołymi rękami. Chyba bym jej nawet pomógł.
-No co?- wzruszył ramionami i narzucił kurtkę na sutannę.- Idą święta. W domu potrzebna jest choinka. Do kościoła ofiarował już drzewko jeden parafianin, ale ma szkółkę samych dużych świerków, poza tym nie chcę nadużywać jego dobroci. A jutro jest sobota, 20 grudnia, idealna data. Wieczorem chcę mieć w domu choinkę. Najlepiej ubraną, ale nie chcę ryzykować, że w kłótni potłuczecie wszystkie bombki, więc... starczy, że ją osadzicie. I bez wymówek!- poczochrał Jen po włosach.- Lecę do dzieciaków, a potem na wieczorną mszę. Cześć, Zayn, miło cię było poznać. Wpadaj, kiedy chcesz.- uścisnął mi rękę i ulotnił się w tempie ekspresowym. Przez chwilę staliśmy cicho.
-Taaa... To ja wpadnę jutro koło południa. Pojedziemy po tę choinkę i tego... pogadamy.- powiedziałem niepewnie. Jen skinęła głową. Chyba ją też speszyła obecność Jima.
-Okej.- odwróciłem się do drzwi, otworzyłem je, ale w ostatniej chwili jeszcze się cofnąłem.
-Nie musisz zapominać.- szepnąłem i szybko pocałowałem ją w czoło. Nie czekając na jej reakcję, wyszedłem z domu, zamykając za sobą drzwi. I za nic w świecie nie mogłem powstrzymać tego głupawego uśmieszku wypływającego mi na usta. "Chyba czuję... że wszystko zaczyna układać się tak, jak powinno."




-Co ty gadasz?!- wrzasnęłam do telefonu i zgrabnym łukiem ominęłam sporą kałużę.- Pocałował cię?! W czółko?! Nie żałuje???
-Nie musisz powtarzać po mnie każdego słowa.- odpowiedziała Jen.- Tak, tak, tak i jeszcze raz tak.
-On musi coś do ciebie czuć!- wykrzyknęłam podekscytowana.- Nie ma innej opcji, okiełznałaś złego pana Malika!
-Żartujesz?
-Nie! Zayn wreszcie będzie taki, jak kiedyś! Może znowu wróci do starych kumpli, rzuci dilerkę...
-Zayn jest dealerem?- Jen po drugiej stronie aż wstrzymała oddech.
-Podobno, ale już ci to kiedyś mówiliśmy, co nie?
-Chyba Danielle coś wspominała...- usłyszałam wibrację swojego telefonu. Oho.
-Jenny, słuchaj, zaraz padnie mi bateria. Zadzwonię jutro, zdasz mi relację z waszej rozmowy i romantycznej wyprawy po choinkę.
-Scarlett, to nie będzie romantyczna wyprawa. On pewnie powie mi to, co zwykle.
-Nigdy nic nie wiadomo. Buziaki, pa!- rozłączyłam się i od razu skontrolowałam stan baterii. 6%, pięknie.
Schowałam komórkę do kieszeni i przyspieszyłam. "Szybko, szybko, doładować komóreczkę i dokończyć oglądanie filmu na YouTubie...." Uwielbiałam oglądać video na telefonie, przynajmniej mogłam się z tym ulokować, gdzie chciałam i był znacznie lżejszy niż mój laptop. Nagle usłyszałam jakieś krzyki dochodzące z wąskiej uliczki, którą mijałam. "Co jest...?" Zmarszczyłam brwi i ostrożnie podeszłam do zakrętu. Przysunęłam się do ściany i wyjrzałam zza rogu. W ręce już trzymałam komórkę, żeby wezwać policję w razie jakiegoś gwałtu lub morderstwa. Ale moje wyobrażenia chyba przerosły to, co zobaczyłam.
"Harry!" Od razu rozpoznałam osobę stojącą na wprost mnie. "A z nim dziewczyna... Caitlyn! Ależ się dobrali." Wsłuchałam się uważnie w ich rozmowę.
-... i teraz nagle chcesz się wycofać?!- pamiętałam ten agresywny ton chłopaka. Po znalezieniu nowej pracy... Wcześniej nigdy by się tak do mnie nie odezwał. Potem już nie miał skrupułów.
-Bo mam już dość! Nic nie idzie według planu!- krzyknęła ta jędza.
-Bo pewnie spieprzyłaś sprawę na wstępie! Nie pozwoliłem ci do niej iść i walić w twarz!- oni mówią o Jennifer. Na pewno mam rację!
-Nie wytrzymałam. Na każdym kroku widzę ją z Zaynem, dziś po tej akcji odprowadził ją do domu, a wyszedł dopiero przed moim telefonem do ciebie. Cały twój mega inteligentny plan jest do kitu.- syknęła.- Zamiast ich skłócić, to jeszcze bardziej ich zbliżyliśmy.
-Na pewno coś spartaczyłaś.
-Och, jasne, bo pan Harry-Nieomylny-Dupek-Styles wie lepiej i nigdy nie popełnia błędów? To ja ci coś powiem. Zrobiłabym to sama z lepszym skutkiem.- dźgnęła go parę razy wskazującym palcem w pierś.
-Jakoś nie widać było tych efektów.- warknął.- Ale chcesz, to się wycofaj. Sam sobie poradzę z naszą laleczką!
-I dobrze.- prychnęła, wycofując się w stronę wylotu uliczki.
-Zobaczysz, jeszcze ją złamię, a Zayn z podkulonym ogonem będzie chciał do ciebie wrócić! I wszystko będziesz zawdzięczała mnie!
-Ile mam ci powtarzać?! Zayn mnie już interesuje! Starczy, żeby wiedział, jak to jest, gdy ktoś potraktuje cię jak zabawkę i śmiecia!- wrzasnęła i wybiegła na ulicę. Na szczęście, nie zauważyła mnie. Odsunęłam się od muru i otrzepałam płaszcz. "A teraz udajemy, że nic się nie stało... Że jestem tu dopiero od pięciu sekund..." Zrobiłam krok, żeby przejść przez jezdnię tego przeklętego zaułka, gdy z cienia wyszedł Harry.
-O proszę.- zaśmiał się szyderczo.- Kogo my tu mamy?
-Cześć Hazz.- skrzywił się, gdy go tak nazwałam. "No tak, to już nie jest twój przywilej..."
-Zaraz, zaraz... Jak ty masz na imię?- wiedziałam, że się zgrywał. Ale i tak to bolało.
-Czyżbyś nie pamiętał imienia dziewczyny, z którą byłeś jakieś dwa lata? Czy może dragi tak ci przeżarły mózg, że wszystkie szare komórki utracił zdolność do zapamiętywania?- zacisnął pięści tak mocno, że kostki mu pobielały.
-Lepiej trzymaj język za zębami. Nie jestem ćpunem, Scarlett.- wysyczał.
-O, czyli jednak pamiętasz, jak się nazywam... Mam się cieszyć?
-Na twoim miejscu masa lasek by piszczała z zachwytu.- boli, boli, bardzo boli.
-Nie, Hazz. Na moim miejscu każda by płakała, bo wiedziałaby, jakim dupkiem jesteś.- warknęłam i chciałam już odejść, ale jeszcze się odwróciłam.- Aha, jeszcze jedno. Jeżeli skrzywdzisz Jen, bo zachciało ci się jej płaczu, ewentualnie masz ochotę ją zaliczyć... Będziesz miał ze mną do czynienia.- zagroziłam.
-I co mi niby zrobisz?- zarechotał.- Jesteś za słaba, żeby mi się przeciwstawić.
-Nie jestem sama. Mam przyjaciół, w przeciwieństwie do ciebie.- odeszłam szybkim krokiem, nie słuchając już, co on za mną wywrzaskiwał.
"I teraz dylemat: powiedzieć o tym Jenny, czy nie? Chyba lepiej na razie trzymać to w tajemnicy, ale na wszelki wypadek zawsze mieć ją na oku... A co Zayn zrobił Caitlyn, że ona jest taka żądna zemsty?"




____________________________________________
Kochani, mamy kolejny rozdział :) za błędy przepraszam, nie miałam kiedy sprawdzić :*

Ach, ten tydzień był zarąbisty, znaczy roboty od groma, ale jakoś... Był pozytywny :D

Słyszeliście już "Ready To Run"? Głupie pytanie, na pewno słyszeliście :P Gosh, to jedna z ich najlepszych piosenek ^^ zakochałam się i poważnie zastanawiam się nad zmianą dzwonka z "Why Don't We Go There" na "Ready To Run" xD

Co jeszcze z nowości... Zmieniłam zdjęcie profilowe, jakby ktoś jeszcze nie zauważył... Zmianie uległa też moja nazwa na Twitterze :P @Roxanne_Strong to od tej pory Atalia N. ;D Mam już początek świątecznego rozdziału na "Everything's..." :D zaczynam niedługo ściągać świąteczną playlistę na telefon, już się nie mogę doczekać ;)

A! I się wczoraj dowiedziałam, że wyszedł 20. tom "Jeżycjady" Małgorzaty Musierowicz, pod tytułem "Wnuczka do orzechów" i jeśli będę odpowiednio wcześnie w Lublinie, bo dziś tam wracam, to urządzam szturm na Plazę i Empik ^.^

To chyba tyle. Dziękuję za komentarze, obserwatorów tutaj, na Twitterze, Ask'u... I najważniejsze: DZIĘKUJĘ ZA WYROZUMIAŁOŚĆ W SPRAWIE DODAWANIA ROZDZIAŁÓW!!! To dla mnie mega ważne, że tolerujecie spóźnienia, przeciąganie terminów... Nie da rady wyrobić się w terminach, zwłaszcza jeśli chce się mieć zaliczone wszystkie egzaminy, wejściówki, kolokwia... Dlatego dziękuję wam bardzo. Jesteście najlepszymi czytelnikami na świecie, kocham was :*** <3

Roxanne xD

wtorek, 28 października 2014

CHAPTER 14: I used to think that I was better alone... Why did I ever wanna let you go?

"No i po co się zgodziłeś, głupku? Miałeś się od niej trzymać z daleka! Ale nie! Nie dość, że zgodziłeś się na lekcje matmy z Jen, to jeszcze zrobiłeś to tak szybko!!! Nie mogłeś przetrzymać jej dłużej?! W końcu by odpuściła! A jakby nie zdała, to może przestałbyś ją wreszcie widywać..." Rozmyślałem stale o tym, co zrobiłem w sprawie tych nieszczęsnych korepetycji. Widok Jennifer w moim domu... Szok. Zdumienie. Złość. Aż mnie znowu zimny pot oblewa na myśl, że prawie zauważyła mój rysunek przedstawiający Anioła. Znaczy się, ją. Przedstawiający Jen. Narysowałem to zaraz po imprezie i od razu powiesiłem koło biurka. Największy z moich rysunków, miękki ołówek, gumka chlebowa, trochę szkicu węglem, kilka kresek markerem... Wygląda prawie jak czarno-białe zdjęcie. Siedząca na poręczy schodów dziewczyna, twarzą zwrócona do księżyca, widoczna tylko z profilu, długie włosy opadające na ramiona, i lekko odstające skrzydła. Widok, który przez długi czas po balu miałem przed oczami. "Taka piękna..." Ale to Jen. To niestety ona.
Odchyliłem gałązki wierzby i wślizgnąłem się pod nimi do swojej samotni. "No, dzisiaj nie taka samotna..." Stanąłem przy pniu drzewa i po prostu patrzyłem na pochyloną nad zeszytem dziewczynę. Włosy opadły jej wokół twarzy, tworząc jakby zasłonę dookoła notesu. Przygryzała paznokieć kciuka i w skupieniu wczytywała się w swoje zapiski. Wyjąłem powoli z kieszeni paczkę papierosów i ostrożnie podpaliłem jednego. Nawet nie zwróciła na to uwagi. Przekręciła stronę zeszytu i zmarszczyła brwi na widok jakiejś notatki. Wyprostowała się i zaczęła wodzić palcem po tekście. Jak zahipnotyzowany wpatrywałem się w jej rękę rysującą linijki na kartce. "Ocknij się, zakochańcu!" otrząsnąłem się z moich głupich rozmyślań. Odchrząknąłem cicho. Jennifer podniosła głowę i uśmiechnęła się szeroko. "Śliczny uśmiech... Co ja wygaduję?!"
-Cześć! Dobrze, że już jesteś, bo ja w ogóle nie rozumiem tych funkcji...- postukała palcem w zeszyt. Wziąłem głęboki wdech i podszedłem bliżej. Zrzuciłem plecak z ramienia i wskoczyłem na murek obok niej. W odpowiedniej odległości. Dobrze, że nie było bardzo zimno, można było posiedzieć na powietrzu. To co, że w kurtkach. W pomieszczeniu chyba nie dałbym rady z nią wytrzymać. Wsadziłem papierosa między zęby i wyciągnąłem rękę po zeszyt. Nasze ręce przez przypadek się zetknęły. Aż przeszedł mnie dziwny dreszcz. "Co jest...?" Nie patrząc na chyba speszoną dziewczynę, zacząłem przeglądać jej notatki. No, nic dziwnego, że nic nie rozumie, skoro ma tu pobazgrane tak, że nawet Einstein by się nie domyślił, o co chodziło autorowi. I bynajmniej nie chodziło mi o charakter pisma, tylko o chaos w tych jej zapiskach. Gigantyczny chaos.
-I ty się dziwisz, że nic nie czaisz?- prychnąłem.- Co ty, piszesz na lekcji co trzecie słowo?
-Bardzo śmieszne.- skrzywiła się.- To jak, wytłumaczysz mi to?
-Chyba nie mam wyjścia.- stwierdziłem sarkastycznie.- Masz jakiś inny zeszyt?
-Mam.- wyjęła spory brulion i otworzyła na czystej stronie.
-Dobra. To chyba zaczynamy od samego początku...- westchnąłem i przymknąłem oczy, żeby pozbierać myśli. Szykuje się długie popołudnie...




Po trzech lekcjach z Zaynem mogę śmiało stwierdzić, że: po pierwsze, doskonale zna się na matmie; po drugie, umie dobrze tłumaczyć; po trzecie, jeszcze kilka takich lekcji i będę mogła zdać poprawkę na nawet tróję; po czwarte, matma nie jest taka zła, jak mi się wcześniej zdawało.
Podeszłam do swojej szafki. Wyjęłam ze środka całą stertę zeszytów, które za chwilę będą mi potrzebne. Pan Malik stwierdził, że moje notatki to jakaś kpina i kazał założyć zeszycik do teorii, do obliczeń z podręcznika, osobny do zbioru zadań, żeby łatwiej było mi się uczyć. Plus jeszcze stare bruliony, w których się oczywiście nie mogłam połapać, ale on jakimś cudem wyszukiwał w nich informacje. "Cholerny detektyw..." Najgorsze w tych wspólnych lekcjach była jego niecierpliwość. Gdy nie potrafiłam rozwiązać jakiegoś zadania po trzykrotnym powtórzeniu teorii, robił się wkurzony i przeklinał pod nosem. A jak już udało mi się załapać, to miał na twarzy wypisaną taką ulgę, jakby wreszcie zakończyły się dla niego nie wiadomo jakie męczarnie. "Wpieniające."
Wcisnęłam jeszcze do szafki ciuchy na trening kosza, którego na szczęście dziś nie będzie. Cudownie, bo po korkach nie miałabym na to siły. Nagle drzwi mojej szafki same się zatrzasnęły, tuż przed moim nosem. "No, nie zrobiły tego tak samodzielnie..." Bokiem o sąsiednią szafkę opierała się Caitlyn, a zaraz za nią stała Jess. Super.
-Emm... cześć?- uśmiechnęłam się niepewnie. Ich miny wskazywały na to, że nasze spotkanie nie będzie należało do miłych.
-Daruj sobie.- warknęła Jess.- Mamy do pogadania.- jednym gwałtownym ruchem wytrąciła mi zeszyty z rąk. Notatki rozsypały się po całej podłodze korytarza. Zacisnęłam zęby i uniosłam wyżej głowę. Nie dam sobą pomiatać.
-Mogłabyś to łaskawie pozbierać?- zapytałam przesłodzonym głosem.
-Mogłabyś się łaskawie zamknąć?- no tak, bo to bardzo dojrzałe kogoś przedrzeźniać.
-Pięć słów.- odezwała się Caitlyn.- Trzymaj się z daleka od Zayna.- zmarszczyłam brwi. Może i jestem kiepska z matmy, ale do dziesięciu liczyć umiem.
-Ekhem, to było sześć słów.- odchrząknęłam, ale zaraz dotarło do mnie, co za pomocą tych "pięciu" słów przekazała mi dziewczyna.- Ej! Nie możesz mi mówić, z kim mogę się zadawać! To nie twoja sprawa.
-Chyba nie zrozumiałaś, więc powtórzę jeszcze raz.- powiedziała lodowatym głosem.- Zayn jest mój. I nikt, zwłaszcza taka ofiara jak ty, mi go nie odbierze.
-Słuchaj.- zaczęłam spokojnie.- Nie mam zamiaru ci go odebrać, jasne? Zayn tylko mi pomaga w matmie, okej? Między nami nic nie ma.- "A szkoda..."
-Tak, wmawiaj sobie. Wiem, co widziałam. A na balu to niby co było? Całowanie dla rozrywki? Dobrze wiemy, że dziewczyna taka jak ty, nie całuje się z pierwszym lepszym chłopakiem. A może powiesz, że dziewictwo też ci zabrał? Dałaś mu już?- wyraźnie korzystała z większej publiczności, bo wokół nas zebrała się spora grupka osób. Czułam się strasznie, policzki mnie paliły, chciałam tylko zapaść się pod ziemię i nigdy nie pojawić w tej szkole.
-I co? Lepiej ci? Jak mi nagadałaś i upokorzyłaś przed innymi? Ale wiesz co?- znalazłam w sobie tę siłę, żeby się im postawić.- Mam daleko i głęboko to, co ty mówisz. Jeżeli zechcę, to będę spotykać się z Zaynem, nie tylko na matmie, ale też normalnie. A ty nie masz żadnego prawa, żeby mówić mi, co mogę, a czego nie! Musisz być strasznie zdesperowana, skoro na każdym kroku mnie poniżasz. Jakbyś nie mogła tego załatwić w inny sposób. Jest mi ciebie żal.- wycedziłam przez zęby. Nagle jej dłoń głośno odbiła się od mojego policzka. Mało nie uderzyłam głową o kant szafki. Złapałam się odruchowo za bolące miejsce i podniosłam wściekły wzrok na dziewczyny.
-No, na co czekasz? Uderz mnie jeszcze raz.- wyprostowałam się, patrząc jej prosto w oczy. Jessica zmarszczyła brwi.
-Co tu się, kurwa, wyprawia?!- oho. Pan Malik.
-Cześć, Zayn.- Caitlyn uśmiechnęła się do niego promiennie.
-Co ona ci zrobiła, co?!- krzyknął, stając przede mną. "Czy... czy on właśnie stanął w mojej obronie?"- Jeszcze raz się do niej zbliżysz, a pożałujesz.- syknął przez zęby.
-A co?- Jess posłała mu drwiący uśmiech.- To twoja dziewczyna?
-Nie.- warknął.- Ale nie macie prawa tak jej traktować, bo nic nie zrobiła. Jeszcze raz coś takiego zobaczę, to się nie pozbieracie. A teraz...- spojrzał na Caitlyn.- Posprzątasz te papiery.
-Nie ma mowy.- prychnęła.- Nie licz na to.- Zayn podszedł bliżej i nachylił się nad nią.
-Zrób. To.- wysyczał. Przez chwilę mierzyli się spojrzeniami. "Boże, gdyby nie to, że to ja jestem powodem tego zamieszania i jest mi piekielnie głupio... nawet ciekawe widowisko." W końcu Caitlyn odpuściła. Chyba nawet ją rozumiem, czasem wzrok Zayna ma w sobie coś cholernie onieśmielającego.
-Dobra!- sfrustrowana uniosła ręce i schyliła się, żeby podnieść moje zeszyty.- Jess, pomóż mi, do jasnej cholery!- krzyknęła na przyjaciółkę. We dwie szybko się z tym uporały i po chwili wcisnęły mi w ręce stertę notatek.
-A teraz won stąd!- rozkazał. Dziewczyny niechętnie wykonały jego polecenie. Odwrócił się w moją stronę.- Chodź.
-Dokąd?- odważyłam się odezwać. Auć, ale boli... Położyłam rękę na pulsującym miejscu.
-Odwiozę cię do domu.- i nie czekając na moją reakcję, złapał mnie za rękę i pociągnął przez zgromadzony, zszokowany zaistniałą sytuacją tłum do wyjścia. Wyszliśmy przed szkołę i w milczeniu podeszliśmy do samochodu.
-Wsiadaj.- zakomenderował. Wykonałam polecenie bez słowa. Nawet nie wiedziałam, co mogłabym mu odpowiedzieć.- Chcesz się dzisiaj uczyć, czy odpuszczamy?- zapytał, uruchamiając silnik.
-Nie, nie odpuszczamy.- jedna lekcja matmy w plecy może mnie kosztować parę ładnych punktów na teście.
-Jesteś pewna?- zerknął na mnie kątem oka. "Okej, to lekko dezorientujące. Co mu się stało?"
-Dlaczego to właściwie zrobiłeś?- zmarszczył brwi, jakby nie wiedział, o co chodzi.
-To, znaczy co?
-Wiesz dobrze. Po co stanąłeś w mojej obronie.- przez chwilę nic nie mówił.
-Bo wiem, na co je stać. Nie dałabyś sobie z nimi rady, nie odpuściłyby ci. Jak cię uderzyły... Miałem się nie wtrącać?- i znowu agresywny pan Malik.
-Wiesz, to wyglądało, jakbyś...- zawahałam się, wybierając właściwe określenie.-... jakbyś się o mnie... troszczył. A podobno wolisz trzymać się ode mnie z daleka.- przygryzł wargę i zacisnął mocniej dłonie na kierownicy. "Już! Już się nie odzywam."
Nie wypowiedzieliśmy ani jednego słowa aż do mojego domu. Wysiadłam szybko z auta i ruszyłam do łazienki, żeby w lustrze ocenić rozmiary bolącego siniaka. Uuu... Jest nieciekawie. Mój policzek wygląda, jakby wyrywano mi zęba bez znieczulenia. Usłyszałam dziwne odgłosy dochodzące z kuchni. "Co jest?" Poszłam szybko w tamtym kierunku i przyłapałam Zayna na grzebaniu w lodówce.
-Jeśli jesteś głodny, to wystarczyło powiedzieć. Nie musisz od razu grzebać po szafkach jak u siebie.- powiedziałam głośno. Podniósł głowę i popatrzył na mnie z politowaniem.
-Szukam lodu.- "Ty idiotko..."
-Aha.- mruknęłam pod nosem i usiadłam na krześle przy stole. Za chwilę przede mną stanął Malik i delikatnie uniósł moją głowę. Wstrzymałam oddech, gdy jego kciuk pogładził mój policzek. O czym on teraz myślał? Jego wyraz twarzy był nie do odgadnięcia. Nie patrzył mi w oczy, tylko uważnie obserwował fioletowe miejsce. Ostrożnie przyłożył do niego woreczek z lodem. Syknęłam z bólu. Cholera... Jeśli wtedy mnie bolało, to nie wiem, jak określić to, co czułam teraz. Aż łzy stanęły mi w oczach i odruchowo uniosłam rękę do pulsującego siniaka. Traf chciał, że położyłam dłoń na ręce Zayna. Znieruchomiałam, gdy nasze palce się zetknęły. On też.




"Co ja wyprawiam?" pytałem sam siebie, wioząc Jen do domu i potem pomagając jej w ogarnięciu tej śliwki na twarzy. A teraz, gdy dotknąłem jej twarzy... Nie wiem, jak można określić to uczucie. Przeniosłem wzrok z jej policzka na oczy. Wpatrywała się we mnie, ewidentnie zdziwiona moim zachowaniem. "No, nie wiem, kto był bardziej zdumiony. Ja czy ona."
-Lepiej?- spytałem cicho, nie zabierając swojej ręki, czerpiąc przyjemność z dotyku jej dłoni.
-Tak.- odpowiedziała prawie niesłyszalnym szeptem.
-To dobrze.- stałem tam jak idiota. Ale za nic w świecie nie mogłem się ruszyć z miejsca. Jakby jakaś niewidzialna siła trzymała mnie tam, wbitego w podłogę. "Kretynie, to grawitacja!" Taa. Chyba jakaś pieprzona jennitacja. Ja pierdolę. Wreszcie dziewczyna się otrząsnęła i lekko odepchnęła moją rękę. "Dzięki Bogu, bo już myślałem, że skleił nas jakiś Super Glue."
-Chyba odpuścimy sobie dziś te korepetycje.- wymamrotała, wstając z krzesła. Skrzywiła się, gdy docisnęła za mocno lód do policzka. Miałem ochotę lecieć i samemu trzymać jej ten woreczek, byle tylko nie zrobiła sobie gorszej krzywdy. "CO. SIĘ. ZE. MNĄ. DZIEJE?!!!"
-Jak chcesz.- przybrałem na twarz obojętną maskę. Mogłem się tylko domyślać, że przed chwilą wyglądałem, jakbym miał się roztopić. "Zakochany szczeniak... Co?! Nie, ja tego nie pomyślałem, nie jestem zakochany!!!"- To ja już pójdę.
-Okej.- miała chyba zamiar obejść stół, bo odwróciła się w lewo, ale zamiast zrobić krok, potknęła się o sznurówki i mało nie wyrżnęła na podłogę. Ja... Złapałem ją w ostatniej chwili.
Zawsze uważałem, że te niedorzeczne romansidła, te wszystkie komedie romantyczne, historie, w którym kopciuszek spotyka księcia, gdy on przez przypadek zderza się z nią na ulicy i następuje miłość od pierwszego wejrzenia są głupotą i wierutną bzdurą. No bo, bez jaj, jak można się w kimś zabujać od jednego mrugnięcia. Cóż, tak UWAŻAŁEM. Do tej chwili.
Staliśmy w dość dziwnej pozycji. Ja obejmując ją mocno w talii, żeby nie upadła, ona lekko odchylona w tył, jedną ręką wsparta o stół, drugą złapała mnie mocno za rękaw bluzy. I oczywiście te spojrzenia. Nie mogłem oderwać od niej wzroku. Od szeroko otwartych szaro-niebieskich oczu w ciemnej oprawie, czerwonych warg, zarumienionych policzków, w tym jednego niestety uszkodzonego, ciemnych włosów, opadających kręconymi kosmykami na twarz. Podtrzymując uścisk, podniosłem jedną rękę i odgarnąłem jej włosy z oczu. Teraz lepiej. Przygryzłem wargę. Wyglądała jak... anioł. Mój Anioł, którego tak dobrze pamiętałem z balu. I którego chciałem poznać na nowo. "Ale przecież... miałeś się trzymać z daleka..."
-Pieprzyć to.- szepnąłem, nachylając się nad jej twarzą. Wstrzymała oddech.
W jednym ułamku sekundy nasze usta się złączyły w pocałunku. "Teraz... dopiero teraz jest okej..."




__________________________________________________
Uwielbiam trzymać was w niepewności, ale dłużej już nie wytrzymałam :P sorry za długość, ale nie dałam rady pociągnąć dłużej, a chciałam bardzo już dodać :*
Oczywiście---> ROZDZIAŁ NIESPRAWDZONY!!! Anon, masz pole do popisu ;)

Wielki shout-out and congratulations dla mojej BFF za zdane prawo jazdy :*** widzisz, teraz będziesz mnie wozić na moje nieszczęsne egzaminy praktyczne :P ;D

Oczywiście, tradycyjnie będę się żalić, jak to mam wiele nauki itp itd. Ale wiecie co? Dziś mi się nie chce :P powiem tylko, że zawaliłam kartkówkę z anatomii i jutro się okaże, czy oblałam ją totalnie, czy wyżebrzę choć trójeczkę z dwoma minusami xD

Kolejny nie wiem, kiedy... Zobaczy się :) mam nadzieję, że nie będziecie masakrycznie długo czekać ;) po drodze święta, wprawdzie z poniedziałkowym kolokwium z klatki piersiowej, ale potem dłuuugi weekend... no cóż, wygospodaruję chwilkę :P

Dziękuję za wszystkie komentarze, obserwacje, jesteście cudowni, wasz support dodaje powera ^^

Buziaki <3
Roxanne xD

PS: Oglądaliście "Steal My Girl"? :D powiem wam to, co napisałam w tweetach: ciekawi mnie, czy szympans był dobrym piosenkarzem i czemu oni właściwie nie przytulili się do tego boskiego lwiątka? ;P ^.^



I jeszcze aktualizacja:
ZAMIERZAM DODAĆ ROZDZIAŁ ŚWIĄTECZNY NA "EVERYTHING'S GONNA BE ALL RIGHT...", CZYLI MOIM UKOCHANYM PIERWSZYM BLOGU, ZA KTÓRYM CHOLERNIE TĘSKNIĘ!!! JEŚLI BĘDZIECIE CHCIELI SIĘ DOWIEDZIEĆ, JAK BĘDĄ WYGLĄDAŁY ŚWIĘTA 1D TEAM, TO ZAPRASZAM :D 
24 GRUDNIA 2014 r., GODZINA JESZCZE NIE USTALONA ^^
I to tyle <3

niedziela, 19 października 2014

CHAPTER 13: One way or another I'm gonna see you, I'm gonna meet ya, meet ya, meet ya, meet you...

Na początku rozdziału chciałabym pozdrowić Olę Patola, znajomą z Ask'a, której to obiecałam już przed dwunastym rozdziałem, ale z nawału obowiązków i ekspresowego pisania rozdziału zapomniałam, za co przepraszam :***


______________________________________________________________


Zayn przewiercał mnie nieprzyjemnym spojrzeniem. "Tak, wiem, co sobie myślisz! Ale spotykanie się z tobą na matmie nie było moim pomysłem!!!" Zwróciłam się z powrotem w stronę nauczyciela.
-Ale...- wyjąkałam.- Ale ja nie potrzebuję...
-Dziewczyno, masz prawie same niedostateczne, sklecenie jednego prostego ułamka ci nie wychodzi, a co dopiero mówić o równaniach kwadratowych i sześciennych. Nie umiesz się skupić i liczę, że Zayn ci w tym pomoże.- "Ha. Ha. Ha. Zayn mi się pomoże skoncentrować na czymś? Dobry żart!"
-Nie mam zamiaru jej uczyć!- warknął zdenerwowany chłopak. Szybkim ruchem poprawił szelkę plecaka.- Na konkurs też się nie wybieram. Dajcie mi wszyscy święty spokój!
-Kolego, ja się o zdanie nie pytam. Albo uczysz Jen matematyki, albo czekają cię gorsze konsekwencje.- zagroził Gordon. Zayn zacisnął zęby i wyszedł z sali, głośno trzaskając drzwiami.
-Ja... Chyba lepiej już pójdę...- powiedziałam cicho i opuściłam klasę, nie czekając na odpowiedź nauczyciela.
Powiedzieć, że byłam skołowana, to za mało. Czułam się dziwnie. "Zayn Malik ma mnie uczyć matmy... Zayn Malik ma mnie uczyć matmy. ZAYN MALIK MA MNIE UCZYĆ MATMY!!!" Powtarzałam w myślach to proste zdanie, jakbym ciągle nie mogła uwierzyć, że to prawda. A jednak. Kłopot w tym, że Zayn nie ma takiego zamiaru. Na korytarzu go nigdzie nie było widać, co by znaczyło, że poleciał gdzieś, wściekły jak osa i za Chiny nie znajdę go w tej szkole. Westchnęłam ciężko i poczłapałam na trening koszykówki. "Mam już totalnie dość dzisiejszego dnia."



-Jak to Malik?!
-Normalnie. Nie drzyj się tak, Scarlett, wszyscy to słyszą.- wywróciłam oczami i podałam piłkę z powrotem do mojej przyjaciółki. Wrzuciła ją do kosza szybkim, perfekcyjnym ruchem.
-Ale jak normalnie?- odgarnęłam włosy z czoła i podniosłam piłkę z parkietu.- Jenny, to do normalnych sytuacji nie należy. Siedzisz z nim na angielskim, okej. Nic nadzwyczajnego. Potem zderzasz się z nim na korytarzu. No dobra, mogło się przytrafić każdemu. Ale później mamy bal i wy akurat tańczycie ze sobą, gadacie, a wręcz flirtujecie, a potem bum! Buzi, buzi na środku parkietu.- zarobiłyśmy kolejne dwa punkty, dzięki mojemu rzutowi. A mówią, że nie da się czegoś robić i gadać jednocześnie.- Następnie okazuje się, że wy to wy, po czym nie odzywacie się do siebie, choć widać, że każde chce z tym drugim pogadać. Potem trafiacie razem na zajęcia teatralne. No spoko, ludzie czasem coś przeskrobią. Ale korepetycje?! Albo to jest cholerny zbieg okoliczności, albo jesteście sobie przeznaczeni od pierwszego waszego spotkania, kiedy tak go nagabywałaś, żeby powiedział ci, jak ma na imię.
-Skończyłaś?- Jen wreszcie udało się wciąć w mój słowotok.- Na serio, gadasz jak katarynka. Nie myślałaś o polityce? Przegadałabyś nawet Putina.
-Bardzo śmieszne, ale nie.- odbiłam kilka razy piłkę od ziemi. Dobrze, że były Mikołajki i trenerka się nad nami nie znęcała. Przynajmniej można było pogadać o wszystkim i o niczym. W tym wypadku o wszystkim.- Co zamierzasz zrobić?
-A co mogę?- westchnęła i złapała piłkę. Zaczęła obracać ją w rękach.- Potrzebuję tych korepetycji. Nie ma już czasu, żeby szukać kogoś innego. Wychodzi na to, że Zayn będzie moją jedyną nadzieją.
-Jak to zabrzmiało...- zaśmiałam się i szybkim ruchem wyrwałam jej piłkę.
-Dobra, dziewczyny, koniec na dziś!- krzyknęła trenerka.- Pod prysznice!
-Pogadamy później, muszę się szybko zbierać do domu.- powiedziała Jen i poleciała ekspresowo do szatni. Ja wolnym krokiem szłam za wszystkimi dziewczynami. Po co się spieszyć? Nie pali się, zdążę dotrzeć do domu na kolację.
Wypluskałam się w ciepłej wodzie i wycierając ręcznikiem włosy, wróciłam do szatni. "Ooo, chyba przesadziłam z długością prysznica... Nikogo nie ma." Wzruszyłam ramionami i wzięłam torbę z rzeczami. Płaszcz z szafki zgarnęłam już wcześniej i teraz tylko go założyłam podczas krótkiej drogi korytarzem. Wyszłam przed szkołę i momentalnie mnie wmurowało. "O cholera. Harry. I. Niall." Zamrugałam oczami i spuściłam głowę. Nie mogłam patrzeć na Harry'ego. Nie chodziło o to, że go nienawidzę, czy coś... Właściwie wręcz przeciwnie. Ciągle coś do niego czuję. Ale jaki normalny chłopak totalnie odwraca się od swojej dziewczyny, olewa ją, ignoruje jej prośby i dobre chęci, prawie wciska jej dragi, prawie ją bije... Zmienił się. Strasznie się zmienił, teraz udaje, że mnie nie zna... Jestem dla niego nikim. Jakby rozdział ze mną w roli głównej został wycięty z książki zwanej jego życiem.
-Hej, Scarlett!- "mój brat" podniósł rękę i pomachał do mnie. Zatrzymałam się w pół kroku. "Czy oni się do mnie odezwali?!"- Chodź na moment!- "Znaczy się... Ja?! Mam podejść?!!! DO NICH?!!!" Zrobiłam niepewne dwa kroki. Harry nawet nie podniósł głowy znad telefonu.
-Ekhem... Chciałeś coś?- zapytałam cicho. Na dźwięk mojego głosu Styles gwałtownie poderwał głowę do góry i zmarszczył brwi, lustrując mnie przenikliwym spojrzeniem. "Tak, Hazz, skarbie, to ja. Twoja dziewczyna. Była dziewczyna."
-Taa.- Niall posłał mi szeroki uśmiech. "O rany... Mam prawie taki sam!"- Chciałem tylko spytać, czy widziałaś może Zayna? Powinien sterczeć gdzieś przy szafkach, jeszcze nie wyszedł ze szkoły...- "A to ci psikus. Zayn wyszedł jakieś... trzy godziny temu."
-Zayna nie ma w szkole. Wybiegł, gdy się dowiedział, że ze względu na super matematyczne zdolności ma udzielać Jen korepetycji.- Harry wziął głośny wdech. "Aż tak nie lubi Jen?"
-O proszę.- zaśmiał się Horan.- A już myślałem, że będę jego jedynym uczniem.
-Taaa,- mruknęłam.- Nigdy nie myśl, że jesteś jedyny, zawsze ktoś lub coś może cię wykopać.- rzuciłam ostre spojrzenie Stylesowi. "Na przykład dragi..."
-Okeej... Chyba nie rozumiem.- zrobił zabawną minę.
-Jak życie da ci mocnego kopa w dupę, to zrozumiesz.- warknęłam.
Odwróciłam się na pięcie i poszłam w stronę swojego domu. Miałam ochotę się rozpłakać. "Scar, nie kochasz go, ty go nienawidzisz! Nienawidzisz go, jasne??? Niena... Cholera. Dlaczego ja go ciągle kocham? Nie mogę się wiecznie oszukiwać." Otarłam energicznie spływającą po policzku łzę. To bez sensu. Nie ma po co rozmyślać o Harrym, o tym, jak mnie zostawił, jak bardzo za nim tęsknię... To przeszłość. Wystarczył jeden głupi bal, pocałunek z przyrodnim bratem, żeby wszystkie wspomnienia wróciły, żeby wyskoczyły, jak z nagle otwartego pudełka. Dość. Kuferek ze wspomnieniami zamykamy z powrotem na klucz. Jestem silna i nie dam się przeszłości. Teraz jest już inaczej, to nowa "ja" i nowe życie. A Styles jest tylko godnym pożałowania epizodem.




Otworzyłam drzwi i weszłam do domu. Z kuchni od razu wyjrzał Jim.
-O, jesteś! Chodź, zrobiłem spaghetti.
-Spaghetti?- uniosłam brwi.- Umiałeś zrobić sos i nie przypaliłeś makaronu?
-Znaczy się... Z puszki zrobiłem...- wymamrotał pod nosem, mieszając zawartość garnka.
-Aaa, to wszystko wyjaśnia!- zaśmiałam się, siadając przy stole.
-Oj, nie czepiaj się.- żachnął się braciszek i postawił przede mną parujący talerz.- Smacznego.
-Dzięki.- złapałam za widelec i zaatakowałam porcję makaronu. Mmm, pycha.
-Coś ciekawego było w szkole?- zapytał, biorąc szklankę z sokiem.
-Tak. Chyba znalazłam korepetytora z matmy.- oznajmiłam kpiąco.
-No, nareszcie! A kto to?- wziął łyk soku.
-Zayn Malik.- cała pomarańczowa zawartość ust Jima została gwałtownie wypluta i wylądowała w moim spaghetti. Odskoczyłam gwałtownie razem z krzesłem, żeby uniknąć lepkiego soku na swoich ciuchach.
-O Jezu...- odkaszlnął porządnie i spojrzał na mnie zszokowany.- Że niby... Że ten... Że Zayn?!
-Tak. Okazało się, że jest matematycznym geniuszem. Gordon chciał go wysłać na konkurs, ale Malik się nie zgodził. Profesor się wpieklił i wrobił go w korepetycje.- wyjaśniłam, wycierając blat stołu z soku. Podniosłam niepewnie talerz.- Wiesz co... Spaghetti z sosem pomidorowo-pomarańczowym to chyba nie jest najlepszy pomysł.
-Zamówimy pizzę.- stwierdził i wsypał zawartość talerza do specjalnej miski, którą wystawiamy na zewnątrz dla bezpańskich kotów. "Pamiętaj, córeczko, jedzenie jest bożym darem. Nie wolno go wyrzucać..." przypomniał mi się głos mamy.
-Jak zwykle.- westchnęłam.- Ale mogę przynajmniej wziąć choć raz hawajską?
-Ananasy w serze?- jęknął, ale pod wpływem mojego spojrzenia skapitulował.- Połowa hawajska, połowa wegetariańska.- zażądał.
-Zgoda.- wyszczerzyłam się i szybko wykręciłam numer najbliższej pizzerii.
-Słuchaj...- odezwał się braciszek, gdy skończyłam składać zamówienie.- A kiedy masz te korki?
-No właśnie nie wiem.- skrzywiłam się.- Zayn nie chce udzielać mi korepetycji.
-W sumie mu się nie dziwię.- wzruszył ramionami. Za sekundę walnęłam go w ramię.- Au! Za co to?- rozmasował obolałą kończynę.
-Za niewinność.- mruknęłam.- Zayn nie chce mi udzielać korków, bo myśli, że mu się narzucam. Nie chce mieć ze mną do czynienia po tym, co się działo na balu i po nim.
-I może ma rację... A narzucasz mu się?- obrzucił mnie badawczym spojrzeniem.
-Pfff... Oczywiście, że nie.- oparłam czoło na blacie stołu.- Nie mam takiego zamiaru. Prosił, żebym zachowała dystans, zrobiłam to. Nawet jeśli to strasz...- urwałam. "Okej, Jim wie całkiem sporo epizodów z mojego życia, ale wszystkich znać nie musi..."
-Nawet jeśli co?- niestety, James Sorset zawsze usłyszy to, co nie powinien, bądź nie musi.
-Nic.- wymamrotałam.
-Ale ja słyszałem!- trącił mnie łokciem w bok.- Nooo? Siostra, nie daj się prosić...
-Nic nie mówiłam!- trzeba utrzymać front, co nie?
-Jen...
-Nie.
-Jenny...
-Nie!
-Jennifer!
-NIE!
-O mój Boże!- wykrzyknął nagle, zakrywając usta ręką.
-Co?- podniosłam głowę, nic nie rozumiejąc z jego wrzasku.
-Ty się zakochałaś!- zawołał z udawanym przerażeniem.
-Co?- powtórzyłam jak ostatnia tępota.- Znaczy się.., Nie! Wcale... NIE!
-Aha, akurat.- zakpił. Wyszczerzył się jak idiota.- Jen się zakochała, Jen się zakochała...- zaczął podśpiewywać pod nosem.
-Jim, kretynie!- rzuciłam się na niego, żeby zakryć mu usta ręką.
-Tylko nie kretynie! Jestem księdzem, więc na pewno nie idiotą.- spojrzałam na niego z politowaniem. "Jim, od myślenia tymczasowego głowa cię nie rozboli..."
-Tak... Czyli debilami są ci, u których zdawałeś te egzaminy na teologii, skoro cię przepuścili dalej.
-O przepraszam!- krzyknął, ale jego tłumaczenia przerwał dzwonek do drzwi.- Pewnie pizza. Idź otworzyć, a ja zastanowię się nad ripostą.- parsknęłam śmiechem i wzięłam forsę z szafki kuchennej.
Otworzyłam zamaszyście drzwi, ale zamiast znajomego pana z wąsem i dużym pachnącym pudłem zobaczyłam niskiego mężczyznę z brodą i czarną torbą przewieszoną przez ramię.
-Przepraszam.- powiedział niepewnie.- Szukam plebanii, ale to chyba nie tu...- zawahał się. Uśmiechnęłam się przyjaźnie.
-Nie, dobrze pan trafił. Zapraszam. Pan do księdza Jamesa Sorset?
-Eee... Tak.- skinął głową, wchodząc do przedpokoju.
-Jim, masz gościa!- krzyknęłam w stronę kuchni. Za chwilę brat przyczłapał do hallu.
-O witam.- uśmiechnął się do mężczyzny.- Czyli jednak pan się zgadza?
-Tak, raczej tak.- odparł facet i zerknął na mnie niepewnie.
-O, przepraszam, nie przedstawiłem panu mojej młodszej siostry, Jennifer. Jenny, to jest pan Marshall, nasz nowy organista. Zamieszka w domku naprzeciwko z żoną i córeczką.
-Bardzo mi miło.- uścisnęłam jego dłoń.- Cieszę się, że w naszym kościele wreszcie zagrają organy.
-Ja się cieszę, że tak szybko udało mi się znaleźć tu pracę.- powiedział i wreszcie się uśmiechnął.
-To ja idę do kuchni czekać na obiad. Jim, pogadamy później.- skinęłam głową panu Marshallowi i wróciłam do kuchni.
Zwinęłam się w kłębek na krześle i oparłam brodę na dłoni. Wpatrzyłam się w okno. "I co teraz?" Muszę postanowić, co z tymi korepetycjami. Chcę zdać matmę. Poprawka, ja muszę ją zdać. Ale jeśli Zayn nie będzie współpracował... Trzeba będzie go mocno prosić. Może w końcu się zgodzi, jeśli będę mu suszyła głowę na okrągło, 24 na dobę, przez 7 dni w tygodniu. "Potrzebuję tych korków... Potrzebuję Zayna... I będę mogła go częściej widywać..." Aż się uśmiechnęłam na tę myśl. Mimo wszystko, mimo tego, że on mnie odrzucał, to coraz bardziej chciałam być blisko niego. Chciałam poczuć jego zapach, chciałam, żeby dotknął mojej ręki, żeby mnie przytulił tak, jak wtedy za wierzbami, gdy zobaczył te plakaty, chciałam, żeby mnie pocałował... Zakochałam się. Kocham Zayna Malika i długo bez niego nie wytrzymam.
-No! I mamy organistę!- Jim, zacierając ręce, wszedł do kuchni. Oparł się plecami o szafkę i spojrzał na mnie badawczo.- A ty co tak odpłynęłaś?- zapytał podejrzliwie.
-Miałeś rację.- szepnęłam.- Zakochałam się.
-Przepraszam, nie słyszę, że co?- naigrawał się ze mnie. "Nie ma to jak dobry braciszek."
-Zakochałam się w nim.- powtórzyłam głośniej.
-Ja chyba naprawdę ogłuchłem.- pokręcił głową z udaną bezradnością. Wywróciłam oczami i zacisnęłam dłonie w pięści.
-ZAKOCHAŁAM SIĘ W ZAYNIE MALIKU, ZADOWOLONY?!!!- wrzasnęłam na cały głos. Jim wyszczerzył się w nienormalnym uśmiechu.
-Tak. Teraz tak.- zerknął na zegarek.- O rany, muszę lecieć.- podbiegł do drzwi, ale jeszcze zatrzymał się w progu.- Skonsumuj pizzę i leć do niego. Niech cię nauczy tej matmy, ale ręce przy sobie. Wiesz, co myślę o antykoncepcji, seksie przed ślubem i tym podobnych sprawach.
-James!- wbiłam w brata zaszokowane spojrzenie.
-No co? Jeszcze niedawno to ja byłem w twoim wieku i tata rzucał takie teksty do mnie. Muszę ci zastępować rodziców.- uśmiechnął się, ale zaraz spoważniał.- A tak na serio, to bądź ostrożna. Nie pokazuj mu, co czujesz, dopóki nie będziesz stuprocentowo pewna, że warto. I że on na to zasługuje. Ja wiem, że miłość nie wybiera, ale... Uważaj na siebie.- kolejny look na zegarek.- Dobra, mam zaraz katechezę dla dzieciaków komunijnych. To znaczy dla piętnastki małych łobuziaków. Trzymaj się. I siedź u niego za długo.- i zniknął. Po prostu sobie poszedł. A ja zostałam tam na krześle z jeszcze większym mętlikiem w głowie. "Czy ktoś tu mówił, że mój brat jest idiotą? Potwierdzam."




Stałam przed drzwiami Zayna, nerwowo pocierając ręce o spodnie. "Cholera, przed nową szkołą tak się nie denerwowałam." Wreszcie nabrałam odwagi, by nacisnąć przycisk dzwonka. Po chwili drzwi się otworzyły i stanęła w nich miło wyglądająca kobieta.
-Dzień dobry...- zaczęłam z niepewnym uśmiechem.- Czy zastałam Zayna?
-Dzień dobry. Tak, wejdź, kochana.- gestem ręki zaprosiła mnie do środka. Weszłam nieśmiało do hallu.- Zayn! Masz gościa!
-Juuuż!- odkrzyknął z góry.
-Zdejmij kurtkę, skarbie, tu jest ciepło.- powiedziała do mnie ze szczerym uśmiechem.- Napijesz się czegoś? Chodź.- podążyłam posłusznie za nią do salonu.
-Nie, dziękuję. Ja tylko na chwilę...
-Jenny!- z kanapy podniosła się Safaa i podbiegła, żeby się do mnie przytulić.
-Cześć.- zaśmiałam się, czochrając jej włosy.
-Przyszłaś z Macy?- spytała szeroko uśmiechnięta.
-Nie, nie tym razem.- pokręciłam głową. "Macy... Muszę ją odwiedzić."- Ale następnym razem ją przyprowadzę.
-Obiecujesz?
-Obiecuję.- położyłam rękę na sercu.- A co ci się stało w rączkę?- zapytałam, widząc spory opatrunek na lewym nadgarstku dziewczynki.
-A, to. Jakoś sobie ją skręciłam.
-Zwichnęłaś.- poprawiła ją matka.- Nie wiedziałam, że się znacie.
-Poznałyśmy się na placu zabaw. Byłam tam z... przyjaciółką z domu dziecka.- wyjaśniłam pokrótce.- Akurat się złożyło, że był tam też Zayn z Safą.
-Jennifer?- uniosłam głowę i spotkałam się ze wzrokiem zdumionego pana Malika. "Zdumionego i wkurzonego." Jego oczy wręcz ciskały błyskawice.
-Możemy porozmawiać?- zapytałam nieśmiało. Wywrócił oczami i wskazał gestem ręki na schody. Podążyłam za nim do jego pokoju. Wszedł pierwszy, nawet się na mnie nie oglądając. Zamknęłam za sobą drzwi i rozejrzałam się dookoła.- Wow...- wyszeptałam, patrząc na całą masę plakatów, rysunków, graffiti itp. itd. Widać było, że większość stworzył sam. Zaraz... "Czy mi się wydaje... czy na jednym jestem ja?!" Zmrużyłam oczy, żeby lepiej widzieć.
-Przyszłaś podziwiać mój pokój?- zapytał groźnie, stając przede mną i zasłaniając mi widok.
-Nie, ja tylko...- podniosłam głowę, by spojrzeć mu w oczy.- Chciałam pogadać o tych korkach z matmy.- prychnął pod nosem i oparł się tyłem o biurko.
-Niepotrzebnie tu przychodziłaś.- zadrwił.- Nie ma mowy, już ci to mówiłem.
-Zayn, ale ja naprawdę tego potrzebuję.- powiedziałam błagalnie.- Nie zdam matmy, jeśli ktoś ze mną tego nie powtórzy, ale trafiam na samych głąbów, lub w ogóle nie mogę znaleźć nikogo sensownego!
-Sorry bardzo, ale ja się do tego nie nadaję. Mówiłem, żebyś trzymała się ode mnie z daleka.- warknął.
-Przecież to nie ja zaproponowałam te korki.- westchnęłam, wciskając ręce w kieszenie jeansów.
-A skąd mogę wiedzieć, czy nie prosiłaś o to Gordona przed lekcjami?- aż wciągnęłam głośno powietrze, słysząc te brednie.
-No wiesz!- krzyknęłam.- Normalnie ręce opadają! Ty nikomu bezinteresownie nie pomożesz?!
-Nie.- wzruszył ramionami.- Powiedziałem kiedyś, że to twoje nawracanie na nic się nie przyda.
-Ja nie... Ja cię nie nawracam, do cholery!- wkurzyłam się. "Może i mi się podobasz, Malik, może i się w tobie zakochałam, ale teraz przeginasz."
-A co robisz?
-Proszę cię, żebyś mi łaskawie udzielił korepetycji z matematyki. Nie chcę kiblować, mam beznadziejne stopnie i byle kto mi nie pomoże. A ciebie chcieli wyciągnąć na konkurs, więc chyba się na tym znasz.
-Nie ma mowy.- pokręcił głową.
-Zayn, proszę.- jęknęłam.- Obiecuję, że poza tymi zajęciami, poza lekcjami i tym głupim teatrem nie będę się do ciebie w ogóle odzywała.- posłał mi kpiące spojrzenie spode łba.- Przyrzekam.
-Ta, jasne, a potem znowu wplączą mnie w jakieś nadobowiązkowe gówno, którego ty będziesz główną atrakcją.- prychnął.- Nie.
-Obiecuję, że naprawdę nic takiego się nie stanie. Proszę.
-Nie ma mowy! Właściwie, po co ja z tobą dyskutuję?!- wkurzył się i odsunął się od biurka.- Zaraz znowu będziesz kombinowała, jak się do mnie zbliżyć.
-Nic nie kombinuję!- wrzasnęłam wściekła.- Ty jesteś taki tępy, że nic totalnie nie rozumiesz? Potrzebuję korków, ty jesteś dobry z matmy, dodaj to do siebie! Takie trudne działanie?
-No widzisz, skoro działanie jest takie trudne, a ja nie mogę go rozwiązać, to chyba nie jestem takim geniuszem.- mruknął i otworzył na oścież drzwi.- Wyjdź.
-Nie.- założyłam ręce na piersi i usiadłam po turecku na łóżku.- Nie wyjdę stąd, dopóki się nie zgodzisz.- zamknęłam oczy i zacisnęłam zęby.
-Ja pierdolę.- usłyszałam w odpowiedzi. Zamknął drzwi i chyba usiadł na fotelu obrotowym, bo coś przesunęło się po podłodze.- Chciałbym pójść spać, a ty niestety blokujesz mi łóżko.- odezwał się przesłodzonym głosem.
-Trudno.- wzruszyłam ramionami i otworzyłam jedno oko. Gapił się na mnie wkurzony i przeczesywał włosy ręką.
-Jezu, Jen, wyjdź na serio. Mam już dość tej zabawy.
-Ja się doskonale bawię.- stwierdziłam, uśmiechając się pod nosem.
-Ale ja nie. I przypominam, że jesteś w moim domu, jakby co. To ja tu rządzę.
-Dziwne. Jakoś twoje rządzenie nie pomogło ci w wywaleniu mnie z pokoju.- parsknęłam śmiechem. Mruknął głośne "kurwa" i obrócił się kilka razy na swoim fotelu. Wreszcie wstał i podszedł do mnie. "Oho! Teraz wyrzuci mnie z domu przez okno." pomyślałam, patrząc na niego z dołu.
-Poddaję się.- wymamrotał.- Będziesz miała te swoje korepetycje.
-Naprawdę?!- pisnęłam uszczęśliwiona. Z tej radości wstałam i z miejsca rzuciłam mu się na szyję. Zayn aż zesztywniał. "Co ty robisz, kretynko?!" Odsunęłam się jak oparzona.- Przepraszam! Sorry, poniosło mnie.- pokryłam zmieszanie niepewnym uśmiechem.
-Lepiej niech cię tak nie ponosi, bo się rozmyślę.- warknął.- Jutro, po lekcjach, w tamtym miejscu pod murem. Zobaczymy, jak to będzie wyglądało.
-Jasne.- uniosłam kciuki w górę.- Dzięki, dzięki, dzięki, jeszcze raz dzięki! To już ci nie przeszkadzam! Pa!- i wyleciałam z jego pokoju jak torpeda. "Ufff... Udało się..."




_____________________________________________
ROZDZIAŁ NIESPRAWDZONY I TOTALNIE BEZNADZIEJNY!!!

Jest mi strasznie, strasznie, STRASZNIE głupio, że zaniedbałam rozdział, bloga... Ale musicie mi uwierzyć nie wyrabiam na zakrętach. Za dużo tego wszystkiego, można stracić głowę. Wczoraj siedziałam przez trzy godziny w necie i szukałam, żeby ktoś mi łaskawie wyjaśnił, jakiś skomplikowany wzór na biofizykę, na której uważają, że wszyscy skończyli w liceum matmę wyższą- nie znalazłam nic. Oj, będzie cienko w środę...

Mam już dość, nie mów mi nic
Pozwól żyć, pozwól mi być...
Tak, to idealnie oddaje charakter studiów. Mam już totalnie dość -.- ale spokojnie, Rox nie podda się tak łatwo! Będę walczyć do końca! (jak to zabrzmiało :P )

Kolejny rozdział nie wiem kiedy. Prawdopodobnie za dwa tygodnie... Zobaczymy. A nóż, widelec wyrobię się w jeden? Za kolejną zwłokę przepraszam.

Dzięki za komentarze, za rozmowy na Ask'u, które mi poprawiają humor. Jak coś piszcie na Twitterze, na Ask'u, czy tu w komach- będzie fajnie z wami pogadać i na trochę się oderwać od mięśni klatki piersiowej czy komórek tkanki łącznej :P

Buziaki przesyła
przywalona ciężarem anatomii,
powalona przez biofizykę,
rozłożona na łopatki przez histologię,
wymaglowana przez chemię,
dobita przez angielski
Roxanne xD

wtorek, 7 października 2014

CHAPTER 12: I can't be no superman, but for you I'll be superhuman...

-Nie, Zayn! Nie! Nie mamrocz pod nosem! Skup się!- Hollins znów stanął obok mnie.- Jesteś Romeem. Zakochałeś się w Julii. Chcesz jej pokazać swoje uczucie, jak bardzo jest dla ciebie ważna. Przenieś się w czasie! Wyobraź sobie, że Romeo to tak naprawdę ty! A ty, Jennifer, też się skoncentruj. Jesteś Julią, poznałaś Romea, miłość od pierwszego wejrzenia, rozumiecie? Nie kaleczcie Szekspira, biedak chyba przewraca się w grobie!- profesor cofnął się z powrotem na widownię, gdzie siedziała reszta.- Od początku!
Przymknąłem oczy, żeby wyobrazić sobie całą tę scenę. "Spokojnie. Pamiętaj, że jak nie zagrasz tej beznadziejnej roli jak trzeba, to staruszek nigdy nie zakończy tych durnych zajęć." Niestety, taki był Hollins. Po tych kilku zajęciach teatralnych wiedziałem, że jak sobie zaplanował jakiś materiał, to zrealizuje całość, choćby się waliło i paliło. Podniosłem kartkę z fragmentami tekstu, wziąłem głęboki oddech i zacząłem czytać, zerkając co chwilę na "Julię".
-Mamże przemówić, czy też słuchać dalej?- Jen wzięła swoją kartkę, zerknęła na tekst i popatrzyła na widownię.
-Nazwa twa tylko jest mi nieprzyjazną...- "Cholera jasna, czy ona mówi z pamięci?!" Normalnie mnie zatkało. Patrzyłem na nią, jak z lekkością, swobodnie wypowiada słowa Julii, obserwując widownię, jakby na serio stała na tym pieprzonym balkonie. Mało oczy nie wyleciały mi z orbit. Nagle zorientowałem się, że zapadła dziwna cisza i wszyscy się na mnie gapią. Co się stało? "Twoja kolej, ciołku!" Szybko spojrzałem na słowa.
-Biorę cię za słowo: zwij mię kochankiem, a krzyżmo chrztu tego sprawi, że odtąd nie będę Romeem...- Jen podniosła na mnie wzrok.
-Ktoś ty jest, co się nocą osłaniając, podchodzisz moją samotność?- "Tak jak wtedy, gdy wieczorem grałaś w kosza na swoim boisku...? Dlaczego mam nogi jak z waty?!" Ponownie spojrzałem na tekst, ale po chwili znów zwróciłem się do dziewczyny.
-Z nazwiska nie mógłbym tobie powiedzieć, kto jestem: nazwisko moje jest mi nienawistnem, bo jest, o! święta, nieprzyjaznem tobie. Zdarłbym je, gdybym miał je napisane.- chyba zacząłem się wczuwać w rolę. "Kurde, to nawet fajne." Co gorsze... Jakoś te słowa wydały mi się szczere i prawdziwe...
-Jeszcze me ucho stu słów nie wypiło z tych ust, a przecież dźwięk ich już mi znany. Jestżeś Romeo, mów? Jestżeś Monteki?- wpatrywała się we mnie, jakby odpowiedź na to pytanie była najważniejszą rzeczą, jaką powinna usłyszeć. "Jen powinna pójść na aktorstwo. Ciekawe, ile razy grała przy mnie?" pomyślałem, patrząc znów na tekst. Może cały czas odgrywała rolę niewiniątka, a tak naprawdę chciała mnie wykończyć swoimi sztuczkami.
-Nie jestem ani jednym, ani drugim, jeśli jedno z dwojga jest niemiłe tobie.- odpowiedziałem.
-Jakżeś tu przyszedł, powiedz, i dlaczego?- zmarszczyła brwi i przechyliła głowę na bok. "Przybyłem tu dla ciebie... Co ja wygaduję?!"- Mur jest wysoki i trudny do przejścia...- "Nie ma takiej przeszkody, która by nas odgrodziła od siebie..." Ja chyba mam coś nie tak z głową. Popatrzyłem na kolejne linijki tekstu. Że niby ja mam jej wyznać miłość? Pięknie. "Spokojnie, Zayn, to nie Jen... To Julia, ty jesteś Romeo, nie jesteś już Zayn Malik, masz teraz zakochać się w Julii... Dlaczego ja się czuję, jakbym się zakochiwał, ale w Jennifer?!" Wziąłem głęboki wdech i zrobiłem krok w jej stronę. Delikatnie złapałem rękę Jenny i uścisnąłem. Zerknąłem szybko na kartkę i zacząłem recytować, patrząc jej prosto w oczy. "Cholera, czemu mi się to podoba???"
-Na skrzydłach miłości lekko, bezpiecznie mur ten przesadziłem, bo miłość nie zna żadnych tam i granic; a co potrafi, na to się i waży...- Jen lekko się uśmiechnęła i złapała mocniej moją dłoń.
-Kto ci dopomógł znaleźć to ustronie?- przygryzła wargę, powstrzymując śmiech. Ciekawe, czy też pomyślała o "naszym ustroniu" pod szkolnym murem, za wierzbami...
-Miłość, co mi go doradziła szukać: ona mi instynkt, ja jej oczy dałem...- plotłem za Szekspirem trzy po trzy, próbując na serio oddać charakter tej sceny. "Malik, aktorstwo to twoje powołanie..." pomyślałem z zadowoleniem, gdy odgrywaliśmy swobodnie nasze role.
W pewnej chwili spojrzeliśmy sobie znów w oczy. Jennifer zakończyła właśnie jakiś przydługi monolog. Zapadła między nami cisza. "Pocałuj ją! Pocałuj ją, do cholery!!!" krzyczało coś w mojej głowie. Zacząłem się powoli do niej zbliżać. Nie wiem, czy działałem pod wpływem tego upierdliwego głosika w mojej głowie, czy może faktycznie tego chciałem... Już, już miałem ją pocałować, przypomnieć sobie, jak smakują jej usta, gdy nagle zerwała się burza oklasków. Odskoczyliśmy od siebie jak oparzeni. Hollins wbiegł na scenę, jakby miał dwudziestkę, a nie sześćdziesiątkę na karku.
-TAK!!! Tak! Dokładnie o to mi chodziło!- wrzeszczał uradowany, zabierając nam kartki z tekstem.- Jesteście wspaniali, wręcz stworzeni do tych ról! Szykujcie się, że obsadzę was w głównych rolach na szkolne przedstawienie!- "CO?!!!"- Wiedziałem, miałem nosa, czym was zająć.- cieszył się jak dziecko. Zwrócił się do reszty.- Na dzisiaj koniec. Spotykamy się za tydzień. Weźcie przykład z Zayna i Jennifer.- "Ze mnie przykład? No, na pewno. To teraz już totalnie nie będę miał życia..." 
Złapałem za plecak i popędziłem w stronę wyjścia, żeby jak najszybciej opuścić to porąbane miejsce.




Zayn mnie prawie pocałował. Zayn. Malik. Prawie. Mnie. POCAŁOWAŁ!!! Na próbie, przy ludziach! Z własnej nieprzymuszonej woli! "Czy ty się właśnie cieszysz z tego, że prawie doszło do pocałunku, czy z tego, że jednak coś wam przerwało i nie musiałaś zowu sprawdzać, jak on genialnie całuje, jaki jest boski, jak... STOP! Ja chyba oszalałam." Miałam totalny mętlik w głowie. Nie zbliżałam się do niego. Zachowywałam ten wymagany dystans, ale jednak coś nas ku sobie stale przyciąga. Czy my jesteśmy przeciwnymi biegunami magnesu? Chyba tak, bo ja innego wytłumaczenia nie mam.
Szybko zeszłam ze sceny, złapałam swoją torbę i wybiegłam na korytarz.
-Jen! Czekaj!- usłyszałam znajomy głos. Odwróciłam się w kierunku biegnącego chłopaka.
-Whoa, dziewczyno, co to było?- zaśmiał się zdyszany Louis, hamując kilka metrów przede mną.
-O czym mówisz?- zawsze lepiej udawać głupią i niedomyślną, co nie?
-Jak to o czym? O tym, co miało zaraz nastąpić. Jen, na tej scenie aż iskrzyło, dziwne, że nie poszliśmy z dymem! Zayn cię prawie pocałował. Nawet diCaprio jako Romeo z tą swoją Julią nie wyglądali na tak zakochanych jak wy.
-Co ty gadasz? Nie jesteśmy zakochani!- obruszyłam się. "Znaczy się, Zayn nie jest. Bo ja... Ja chyba zaczynam..."
-Jeszcze, skarbie, jeszcze.- pokiwał głową.
-Ty lepiej powiedz, za co tu wylądowałeś.- obwiązałam szyję szalikiem i wyszłam przed szkołę.
-Zmiana tematu, sprytne.- prychnął.- Jeszcze do tego wrócimy. A trafiłem do tego teatrzyku, bo zachciało mi się bić na boisku z jakimś drągalem, który zaczął wyzywać jakiegoś słabszego kolesia. Facet nieźle oberwał. Skończyłoby się na upomnieniu i zostaniu po lekcjach, ale gdy nas rozdzielali, przez przypadek rąbnąłem łokciem w nos Gordona od matmy. Szykuj się, że będzie nie w humorze, jeśli nie zejdzie mu opuchlizna.
-Rany... Jeszcze jego mi brakuje.- wywróciłam oczami.- Jak jego zły humor się utrzyma, to będę kiblowała z matmy. Zapytam cie jeszcze raz, może coś się zmieniło: znasz kogoś, kto daje korki?
-Sorry, Jen, ale nie.- wzruszył ramionami.- Z matmą sobie jakoś radzę, lecę na trójkach, czasem dwójach, ale starczy. Żaden geniusz nie przychodzi mi na myśl.
-Cholera.- zaklęłam.- To muszę szukać dalej.
-Dobra, ja tu skręcam.- wskazał na jakąś uliczkę.- Trzymaj się, Jenny. Nie myśl za dużo o Maliku, bo ci się mózg przegrzeje!- zaśmiał się na całą ulicę i pobiegł w swoją stronę. "Pfff... Ja? O Zaynie? Dobry żart..." pomyślałam z sarkazmem.
-Jennifer!- no, kto tym razem?- Wyhamuj trochę, skarbie.
-Stało się coś?
-Daliście niezłe przedstawienie.- Nialler zachichotał.- Harry prawie się zagotował. Myślałem, że mu żyłka pęknie.
-Harry?- zmarszczyłam brwi.- O co ci chodzi?
-No, jak to? Nie wiesz, że Styles się w tobie zabujał? A teraz zwracasz większą uwagę na jego kumpla... Dla Hazzy to wielki cios i powód do...
-Do czego?- zapytałam szybko. "Coś mi dzwoni, tylko nie wiem jeszcze, w którym kościele..."
-Nie wiem, agresji? Zemsty?- "Zemsty? Rewanżu... Harry. No jasne!"
-Niall!- chłopak stanął na środku chodnika i popatrzył na mnie wyczekująco.- Myślisz... Nie wiem... Zastanawiałeś się może...
-No wyduś to z siebie.- ponaglił mnie, zerkając na zegarek. "Okej, streszczam się."
-Czy to możliwe, że to Harry mnie pogrążył tymi plakatami, bo za każdym razem chciałam, żeby się odwalił?- Horan wbił we mnie dziwne spojrzenie.
-Hazz? Nie...- urwał i przez chwilę obserwował uważnie chodnik.- A wiesz, że to możliwe? Przecież... Cholera, muszę coś załatwić! Na razie, Jen!- rzucił się w dół ulicy i po chwili zniknął za zakrętem.
Pięknie.



Leciałem przez miasto jak opętany. Chciałem jak najszybciej dostać się do magazynów, żeby wyprzedzić Zayna i pogadać na osobności ze Stylesem. Jeżeli to naprawdę on... To mamy problem. I to ogromny. To może rozwalić całą współpracę, choć nie ukrywam, że chciałbym skończyć ten chory biznes. Nie mam zielonego pojęcia, co mnie podkusiło, żeby sięgnąć po dragi. Najbardziej w świecie żałuję tamtej chwili. Durna trawka, cholerna koka, popierdolona amfa, to wszystko zeżarło mi kawał życia, odsunęło mnie od bliskich i do tego wciągnęło w długi, których za Chiny nie odpracuję. Rzygam tym dealerowaniem, wciskaniem nieświadomym dzieciakom tych "pigułek szczęścia", po których cały świat nabiera kolorów, żeby zaraz wyblaknąć jak stara bluzka, w dodatku bez możliwości całkowitego odzyskania dawnej barwy. Bo prawda jest taka, że od narkotyków nie uwolnisz się nigdy. Jak raz wpadniesz w to bagno, to już z niego nie wyjdziesz. Brud na ubraniach zaschnie i nie podda się działaniu żadnego odplamiacza. "Co właściwie mnie napadło na te ciuchowe skojarzenia?!" Ale chyba to najbardziej obrazowe porównanie. Ludzie wytykają cię palcami, bo najłatwiej jest zapamiętać najgorsze rzeczy o człowieku.
Wpadłem do magazynu jak burza. Harry stał nad pudłem i w skupieniu segregował niewielkie torebeczki pełne białego proszku i innych tabletek, na widok których automatycznie chciałem zwrócić obiad. Z trudem przybrałem normalny, czytaj wiecznie uśmiechnięty i rozpromieniony, wyraz twarzy i podszedłem do kumpla.
-Musimy pogadać.- powiedziałem od razu, żeby nie owijać w bawełnę. "Znowu to ubraniowe skojarzenie? Co jest, mam iść do szkoły krawieckiej, czy jak?!"
-Coś jest nie tak.- powiedział Hazz, w ogóle mnie nie słuchając.- Brakuje pięciu działek. Gregory nam nogi z dupy powyrywa, jeśli rachunki się nie zgodzą.
-Dołóż forsy, żeby było, że je sprzedałeś.- doradziłem, zastanawiając się, jak zacząć tę wielce delikatną kwestię plakatów.
-Niegłupie, ale złożymy się wspólnie.- zdecydował.- O czym chcesz pogadać?
-O Jennifer.- Styles momentalnie się spiął. Odrzucił trzymane w ręce woreczki i wbił we mnie nieprzyjemne spojrzenie.
-Co jest?- zapytał wrogo.
-To ty wykombinowałeś te plakaty i wodną pułapkę w jej szafce?- nie ma to jak od razu przejść do tematu.
-Jaja sobie robisz?- prychnął drwiąco.- A po co niby miałbym to robić?
-Nie wiem, może dlatego, że cię odrzuciła?- zasugerowałem, opierając się o ścianę.
-Daj spokój.- przygryzł wargę i spuścił głowę. "Tak, Harry, śliczne masz buty, ale i tak widzę, że ściemniasz, aż się kurzy."
-Nie dam, bo wiem, że to ty.- odparłem. Zmrużył oczy i zacisnął pięści. "Oho, wkurzył się."
-A masz jakiś dowód?- zaatakował.- Zdjęcie, nagranie, cokolwiek? Nie?! To daj mi święty spokój! Nie zrobiłem tego!
-Spokojnie. Po prostu staram się dowiedzieć, kto był takim dupkiem i świnią, żeby zrobić coś takiego właśnie jej.
-Może komuś się naraziła.- burknął.
-Może...- nie spuszczałem z niego wzroku, ale Hazza przyjął ten swój obojętny wyraz twarzy i wrócił do segregowania dragów.- No, zobaczymy. W końcu prawda wyjdzie na jaw. Ale sam przyznasz...- "A może by tak mały blef...?"-... że fajnie wyglądali dziś z Zaynem, nie? Nie zdziwię się, jeśli w końcu będą razem. Taka ładna para...- rzuciłem przez ramię, idąc w kierunku drzwi, żeby otworzyć Zaynowi, którego kroki słychać było przed budynkiem. Zdążyłem zauważyć, jak Styles cisnął kokainę z powrotem do pudła i z całej siły walnął pięścią o stół.
"Uważaj, jeszcze sobie krzywdę zrobisz..."



Masakra. Zaczął się grudzień. W powietrzu czuć już było zapach choinki, wystawy sklepowe pękały od nadmiaru bombek i innych ozdób, w szkole masowo zaczęła pojawiać się jemioła, a przecież dziś były dopiero Mikołajki! Wokół mnie kłębiło się około trzydziestu Mikołajów, tyle samo lub więcej Mikołajek i inne przebierańce, totalnie nie kojarzące się ze zbliżającymi się świętami. Boże Narodzenie, cudowne święta... Po raz pierwszy spędzone bez rodziców. Na samą myśl o nich łzy zakręciły mi się w oczach. Powstrzymałam się ostatkiem sił. I tak byłam szkolnym pośmiewiskiem, nie dam im kolejnego powodu do satysfakcji. Ostatnio ktoś "przez przypadek" umazał tył mojego swetra w jakimś dziwnym brązowym mazidle, rozsypał zawartość torby na podłodze szatni od w-fu... Takich ciekawych "zbiegów okoliczności i przypadków" można by wymieniać nieskończenie wiele. Faktem jest, że ktoś z całych sił starał się uprzykrzyć mi życie. I coraz lepiej mu to wychodziło, bo ja już nie umiałam tego ignorować.
Zayna też nie potrafiłam unikać. Ciężko było mi to przyznać przed samą sobą, ale ja... Ja chyba naprawdę się w nim zakochałam. Myślę o nim non stop, na angielskim z całych sił się powstrzymuję, żeby na niego nie zerkać, a na zajęciach teatralnych... Uch, Hollins chyba uwielbia nas dręczyć, bo coraz częściej dobiera nas w parę. "Nie żeby mi to przeszkadzało..." Poza tym wszystkim... Jestem dla Zayna powietrzem. I to boli coraz bardziej.
Szłam w kierunku sali profesora Gordona od matmy. Nie zaliczyłam kolejnego sprawdzianu. Głupie błędy, za które przypłaciłam następną pałą. Obiecałam zgłosić się do niego w sprawie jakichś dodatkowych lekcji, korepetycji bądź zaliczeń? Nawet sama nie wiedziałam, o co facetowi dokładnie chodziło. Stanęłam przed klasę i delikatnie zapukałam. Na głośne "Proszę!" weszłam do sali i automatycznie mnie wmurowało. No, jego to się tu nie spodziewałam. On mnie też nie.
-Zaczekaj chwilę, Jennifer.- powiedział nauczyciel i z powrotem zwrócił się do chłopaka.- Nie rozumiem tego, masz wspaniałe możliwości, bez trudu rozwiązałbyś zadanie dla studentów, a nie chcesz wziąć udziału w tym prostym konkursie? Dlaczego?
-Bo nie.- wzruszył ramionami Zayn.- Nie mam zamiaru się dodatkowo wysilać.
-Ale to dla ciebie nie byłby wysiłek.- przekonywał Gordon.- Dałbyś sobie radę, wygrałbyś coś, szkoła by na tym zyskała...
-Ale mnie na tym nie zależy. Mam lepsze rzeczy do zrobienia niż głupie konkursy.- stałam tam lekko skrępowana. Czemu nie mogę być niewidzialna? Czułam, że chyba nie powinnam tego widzieć. Pioruny z oczu Zayna zderzały się z tymi Gordona. Wlazłam w sam środek trzęsienia ziemi.
-Tak?!- profesor zaczął się denerwować.- Dobrze! Ale skoro konkurs, taka prestiżowa olimpiada ci nie odpowiada, to znajdę ci jakieś zajęcie.- odwrócił się do mnie.- Masz zaliczyć matematykę do końca semestru, czyli do połowy stycznia, tak?- skinęłam głową potakująco.- Świetnie. Poznaj swojego nowego korepetytora z matematyki.
Czy... Czy on właśnie wskazał na Zayna...?



_____________________________________________
ROZDZIAŁ NIESPRAWDZONY!!!

Wiem, długość po prostu woła o pomstę do nieba, ale nie dałam rady więcej. Przepraszam. 

Anatomia, chemia, biofizyka, histologia... To jakaś masakra. Powalone studia. Ale! Wczoraj zobaczyłam na Twitterze coś, co mnie totalnie rozwaliło. Otóż, Harry Styles, nasz Harry z 1D, robił follow spree na swoim prywatnym koncie. Dla laików i niezorientowanych w Twitterze: chodzi o to, że jak ktoś poda jego tweeta, to on go zaobserwuje. Zobaczyłam tweeta godzinę po publikacji i dla jaj podałam dalej. Godzinę później sprawdzam pocztę. Co zobaczyłam???



Albo mam omamy wzrokowe, albo już się ucieszyłam i to konto jednak nie jest jego i po prostu ktoś sobie zrobił jaja z ponad stu trzydziestu osób, ale chyba jednak to serio Harry Edward Styles, ten z One Direction... Aż dla przyzwoitości mam ochotę poprawić charakter fanfictionowego Hazzy... 
Tak. To było świetne zakończenie powalonego dnia :D jeszcze jak sobie na dokładkę puściłam "This Is Us"... ^^ życie na uczelni znów ma sens.

Kolejny nie wiem kiedy. Spróbuję dodać za tydzień. Wiecie, weekend po drodze, to więcej czasu, aczkolwiek już mam zapowiedziane na poniedziałek kolokwium z anatomii. Dla niestudiujących: taki mega giga sprawdzian, bardzo ważny na uczelni, tylko trochę mniej ważny niż sesja zimowa, bądź letnia.

I to tyle na dziś. Buziaki, jeszcze raz sorry za zwłokę :*** <3
Roxanne xD

niedziela, 28 września 2014

CHAPTER 11: You tell me that you're hurt and you're in pain and I can see your head is held in shame...

-Jenny, skarbie, wiem, że nie chcesz tam iść, ale musisz...- Jim po raz kolejny próbował namówić mnie do pójścia do szkoły. Do miejsca, w którym zostanę wyśmiana, w którym nie znajdzie się nikt, kto mnie obroni przed wyzwiskami. "No, może poza moimi przyjaciółmi... Chociaż oni też mogli inaczej postąpić. Powiedzieć wprost, co jest grane, zamiast bawić się w podchody."
-Jimini... Ja naprawdę nie dam rady...- jęknęłam płaczliwie. Siedziałam w domu dwa dni. Dziś był czwartek i mój kochany braciszek postawił sobie za cel wyciągnięcie mnie z mojej przyjaznej norki, w której czułam się tak bezpiecznie.
-Dasz radę!- oho, ksiądz się wkurzył... Czy to przystoi?- Jesteś Jennifer Angel Sorset, do cholery! Ze wszystkim sobie poradzisz tak, jak cię nauczyliśmy z rodzicami!
-Czy ty właśnie przekląłeś?- uniosłam brwi rozbawiona. Jim mruknął coś pod nosem. "Ciekawe czy kolejne przekleństwo."
-Mniejsza z tym. Pamiętasz, jak mama i tata mówili, że bez względu na wszystko przez życie trzeba iść z podniesioną głową? Nie zwracać uwagi na nic? Postępować w zgodzie z własnym sumieniem? Gdyby Jezus patrzył na tych powalonych faryzeuszy, to nigdy by im się nie postawił, tylko podporządkował!
-Ciekawy sposób nauki religii.- skomentowałam. Jim wywrócił oczami. Podszedł do łóżka, podkasał rękawy sutanny i wziął mnie na ręce jak dziecko.- Co ty robisz?!- nie odezwał się. Wyszedł z pokoju i ruszył w dół po schodach.- Jamesie Sorset, masz mnie natychmiast postawić! Jiiiim!!!- zrobił to, co mu kazałam. Wylądowałam na krześle w kuchni.
-Proszę bardzo.- podsunął mi pod nos kanapki i herbatę.- Jedz, wsuwaj. Idziesz potem na górę, ubierasz się, malujesz albo paćkasz twarz w jakimś mazidle, cokolwiek... A potem łapiesz za swoje książki, schodzisz na dół, grzecznie pakujesz się do samochodu i jedziemy do szkoły. Bez dyskusji. Za piętnaście ósma jesteś w aucie.- i wyszedł z kuchni, zostawiając mnie osłupiałą przy stole.
Westchnęłam ciężko i skubnęłam róg kanapki. Nie miałam ochoty pokazywać się w tej szkole! "Ale przecież z Jamesem Sorsetem nie ma żartów! Za nic w świecie nie odpuści, gdy już się czymś zajął." Z trudem przełknęłam śniadanie i ruszyłam powoli na górę, żeby się ogarnąć. Dosłownie za piętnaście minut siedziałam już samochodzie z zadowolonym Jimem za kierownicą.
-Tak ciężko było ruszyć tyłek?- uśmiechnął się złośliwie, ruszając z miejsca w stronę szkoły. Nic nie powiedziałam, odwróciłam się do okna i obserwowałam mijane domy. "Wielce fascynujący widok..." Mój starszy brat w mega zadowolonym wyrazem twarzy zatrzymał się przed budynkiem, którego tymczasowo nie miałam ochoty oglądać.- Czy mam ci wysłać imienne zaproszenie, żebyś wysiadła z samochodu?- posłałam mu mordercze spojrzenie i z rozmachem otworzyłam drzwi naszego starego forda. Mało brakowało, a przywaliłabym w stojące obok auto.
-Na razie, braciszku.- wycedziłam i zatrzasnęłam drzwiczki. Odwróciłam się w stronę budynku i wzięłam głęboki wdech. "Dasz radę. Dasz radę. Po prostu ich ignoruj..."
Poprawiłam torbę na ramieniu i zrobiłam pierwszy krok w kierunku szkoły. Potem poszło już z górki. Odgarnęłam włosy z czoła i otworzyłam ciężkie drzwi. Czułam przewiercające mnie spojrzenia, słyszałam te śmiechy, drwiny, ale starałam się, żeby to po mnie spływało. Jakimś cudem dotarłam do swojej szafki. "Udało się, Jen. Na razie jest dobrze. Dawaj dalej." pomyślałam, ale zaraz miałam ochotę cofnąć te słowa. Gdy tylko przekręciłam zamek w drzwiczkach, uruchomił się jakiś dziwaczny mechanizm, który sprawił, że zostałam oblana lodowatą wodą. Zszokowana zaczęłam łapać powietrze. "Co to, do diabła, ma być?!" Nie miałam pojęcia, co zrobić, byłam cała mokra, wszystko, czego bym się dotknęła, zaraz by było wilgotne. Rozejrzałam się wokół. Większość uczniów miała niezły ubaw, ale Niall, stojący parę metrów dalej, obserwował scenę z szeroko otwartymi oczami.
-Jen... Nic ci nie jest...?- zapytał niepewnie, podchodząc bliżej. "Nie, wszystko w porządku... Właśnie wzięłam ekspresowy poranny prysznic, fajnie nie?"
-Jest... okej, Nialler, naprawdę.- wyjąkałam.- Muszę się tylko jakoś wysuszyć...
-Kto ci to zrobił?!- oho, mój kolega zaczął się wkurzać.
-Nie wiem.- powiedziałam cicho.- Komuś się nie podoba, że tańczyłam na balu z Zaynem.- gdyby to było możliwe, oczy Horana już turlałyby się po podłodze, a szczęka z łoskotem przebijała się do szkolnych piwnic.
-To... ty... To...- nie mógł się wysłowić.- Ty byłaś tym aniołem!- wykrzyknął wreszcie. Skinęłam głową potakująco.- To o tobie Malik bez przerwy gada!- zmarszczyłam brwi.
-Jeśli mówi, że mnie nie cierpi, nie rozumie i nienawidzi, to tak. To ja.- Niall energicznie pokręcił głową.
-Nie, nie, nie! On mówił, że w życiu nie spotkał kogoś takiego jak ty! Zauroczyłaś go.
-Nialler, sorry, ale zauroczył go Anioł. Nie ja, nie Jennifer Sorset. Kiedy się dowiedział, że to ja... Boże, on był wściekły! Niall, Zayn mnie nie lubi i nic na to nie poradzę. Ty też nie.- zamknęłam z hukiem szafkę i odwróciłam się od chłopaka.- Przepraszam, ale muszę się wysuszyć, nie pójdę tak na lekcje.- rzuciłam przez ramię i szybkim krokiem poszłam w stronę łazienek.
Na szczęście w środku nikogo nie było. Żadna dziewczyna nie była świadkiem moich karkołomnych akrobacji pod suszarką do rąk. "To powinna być jedna z dyscyplin sportowych. Medal dla tego, komu uda się wysuszyć pod tym czymś." pomyślałam, gdy po raz kolejny mało nie zaliczyłam sporego guza od umywalki znajdującej się przy suszarce. Byłam spóźniona już dobry kwadrans na pierwszą lekcję. Kij z tym, nie pójdę. "Zwłaszcza dlatego, że to matma. Gordon i tak mnie wykończy, prędzej czy później. Mimo wszystko wolę później." Korzystając z pustego pomieszczenia rozłożyłam bluzę do suszenia na kaloryferze. Usiadłam na podłodze i zaczęłam przeglądać ostatnie notatki z angielskiego. Jakoś udało mi się wyciągnąć je od Scarlett. Oby Hollins się nie przyczepił. "Może profesor nie, ale pan Malik na pewno pogorszy ci humor..." Ach, ta niezawodna podświadomość. Zamknęłam zeszyt ze złością.
"Zauroczył się... Może jeszcze zakochał? Gdyby tak było, nie zareagowałby tak impulsywnie na wiadomość, że to ja jestem... Zaraz. To ze mną musi być coś nie tak! Gdyby się okazało, że ktoś inny był Aniołkiem, to Zayn na pewno byłby szczęśliwszy. A przynajmniej nie tak negatywnie nastawiony." Zadzwonił dzwonek na przerwę, więc podniosłam się z podłogi i zebrałam swoje rzeczy. Poszłam do sali od angielskiego. "Mokre buty. Najnowszy hit sezonu." Nie udało mi się wysuszyć trampek, więc musiałam iść w przemokniętych. Oczywiście wszyscy oglądali się za mną, bo kto normalny chodzi z mokrymi włosami, ciuchami i butami po szkole? "Tylko i wyłącznie ofiara jakichś nieuzasadnionych prześladowań. Tylko dlaczego to muszę być akurat ja? Co zrobiłam?!" Weszłam po cichu do klasy, w której gromadzili się już uczniowie.
Zayn. Siedział. Na. Swoim. Miejscu. "Obiecałaś mu, że się nie odezwiesz, nie będziesz zwracać uwagi, nic. Pamiętasz?" No jasne, że pamiętam. Trudno byłoby zapomnieć. Przełknęłam ślinę i wolnym krokiem skierowałam się do swojej ławki. Bez słowa usiadłam na krześle i, jak gdyby nigdy nic, otworzyłam lekturę i udałam, że czytam. Tak naprawdę byłam mega daleko myślami, na pewno nie na trasie przejazdu Don Kichota. "Nawet nie zwrócił na mnie uwagi. Stuka w ekran telefonu... Jeśli serio coś by "czuł", to chociażby zerknął. Na sekundę... Czy mnie obchodzi, że on nie zwraca na mnie uwagi?!" Totalnie straciłam zainteresowanie książką. Zaczęłam intensywnie rozmyślać nad tym, do czego przed chwilą doszłam. Czy to jest możliwe, że ja, Jennifer Angel Sorset, nie lubiana przez Zayna Malika, zaczęłam coś do niego czuć...? ŻE CO?! To jest niemożliwe! Impossible! Totalne nieporozumienie, niemożliwa niemożliwość, jeśli coś takiego w ogóle istnieje. A jednak... Gdy on wtedy mimo swoich uprzedzeń mnie przytulił, pytał, co się stało... Czułam się znacznie lepiej. Naprawdę. Może jednak to jego oblicze Diabła było prawdziwe? Wtedy, na tamtej imprezie... Czy on wtedy był sobą...? A może tylko udawał. Nie wiem! Mam już totalny mętlik w głowie! Zaraz po prostu...
Nagłe szturchnięcie w ramię wytrąciło mnie z równowagi. Podniosłam nieprzytomny wzrok w górę i napotkałam ostre spojrzenie Hollinsa.
-Panno Sorset! To już jest szczyt wszystkiego! Całkowicie pani nie uważa na lekcjach, nie zwraca uwagi na nauczyciela, nie odpowiada na pytania! Co się z panią dzieje?!- czułam się  jak słup soli. Jeszcze nigdy żaden nauczyciel na mnie nie nawrzeszczał. Dziwię się sobie, że jeszcze się nie rozryczałam.- Co więcej! Widziałem na własne oczy, jak wymykałaś się ze szkoły po lekcji angielskiego, na którą nie poszłaś! To jest niedopuszczalne! Wagary na angielskim, przedmiocie, który był jednym z najlepszych w pani wykonaniu. Za tę zniewagę musi być kara.- staruszek aż poczerwieniał. Zsunęłam się po krześle w dół. "Proszę, skończ!" Nie dość, że zostałam publicznie ośmieszona, wyśmiana, to jeszcze teraz obrywa mi się przy klasie. Kątem oka widziałam, jak Scarlett zerka na mnie niespokojnie. Tylko Zayn znów obserwował widoki za oknem. Hollins przeszedł się między ławkami z założonymi z tyłu rękami, aż w końcu zatrzymał się przy swoim biurku.- Wiem, jak mogę cię ukarać.- wstrzymałam oddech. Siedzenie po lekcjach? Sprzątanie szkoły? Może jakiś referat...- Dołączysz do grupy teatralnej.
-Nie!- zaprotestowałam jednocześnie z panem Malikiem. "To niemożliwe, mam chodzić z nim na te same zajęcia i może znów pracować w grupie? Nie chcę, nie mogę..."
-Od tej kary nie ma odwołania. Skończy się z chwilą wystawienia szkolnego przedstawienia, czyli pod koniec roku szkolnego. A teraz radziłbym uważać.- i jak gdyby nigdy nic wrócił do omawianego wcześniej tematu.
Oparłam czoło na dłoni i zacisnęłam z całej siły powieki. "Jasny gwint! Czy ten dzień może być gorszy?! Nie. Zdecydowanie. Limit wpadek chyba wyczerpany." Czułam na sobie mordercze spojrzenie Zayna, który chyba postawił sobie za cel zabić mnie w jak najkrótszym czasie. Nie miałam odwagi na niego popatrzeć. Wręcz byłabym przeszczęśliwa, gdyby jego wzrok mnie unicestwił.
Od razu po angielskim pobiegłam do kafejki. Potrzebowałam czegoś, co mnie ożywi. Nawet dziwna w smaku kawa z automatu była w porządku. Usiadłam z ciepłym papierowym kubkiem przy stoliku i schowałam twarz w dłoniach. To. Była. Jakaś. Porażka. "Niech to się już skończy!" pomyślałam, gdy mijający mnie ludzie wytykali mnie palcami. No jasne, ciągle stanowiłam szkolną sensację. Zacisnęłam zęby i uniosłam głowę. Gniewnym spojrzeniem zmierzyłam najbliższe gapiące się na mnie osoby. Czterech chłopaków i dziewczyna od razu odwrócili wzrok, udając, że najlepszym tematem do rozmów jest zbliżająca się lekcja. Uśmiechnęłam się triumfalnie. "I tak ma być. Nie dam im się." Wyciągnęłam książkę do francuskiego i próbowałam zrozumieć choć słowo z tego dziwacznego, pokręconego języka. Masakra... Ale przynajmniej nie myślałam o obgadujących mnie uczniach. Do czasu.
-Możemy pogadać?- uniosłam głowę i spojrzałam na Scarlett. Wyglądała na zasmuconą...? Skruszoną? Zmrużyłam oczy i powoli zamknęłam książkę. Dziewczyna usiadła na wprost mnie, odłożyła torbę i wzięła głęboki wdech.- Uznałam, że przydadzą ci się wyjaśnienia.
-Domyślam się, że chodzi ci o Nialla.- oparłam łokcie na stole i spojrzałam Scarlett prosto w oczy. Przygryzła wargę i skinęła głową.
-Tak. Chodzi o to... Bo wiesz, ja się wtedy tak przeraziłam, bo Niall... Bo on... Cholera.- zaklęła, waląc się ręką w czoło.- Nie umiem się wysłowić!
-Spokojnie.- odchyliłam się na oparcie fotela.- Krótko, zwięźle i na temat. Niall był kiedyś twoim chłopakiem czy co?- aż się zachłysnęła powietrzem.
-Co?! Nie! NIE!- popatrzyła na mnie jak na idiotkę.- To zupełnie inna sytuacja! Moim chłopakiem był Har...- zatkała usta ręką. Wytrzeszczyłam oczy. Moja szczęka z hukiem potoczyła się po podłodze kafeterii.
-Czy ja mam omamy słuchowe, czy ty chciałaś przed chwilą powiedzieć, że Harry Styles był twoim chłopakiem?- powiedziałam zszokowana. Scarlett momentalnie położyła mi dłoń na ustach.
-Ciiiiszej!- syknęła.- Nikt nie musi wiedzieć!- odsunęła się ode mnie i rozejrzała na boki. Westchnęła ciężko.- Tak, Harry był moim chłopakiem przez półtora roku. Zadowolona?
-Raczej... osłupiała. Chyba. Ale jak to się ma do Nialla?
-Muszę ci to opowiedzieć od początku.- mruknęła.- Pod koniec podstawówki zaczęłam chodzić ze Stylesem. To był zupełnie inny facet niż teraz. Wiecznie uśmiechnięty, opiekuńczy, troskliwy... Nie dziw się tak, to prawda! No więc... Przez dłuższy czas poszukiwał pracy. W końcu trafił do jakiegoś kolesia. Mroczny typ, spotkania z nim nie polecam. Wtedy Harry zaczął się zmieniać, ale ja tego jakby... nie zauważałam. Lub nie chciałam zauważać. Pewnego dnia spotkałam go na mieście z kumplem. Farbowany blondyn, naćpany tak, że bardziej już chyba nie można. Na oko stanowił obraz nędzy i rozpaczy. Ale potem zaczęliśmy gadać... Zaprosiłam ich obu do domu. Na nieszczęście nie przewidziałam, że może tam być moja mama. Gdy tylko zobaczyła Nialla... Jezu, Armagedon przy tamtej awanturze to pestka. Wywaliła ich obu z domu. Okazało się, że Horan... On jest moim bratem. Przyrodnim.- nie wiem, który szok był większy. Ten w tej chwili, czy ten poprzedni przy nowinie, że Scarlett chodziła ze Stylesem. Paranoja na resorach.
-Ale zaraz...- zmarszczyłam brwi.- Jesteście w tym samym wieku... Czyli że co, wasz ojciec w tym samym czasie zabawiał się z dwiema kobietami?- Scarlett skinęła głową ponuro.
-Tak. Na to wygląda. A już na pewno zdradził swoją żonę z moją mamą. Chore, prawda? No, ale wracając do poprzedniej historii... Z Harrym coraz częściej się kłóciliśmy. Nie akceptowałam ludzi, z którymi się widywał, dla których pracował. W końcu tak go wkurzyłam, że ze mną zerwał. Prawie... Prawie mnie uderzył.- przyznała cicho. Odruchowo złapałam ją za rękę.- Rok temu okazało się, że trafiliśmy do tego samego liceum. Ale oni... Harry traktuje mnie jak powietrze, jakbym była dla niego niczym, a przecież przez pieprzony rok, pięć miesięcy i dwadzieścia jeden dni powtarzał mi, że mnie kocha. A Nialler... On na szczęście stanął na nogi. Zwalczył nałóg, ale... Nie wie, kim jestem. Nie powiedziałam mu, a moja mama wykrzyczała to po ich wyjściu z domu... Więc widzisz. Całowałam się namiętnie z własnym bratem.- zakończyła ponuro.
Nie miałam pojęcia, co powiedzieć. Historia rodem z serialu, tasiemcowej, argentyńskiej opery mydlanej. "Nie wiem, jak zareagować..." Chyba nigdy nie spotkałam się z czymś takim. Nie tego się spodziewałam.
-Scarlett...
-Nic nie mów.- uniosła rękę i wstała od stołu.- Należały ci się wyjaśnienia. Tylko proszę... Nic mu nie mów. Znaczy Niallowi. Ani słowa.- kiwnęłam głową potakująco. Przyjaciółka wzięła swoją torbę i wyszła szybkim krokiem ze stołówki.
Jakiś niewielki fragment układanki wskoczył na swoje miejsce, ale te wielkie puzzle zwane moim życiem i tak przypominały w większości chaos. Pytania na dziś: kto mnie załatwił tymi plakatami? Kto stoi za wodą w mojej szafce? Czy to jedna i ta sama osoba? Co zrobiłam, że ktoś mnie tak nie cierpi? Masa pytań, zero odpowiedzi. I jeszcze to piekielne kółko teatralne.




Normalnie chyba cały świat zwrócił się przeciwko mnie. Jakieś wielkie mega fatum krąży nade mną i ciągle podsuwa Jennifer gdzieś koło mnie. "Czy ona nie mogła choć raz uważać na lekcji? Albo bujać w obłokach na matmie lub chemii, nie u Hollinsa?! Teraz mam jeszcze znosić ją na tym całym popierdolonym kółku teatralnym!" myślałem, idąc w kierunku auli, gdzie odbywały się zajęcia. Sami ukarani, nieuważający u Hollinsa, niereformowalni i ci reformowalni, ogólny odrzut, totalny brak ludzi zainteresowanych teatrem. "I po co było tworzyć coś takiego?!"
-Siema Malik!- Horan, wiecznie chodzący optymizm, uśmiech, od którego aż wykręcało człowieka. "Jupi..." jęknąłem w myślach i szybko przybiłem mu piątkę.
-Cześć.- mruknąłem w kierunku Niallera i dziwnie zadowolonego z siebie Stylesa. "Co on znowu wykręcił?" Pewnie udupił kolejnego człowieka i ma z tego radochę.
-Witam państwa!- stary profesor wszedł na scenę, gdzie się wszyscy zebraliśmy.- Przede wszystkim powitajmy nowych uczniów, którzy mieli szczęście do nas dołączyć. Panno Sorset i panie Tomlinson, zapraszam.- "CO?! Jeszcze on???" Patrzyłem z niedowierzaniem na dawnego kumpla, który wszedł na scenę i stanął obok profesora. Zaraz za nim na swoje miejsce wsunęła się Jen. "Czy ona ma wilgotne włosy?" zainteresowałem się, widząc mokre kosmyki na jej ramionach.- Siadajcie przy kolegach.- Jennifer zawahała się chwilę przed wyborem miejsca. Widziałem, jak omijała mnie wzrokiem i skierowała się do najbardziej odległego kąta sceny.
-Hej, Jenny!- Niall-bądź-przeklęty-Horan pomachał w jej stronę.- Chodź tutaj!- dziewczyna nie wiedziała, czy podejść, czy nie, ale na ponaglający gest Niallera niechętnie do nas podeszła.- Jak się czujesz po dzisiejszym ranku?- zapytał Horan. Zmarszczyłem brwi. "Jakim ranku? Czy oni coś... W sensie ktoś jej coś zrobił? Nialler?!"
-Jest okej.- powiedziała cicho.- Za dużo o tym myślałam i wpakował mnie do teatru. Ale przynajmniej włosy schną. Dobrze, że to nie była jakaś farba lub glina.- uśmiechnęła się niepewnie i zwróciła w stronę nauczyciela. Patrzyłem na nią jeszcze chwilę, ale w końcu sam popatrzyłem na ględzącego o czymś Hollinsa. Kątem oka uchwyciłem jeszcze spiętą sylwetkę Harry'ego, który zdenerwował się jeszcze bardziej, gdy Jen usiadła obok nas.
-... i właśnie dlatego dziś zajmiemy się Szekspirem. Jest was parzysta liczba, więc dobierzemy się w pary i przećwiczycie scenki z jego największych dzieł. Więc najpierw... Styles i Richards. "Makbet", scena zabicia króla Dunkana. Pan Styles będzie Makbetem, a panna Richards lady Makbet. Dalej...- powoli wszyscy znajdowali swoje pary. Wszyscy oprócz...- I na koniec. Pan Malik i panna Sorset. Moje ulubione szekspirowskie dzieło. "Romeo i Julia", scena na balkonie. Pan Malik jako Romeo i panna Sorset jako Julia.
"Ja pierdolę!!!" Spojrzenie moje i Jen spotkały się po raz pierwszy od pamiętnej rozmowy za wierzbami. "Czy wszystko musi się sprzymierzać przeciwko mnie?!"



______________________________________________
Przepraszam za czas dodania, jakość i długość rozdziału. Przeprowadzka do Lublina zadziałała na mnie jak magiel i czuję się wyprana z wszelkich sił, emocji, weny itp. itd.
Anon, będziesz miała pole do popisu w wyszukiwaniu błędów, bo nie sprawdzałam xD

Notatki tyle, bo nie dam rady. Kolejny rozdział postaram się z całej siły za tydzień. Trzymajcie za mnie kciuki, jutro zaczynam wykładem z biofizyki, potem wykład z anatomii i ćwiczenia, też z anatomii. Stres na maksa, latające ręce, ogólnie rozproszenie w wysokim stopniu. Może stąd ten niski poziom weny.

Roxanne xD